piątek, 29 stycznia 2010

15 minut

To będzie o tym co dzieci potrafią zrobić w 15 min.
W rolach głównych:
- Krzyś lat 5 i pół
- Marcin lat 2 i pół
- Kasia sąsiadka
"Historię" tą dedykuję Kasi S. z gorącymi buziakami dla Agnieszki (B)
Jak wiecie, pamiętacie, albo nie, przez jakiś czas spędziłam na zielonej wyspie, potocznie zwanej Irlandią Północną. Mieszkałam tam na małym osiedlu domków. Czas umilały mi moje najlepsze na świecie sąsiadki: Kasia i Agnieszka. Są jednymi z tych za którymi tęsknie ... ale to innym razem.
Zazwyczaj drzwi od ogródków miałyśmy otwarte i każda wchodziła w zasadzie jak do siebie. Tak fajna rodzinka.
Pewnego słonecznego dnia zadzwoniłam do mamy i poprosiłam żeby chłopcy pobawili się chwilkę u siebie sami. W międzyczasie przyszła Kasia. Żeby nie przeszkadzać, poszła do nich na górę, a ja w tym czasie kończyłam rozmawiać ze swą rodzicielką. Nie wiem jak długo trwało połączenie, ale nie dłużej niż 10-15 min.
Wchodząc na piętro, spotkałam się z Kasią na schodach.
- Nie chcesz tego widzieć - powiedziała z miną, której nie umiem sklasyfikować. To było coś w stylu strach, przerażenie, załamanie ...
Obrazek jaki zobaczyłam ....
Wykładzina w przedpokoju mokra, łazienka pływa, zlew zatkany płatkami kosmetycznymi i patyczkami do uszu, a w pokoju chłopców... Na podłodze było wszystko co tylko można było wyjąć. Chyba nie było tam 2 centymetrów bez "czegoś" na podłodze. Gdzieniegdzie kupki z podartego papieru, materac na łóżku Marcina cały mokry.
- Co tu się stało? - zapytałam czując jak nogi mi miekną
Dowiedziałam się, że potop jest wszędzie, bo nie łatwo jest nalać wodę do konewki z prysznica (szczególnie jak robi się to nad podłogą a nie nad wanną). Konewka z wodą była potrzebna do podlania materaca na łóżku. Nie pamiętam już jak wytłumaczyli zatkany zlew.
- Marcinku, dlaczego jesteś rozebrany?
- Mamo, bo ja jestem psem - wyjaśnił, po czym stojąc na czworaka, uniósł swoja tylną "łapę" i nasikał na kupkę podartego papieru.

W pierwszej chwili chciałam zakopać ich w ogródku, albo co najmniej przywiązać do płotu. Kasia ich uratowała. Wygoniła mnie do kuchni w ceku zaparzenia kawy, przeprowadziła pogadankę z panami i przypilnowała żeby posprzątali.
Wieczorem upiłyśmy się, nie pamiętam czym, śmiejąc się już w wydarzeń minionego dnia.

środa, 27 stycznia 2010

Szyszunia

- Wujek byłeś grzeczny (czytaj: dostaliśmy coś od ciebie), więc dostaniesz nagrodę. Wybierz coś sobie-Powiedział Marcin wyciągając z głębokiej szuflady pudełko ze skarbami. Były to szyszki, kasztany, skorupki od orzechów włoskich, korek od wina z piękną kiścią winogron, oraz inne kosztowności.
- Co wybierasz? - dodał zachwycony swoim pomysłem
- To może korek?! - odpowiedział Seler
- Niee. Korek to się nam przyda - powiedział Krzyś wyciagajac po niego swoją rączkę
 - To wezmę kasztana.
- A może szyszkę?! - powiedział Marian podając mu ją.
- To zalęgną ci się WEWIÓRKI - dodał uradowany
- O! To ze względu na te WEWIÓRKI biorę tą szyszkę
- To jest duża szyszka! To będą ZABÓJCZE WEWIÓRKI.

Tak oto Seler stał się szczęśliwym posiadaczem Szyszuni

wtorek, 26 stycznia 2010

Zimno i mroźno ...

... pewnie dlatego że mamy zimę.
Myślę ze jednak nie jesteśmy do mrozu tak przyzwyczajeni jak do upału latem. 
W takie dni, kiedy słupek rtęci nie chce się obudzić, tylko więdnie i opada ... to by człowiek tylko pod kocykiem z kubkiem gorącego czegoś mokrego.
A tu do pracy trzeba, na mróz członki swoje wystawiać.
Dzisiaj miałam okazje nawet na dobry uczynek. Idąc zamyślona na autobus, zobaczyłam pana w "Merolu", który choć bardzo chciał wyjechać z zaspy, to nie mógł. W duchu się zaśmiałam - moje Volvo nie ma takich problemów - pomyślałam. Niby lepiej mi się zrobiło, ale żal trochę biedaka. Ja przynajmniej opatulona, bo przygotowana na dłuuuuga zimną drogę. A on - ten pan w jakiejś koszulince i kurtce to to nawet latem byłoby mi w niej zimno.
Cóż mogłam zrobić - zapytałam się czy nie pomóc.
Jak nie zdążę na przystanek, to każę mu siebie do pracy zawieźć, łaski nie robi - pomyślałam. W odpowiedzi zobaczyłam tylko błagalne spojrzenie.  Pełno ludzi obok przechodziło i nikt nawet się nie obejrzał.
Zabrałam się za wypychanie pana w "Merolu". Szybko znalazł się jakiś przechodzień - pomocnik.
Minutka i mogłam pójść dalej.
Pan uchylił szybkę i podziękował grzecznie.
- Są jeszcze ludzie! Miłego dnia. Dziękuję- uśmiechnął się i pojechał.
No dobra, może być autobus - pomyślałam uśmiechając się do siebie. Dobre uczynki, nawet te maleńkie, ogrzewają i zauważyłam że słoneczko mocniej zaczęło świecić.
Właśnie obmyślam plan co by tu zrobić żeby zaczynać tak każdy dzień.
Może nabędę drogą kupna łopatę i nocą, w ciemnościach będę zasypywała samochody sąsiadom. Rano niby przypadkiem przechodząc obok, będę im pomagała, wszak uczynnym dzieckiem jestem ...
... i dostane tytuł "Wypychacza Roku"
Hahahaha
To będzie pewnie miły dzień - bo nie ma wyjścia ;)

- Maaaamoooo! -słyszę dobiegające z pokoju chłopców.
- Słucham! - odpowiadam nie odrywając wzroku od bloga, którego aktualnie czytałam
- Miałaś przyjść dać na buziaczka - brzmi stanowczy głos Marcina.
- Krzyś spakowany?
- Tak! Już dawno - odpowiedział pierworodny
- W piżamkach?
- Tak!
- Umyte ząbki?
- Tak!
- Już idę, tylko dokończę ... - nie mogłam odejść w pół zdania, bo stracę wątek
 Nagle słyszę słodkie:
- ... i ostatnie moje słowo PIĘĆ! No moja Droga! - powiedział Marian trzymając się pod boczki i tupiąc bosaczkiem

Uwielbiam ich

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Filipek

Kochani, wiem że trochę was tu zagląda,dlatego mój apel do was.


To jest FILIPEK
Jest to brat przyjaciela mojego synka.
Sama mam dzieci wiem że najgorsze co może być to bezradność, bezsilność. Przekonałam się też nie raz, że dookoła mnie są dobrzy życzliwi ludzie, bez pomocy których było by bardzo ciężko.

Teraz, wraz z rodzicami Filipka, proszę was o pomoc.

"Nasz synek Filip Kołomański urodził się 7 sierpnia 2007 roku. Mały od urodzenia jest poważnie chory - ma przewlekłą niewydolność nerek. Żeby tego było jeszcze mało Filip cierpi na tzw. prune belly syndrome, co tłumaczy się jako zespół suszonej śliwki lub zespół śliwkowatego brzucha. Wada ta pojawia się raz na 400 000 urodzeń i objawia się brakiem mięśni gładkich brzuszka oraz poważnymi uszkodzeniami układu moczowego. (...)

We wrześniu 2008 roku stan zdrowia maluszka uległ znacznemu pogorszeniu i podjęto decyzję o dializowaniu. Filip dzielnie znosi codzienną 9 godzinną dializę.

Obecnie synek czeka na przeszczep nerki, a w przyszłości na przeszczep mięśni brzucha, co przy jego stanie zdrowia będzie niezwykle skomplikowane i bardzo kosztowne.(...)

Pomimo swojej choroby i wady Filip jest bardzo pogodnym i śmiesznym dzieckiem. Bardzo lubi bawić się ze swoim starszym bratem Danielem, czasami nawet potrafi mu coś spsocić. (...)
Według lekarzy synek miał żyć jedynie kilka godzin, góra kilka dni. Jak widać chęć do życia maluszka jest silniejsza i zaprzecza wszelkim zasadom. Wierzymy, że nad Filipem oprócz opatrzności czuwają również ludzie, którzy swoją dobrocią wspierają nas w walce o każdy dzień. Niestety oprócz wsparcia duchowego synkowi niezbędne jest również wsparcie finansowe.

Można pomóc Filipowi przekazując 1 % swojego podatku lub wpłacając na jego subkonto:
Getin Bank 88 1560 0013 2027 0380 6621 0058

Fundacja GAJUSZ
90-406 Łódź
ul. Piotrkowska 17"*


Jeśli nie możesz pomóc finansowo, to przekaż informacje dalej.
Nie bądźmy obojętni.

Za KAŻDĄ pomoc w imieniu rodziców Filipka - DZIĘKUJĘ



piątek, 22 stycznia 2010

To wiele wyjaśnia

Dzisiaj, mój ulubiony sąsiad wysłał mi linka.
Musicie to zobaczyć.



Ja się posmarkałam.
To wiele wyjaśnia.
Miłego dnia wam życzę
Dzięki Witek

czwartek, 21 stycznia 2010

Procedury

Procedury, dziury, szuje, muje, dzikie węże ...
- W katalogu Porad zabiegowo- diagnostycznych nie ma procedury mówiącej o możliwości sfinansowania przez NFZ wyjęcia implanta -powiedział jakiś specjalista, którego nazwiska nie wymienię, po moim desperackim telefonie do NFZ - ale mogę podać pani adres placówki, która powinna pani pomóc - odpłatnie

Koncert życzeń:

:
100 lat dla Krzysia - syna mego z okazji 8-ych Urodzinek
Synku rośnij zdrowo i szczęśliwie.



Wszystkiego naj dla naszych i cudzych BABĆ
 a szczególnie dla Jadzi, Iwonki, Marzenki ... Zdrówka i radości z wnucząt 

- nie chce kataru
- na imieniny - za miesiąc - nie chce implanta.
Przyjmuję więc dobrowolne datki - koszt zabiegu 150 zł

Prywatnie da się to wyjąć choćby w przyszłym tygodniu- dziwne ?!

środa, 20 stycznia 2010

sprzyjające warunki

Dzień ostatniej szansy dla chirurgów Łódzkich, na wyjście z twarzą
Miałam dzisiaj zadzwonić w sprawie nieszczęsnego IMPLANTA. Oczekiwałam konkretnej odpowiedzi :
- tak, wytniemy i kiedy
albo:
- niestety nie, bo ...

- Proszę o kontakt w przyszłym tygodniu. Nie wykluczone że wytniemy, ale musimy poczekać na bardziej sprzyjające warunki - usłyszałam w słuchawce

Odpowiedź jaką uzyskałam sprawiła ze opadło mi wszystko co jeszcze mogło.
Zastanawiam się tylko co lekarz miał na myśli mówiąc "sprzyjające warunki"
Ze niby będziemy czekać aż śniegi stopnieją - do wiosny, czy poczekamy aż uzbieram pokaźną kopertę zapomogi dla niedouczonych lekarzy?!

Jeśli czeka na to 2gie, to niestety, tu zabrzmi moje stanowcze NIE
Choćby skały srały i żabami padało NIE DAJE - NIE BIORE.

A tak poza tym, to jestem pociągająca - znowu.
Boli mnie wszystko co może.:)

Ale, są też powody do uśmiechu.
Dzisiaj mój prywatny, osobisty Seler ma imieniny. Kochany Sebciu vel Seler życzę ci samych wspaniałości, słodkości, radości i słoneczka.
Niech śnieg topi się na twojej drodze i żaden puchowy płatek ani kropla deszczu, nie ważą się przysiąść na twoim ramieniu.
Życzę ci dnia bez "upierdów" w pracy i miłego wieczoru ;)

wtorek, 19 stycznia 2010

Jarzynowy poranek

 - Pobawimy się w "zgadnij jakie jest moje ulubione warzywo"?
- Dobra, to zaczynaj zgadywać.
- marchewka?
- taaaak ... i ...
- burak ?
- też lubię, ale nie ...
- papryka?
- nie, takie żółte warzywo
- fasolka ?! - krzyknął uradowany Marcin
- kukurydza! przecież to oczywiste - odpowiedział rozczarowany Krzyś. - dobra, teraz ja zgaduje. Hmm, jakie ty możesz lubić warzywo? .... Pomidor?
- tak ... i ...?
- marchewka?
- dobrze, co jeszcze?
- ogórek?
- tak, ... i ... ?
- burak?
- tak ...
- Marcin ty chyba wszystkie warzywa lubisz! - stwierdził Krzyś, nieco znudzony tą wyliczanką
- BRAWO!  Zgadłeś!
Nie ma to jak konkret. W końcu dlaczego wszystko nie może być ulubione?!
Krzyś zadowolony - zaczął dzień od wygrania z Marcinem:)
Z uśmiechem pomaszerował do szkoły.

poniedziałek, 18 stycznia 2010

O IMPLANCIE I ZALOTACH NA KIBEL

Już nie mam siły o nim pisać.
Nie lubię go, nie chce i już.
Chodzi o "Implanta" co to szuka różnych sposobów, żeby go tylko ze mnie nie wyciągnąć.
Używa chyba tajemnych sztuczek, którymi wpływa na otoczenie.
I tkwi w moim ramieniu, wcale nie chciany.
Dzisiaj miałam kolejną wizytę u chirurga, tym razem już taką z litości. A może dla świętego spokoju?!
Pan doktor obejrzał mnie 3 minuty.
- Wyjecie tego nie będzie takie proste. Wie Pani o tym?
Następny znawca się znalazł.
Pomarudził coś jeszcze ze nie dobrze że od rana nie mam czasu ...
W mordę misia, przecież ktoś w tym kraju musi pracować, tak?
- Dlaczego nie wyjęła pani tego w  Irlandii?? - zapytał
- Bo mi się nie chciało - pomyślałam.
Dostałam skierowanie do szpitala w Zgierzu  (dobrze że nie do Gdańska, bo bym się pewnie po pracy nie wyrobiła). Mam tylko nadzieję że się nie pomylę i nie trafię do szpitala psychiatrycznego. Jak bym tam zaczęła tłumaczyć ze mam coś jak zapałkę w ramieniu i chcę ją wyjąć, ale jej jakby nie widać na RTG, to czuję, że czekało by mnie dłuuuugie leczenie na oddziale zamkniętym. Mam zadzwonić  w środę. Jeśli pan "głowa szpitala" się zgodzi, to powie mi kiedy na zabieg.
Obawiam się tylko ze nic z tego nie będzie. Nie miałam ze sobą pękatej koperty, ani nawet bombonierki z likierem - nie wiem jak mogłam.
No, ale zobaczymy.
W każdym razie Pan Grzegorz z rejestracji ma u mnie kawę. To on "załatwił" mi ta wizytę.
Wiecie co jeszcze zrobił ?! - dał mi klucze do toalety dla personelu, bo powiedział że w tej dla pacjentów strasznie śmierdzi i lepiej żebym tam nie szła.
Panie Grzesiu - bardzo dziękuje ;)
Rwanie na kibel - nieźle co?
Oczywiście, to było z życzliwości, a ja sobie tylko humor poprawiam. Do toalety poszłam sama - bo jak coś to tylko z Selerem w duecie ;)

Instrukcja wyjęcia implanta jest mniej więcej taka:
  1. wyczuć intruza pod skórą
  2. odkazić "okolice"
  3. zaznaczyć
  4.  znieczulić
  5.  zrobić 2-3 mm nacięcie
  6.  wyjąć pęsetą
  7. upewnić się że wszystko wyjęte
  8. zalepić plastrem

środa, 13 stycznia 2010

13go ...

- Data zabiegu 13.01.2010 godzina 16:00
- Świetna data - odpowiedziałam
- Niech się Pani nie martwi, jeszcze żadem pacjent nam nie zszedł 13 go - odpowiedział dowcipnie pan w rejestracji.
Już wiem dlaczego
Na dzień 13go, wzięłam urlop, wszak "kroić" mnie maja i trzeba się do tego psychicznie przygotować.
Pokonałam przeszkody komunikacyjne. Dotarłam na miejsce o czasie. Wyciągnęłam kartę, kupiłam i założyłam "buty ochronne" i grzecznie usidłam, czekając na swoją kolej.
- Niech się pani wcześniej pokaże Pani doktor - krzyknął ktoś za mną z rejestracji.
Uczyniłam co kazano. Przeprosiłam pacjentów w kilometrowej kolejce i wcisnęłam się do lekarza.
- Pani doktor, jestem na zabieg. Czy mam poczekać w poczekalni? - zameldowałam, zapytałam
- Proszę wejść. Musimy porozmawiać. Muszę Pani wyjaśnić dlaczego nie zrobimy zabiegu.
W tym momencie ciśnienie mi się delikatnie podniosło, nóż w kieszeni otworzył, w myślach przypomniałam sobie wszystkie mi znane przekleństwa ..

Przez ostatni miesiąc, mieli problem, bo nie wiedzieli jak. Wydrukowałam już instrukcje obrazkową.
Pojawiła się nowy problem: nie można tego sklasyfikować, chora kasa za to nie zapłaci.
Rozbawił mnie tekst lekarki:
- Proszę Pani, to nie problem wyciągnąć implant, nie takie ciała obce usuwaliśmy.
Top ja się k.....wa pytam, po jakiego h.....ja oni tyle razy kazali mi przychodzić, kupić znieczulenie (dostałam receptę na całe opakowanie 10szt - jakby mnie mieli całą znieczulać - kupiłam 2 szt), marnować czas na szukanie instrukcji, skoro wiedzą jak. Jak by nie mogli od razu mi powiedzieć ze nie wytną i już.
Polak potrafi po prostu znaleźć problem.
Okazało się że nawet jak ja za to zapłacę, to mi nie wytną, bo to państwowa przychodnia.
Mam udać się do lekarza pierwszego kontaktu po skierowanie do poradni w CZMP. Niestety nie dają głowy czy tam mi wytną. Możliwe że będę musiała zrobić to prywatnie.
Ostatni ratunek w tym, że uda mi się skorzystać z "przysługi" pewnego lekarza owej przychodni, któremu może uda się to pod coś podciągnąć. Okaże się w pon albo wt. Jeśli nie, impreza imieninowo (Sebcia) - urodzinowa (Krzysia) będzie krwawą.
Planuje upić się i wydłubać to g....no.

Wracając do domu zahaczyłam o galerie i kilka sklepów. Miałam zamiar w celu poprawienia humoru i trochę zdrowia, nabyć drogą kupna jakieś buty.
Zdrowia, bo zamszowe buty nie zdają egzaminu na śniegu i jeszcze nie zdążę wyjść z domu, a już mam skarpetki mokre do kostek.
Odwiedziłam w sumie 9 sklepów i d...pa zbita. Jeśli już się coś nadawało, to kosztowało 5 razy tyle ile byłam w stanie zapłacić, albo nie było kajaków ( mojego rozmiaru), a tak to wspaniałe kozaki na 15cm obcasie ...
Nie nauczyłam się chodzić na szczudłach.
W rezultacie, kupiłam sobie 5 par skarpet żebym mogła częściej zmieniać.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Sen zimowy niedźwiada

Zima jest po to, żeby padał śnieg, żeby było zimno, żeby styczeń był biały, żeby sanki można było przewietrzyć i jakiegoś bałwana ulepić ...
Moim zdaniem, zima powinna być również po to, żeby spokojnie zapaść w sen zimowy. Tak jak robią to Niedźwiady.


Ja chyba jestem blisko spokrewniona z w/w.
Jak mi się nie chce ... Nie, no chce mi się, spać i robić nic.
Ja rozumiem, że przysypiam jadąc do pracy.
Człowiek nie do końca zalogowany do rzeczywistości,  pomruki autobusu, z opatuloną kapturem i szalikiem twarzą, ciepłe podmuchy z grzejnika, siedząc sztywno, przytulona przez tłum do ściany ...
Można pomylić się i pomyśleć że ciągle jest się w łóżku ... mmm ....
Ostatnio jednak, przysnęłam wracając z pracy, czyli w godzinach późno popołudniowych.
Autobus jechał, około godziny, za oknem już ciemno, nie mogłam czytać, bo miałam problem z "wyregulowaniem" ostrości.
Właśnie, bo jak źle widzę, to od razu gorzej słyszę i mój mózg (gdziekolwiek jest) myśli sobie że idziemy spać - ściągam okulary tylko do spania, a w soczewkach - moim od czasu- do czasu(owym) image, nie zawsze dobrze widzę.
Prawie przejechałam przystanek. Na szczęście jestem gadułą.
Obudziło mnie moje gadanie przez sen ;)

Już wiem po kim Marcin to ma. Jego buzia nigdy się nie zamyka.
Nawet jak śpi.

piątek, 8 stycznia 2010

Dzień jak co dzień

Wczoraj

Krzyś kaszle od jakiegoś czasu. Myślałam że alregia, suche powietrze w domu ...
Kaszel nie przechodzi :(
Krzyś przyniósł 6ke z matematyki - będzie startował w olimpiadzie matematycznej :)
Dumna i blada.
- Ropne zapalenia gardła, albo angina - rozpoznanie u Krzysia.
Nie koniec świata, tylko skąd wziąć teraz na leki? Mojemu "ulubionemu" byłemu  nie było po drodze od kilku tygodni żeby wysłać alimenty. To nic że spóźnia się z płaceniem - jemu nic nie brakuje.
Szybka reakcja Selera - jest antybiotyk.

- Mamo, mamo, Marcin nie widzi na 1 dno oko - moją rozmowę telefoniczna przerywa krzyk Krzysia.
Wystraszony, trzęsie się i dusi od kaszlu.
- Spokój - Krzyknęłam, żeby otrzeźwić wystraszone dzieci - Krzyś 10 wdechów i do pokoju.
Wzięłam Marcina - wystraszony.
- Nie widzę choinki!
Pocałowałam oko
- Już widzę! Krzyś, widzę! - krzyknął uradowany - tylko ciągle mnie boli.
Zrobiłam kompres Marcinkowi, przytuliłam Krzysia - uspokoił się. Do jutra już nie będą się bić. Wyjęłam deskę z szafy o którą uderzył się Marcin.


Już przyszedł.
Zajaśniało jakoś w domu. Dostałam różę - podobno tak po prostu, bo ładna, bo kocha ...
Zrobiłam kolacje - on patrzył w gwiazdy z chłopcami przez lunetę.
 Słyszałam jak Marcin mówi do niego "Tato".

- Mamo, juz dawno ziewnąłem, ale ciągle nie moge zasnąć. Teraz będę tak ziewać i nie zasnę, bo będę musiał walczyć z ziewaniem ...
Zbyt długa wypowiedź, za dużo w niej ziewania - ziewam

Kocham ich

Dzisiaj

Prawie nie zaspałam.
Krzysiowi przechodzi kaszel
Krzyś z babcią gotują dla mnie pomidorówkę
Przez telefon mówią że kochają ?!

Kocham ich jeszcze bardziej niż wczoraj
Dzień jak co dzień.

czwartek, 7 stycznia 2010

Lalunia

- Lalunia patrzyła i sie zagapiła - powiedział Marian komentując moje chwilowe odcięcie sie od rzeczywistości. Byłam w trakcie czytania blogów.
- Że niby kto? zapytałam zdziwiona nie do końca wiedząc o co chodzi.
- No Lalunia. I nie będziemy pokazywać palcem kto - Powiedział Seler kierując na mnie wskaźnik - bosaczka* Marcina

*bosaczek - bosa stopa

implant cd czyli o naszej służbie zdrowia i chorej kasie

Myślałam ze pominę dalszy ciąg tej historii, ale nie mogę,
Wczoraj byłam z kolejną wizytą u chirurga, w sprawie wspominanego wcześniej implantu (a ?).
Przez okres Świąt, miałam się czegoś dowiedzieć, tzn jak to wydłubać. Nie rozumiem tylko dlaczego ja. No ale nasze służby zdrowia nikt nie rozumie.

- 16:45, tylko proszę przyjść pół godziny wcześniej - usłyszałam miły głos w słuchawce. W końcu się dodzwoniłam. Po 2 dniach, ktoś raczył odebrać.
Pokonując śniegi, zaspy, problemy komunikacyjne, dotarłam na czas.
Muszę przyznać że popołudnie było urocze. Śnieg delikatnie prószył, a zaspy mieniły się kolorami w blasku chowającego się słońca ... I to był jedyny pozytyw mojej wycieczki.
W przychodni, okazało się że jest kolejka jak stąd do Krakowa. Na szczęście miałam ze sobą książkę
-Chwila dla mnie - pomyślałam oddając się lekturze. Tylko że skupić się w takim miejscu jest gorzej niż w zatłoczonym autobusie. Co chwilę, ciszę przerywał dźwięk czyjejś komórki, albo głośne komentarze na tempo pracy. Nasłuchałam się również o dnie moczanowej, ręce pociętej siekierą, pękniętym dysku, ropniu pod kolanem i ochraniaczach które nie wiadomo po co są.
Z nosem w książce udawałam ze mnie tam nie ma, żeby tylko nie zostać wciągniętą w jakąś dyskusję.
Po blisko 2 godzinach czekania, przyszła moja kolej.
Pani doktor szybko przypomniała sobie o co ze mną chodzi. Powiedziała że znaleźli coś w internecie i pokazał mi wydrukowaną stronę z przeróżnymi informacjami. Brakowało tam tylko choćby zdania o tym jak to coś wyciągnąć. Informacje zebrane przeze mnie były pełniejsze, chociaż chyba nie o to im chodziło.
Po minucie cmokania, wzdychania - że się niby zastanawiała czy coś - zapadła decyzja.
- Wytniemy, tzn spróbujemy. jak się nie uda to skierujemy Panią na jakiś oddział. Powiedziała panie doktor - Oczywiscie nie dzisiaj, bo to musimy się na zabieg umówić i wpisać do grafika ...
Termin za tydzień. Zabieg nie powinien trwać dłużej niż 5 minut.
Na ustalenie terminu i krótką, nic nie wnoszącą rozmowę zmarnowałam 2 godziny ...
Żeby ustalić termin - pani ma zeszyt w gabinecie zabiegowym - musiałam kupić ochraniacze.
- Proszę się jeszcze wrócić do lekarza po receptę na znieczulenie, bo my nie mamy - powiedział pan z rejestracji - NFZ nie pozwala nam mieć własnego.

Dobrze że nie muszę mieć własnego skalpela i nie będę płaciła za wynajęcie sali zabiegowej.
Tylko pytam się grzecznie - to na co idą nasze niemałe składki ?

wtorek, 5 stycznia 2010

stomatolog

Wszystko wraca do normy, tzn do codzienności.
Znowu do pracy, tłok w autobusie, zaspy, mokre rękawiczki ...
Na jakąś chwile przed Sylwestrem, Krzysiowi wypadła plomba :( Długo nie myśląc zapisałam potomka do dentysty. Wizyta była wczoraj, więc nie czekaliśmy jakoś specjalnie długo. Jak młodszy mój potomek dowiedział się że tramwajem i że dentysta Jarek no i że może znowu dostanie pastę, to on tez koniecznie musi pojechać. Bo przecież dbanie o zęby to ważna rzecz.
Tak więc awansem i Marian pojechał na przegląd :)
Oczywiście w gabinecie prawie się pokłócili o to który pierwszy. Każdy chciał nim być - tym pierwszym znaczy się. W Marcina zębach nie zalęgło się nic - na szczęście, ale zdecydowanie za krótko było dla niego.
- Już? zapytał zdziwiony, - ale ...
No nawet sobie nie zdążył wszystkiego obejrzeć.
Potem dzielnie Krzyś - tym razem ma pomarańczową plombę. W tak zwanym międzyczasie, Marcin przeprowadzał teleturniej "100 pytań do..." i "a do czego to służy" sprawdzając jednocześnie cierpliwość borującego w zębie.
Ponieważ wszystko przebiegło sprawnie i nawet moja kieszeń nie zapłakała żałośnie (Krzyś został uznany za reklamacje) stwierdziłam że i mnie można sprawdzić.
I znalazło się. Pokazałam swojemu potomstwu jaka jestem dzielna i nie płakałam jak miałam robiony zastrzyk znieczulający. To nic że Krzyś bez znieczulenia, byłam dzielna - byłam :)
W czasie gdy mi dłubano, Marcin zajmował się panią w rejestracji :) a Krzyś zadręczał doktora Jarka. Już wiem wszystko o wiertłach, kwasach, plombach, ślinociągach i innych. Wyprawy z dziećmi uczą.

Sam wizyta była szybka i miła -to jedyny dentysta do którego nie boje sie iść.
Wracając, zaczęły się schody.
Najpierw źle sprawdziłam godzinę na zegarku, potem na rozkładzie. W ogóle jakoś mi się pokręciło.
Ja marzłam a dzieciaki 20 minut czekając na tramwaj zabawiały się na śniegu. Jakaś uprzejma  pani, powiedziała że nie mamy co czekać, tramwaju nie ma na krańcówce. A sprawa o tyle skomplikowana, ze byliśmy w Zgierzu pod Łodzią. Zaczęliśmy się więc kierować w stronę tramwaju ozorkowskiego, czyli nieco dalej. Po drodze krasnale zaczęły piszczeć że im zimno. Mi też członki wszelakie zmarzły jak nie wiem co. Stojąc na przystanku, ogrzałam powietrze dookoła siebie i nie było źle, ale w ruchu - masakra.
Na szczęście przyszedł nam z pomocą Seler, a w zasadzie zadzwonił.
My kroki swe skierowaliśmy na najbliższą stację benzynową, żeby tam grzecznie na niego czekać. .
- Robi pani najlepsze hod dogi na świecie - powiedział Marian z miną anioła, do pani na stacji.
- To jest najwspanialszy sklep jaki znam - dodał popijając gorąca czekoladę.
  Zostaliśmy uratowani, zęby wyleczone.
Specjalne podziękowania dla Selera i pani na stacji benzynowej przy wjeździe do Zgierza.

piątek, 1 stycznia 2010

1.01.2010

No i mamy pierwszy dzień Nowego Roku.

Sylwester który stał pod znakiem zapytania, odbył się, udał się ...
Potomstwo me poczuło się trochę lepiej.
Swoją drogą, jaki organizm ludzki jest sprytny. Potrafi absorbować wodę z powietrza chyba. Już nie mieli co, czym, a jednak nadal latali do toalety. Symfonia na kibel i miskę.  W końcu ich organizmy już chyba nie miały siły ze mną walczyć i zaczęły przyswajać leki (zamulacze) i jakby im przeszło.
Wyszłam z wyrzutami sumienia, co chwila zerkając na zegarek, czy też Babcia nie dzwoniła.
Po 23 ja zadzwoniłam i dowiedziałam się że dzieci czuja się dobrze, czekają na Nowy rok i zrobiły mi miejsce w łóżku, więc jak wrócę z imprezy żebym się nie martwiła.
Najpierw na ciebie narzygają, a potem jeszcze ci miejsce do spania naszykują.
Jak tu ich nie kochać.

Wybawiłam się, wytańczyłam ... aż mnie dzisiaj nóżki bolą.
Dzisiaj krasnale humanitarnie zaczęły mnie budzić buziakami o 10.
Mam najlepsze dzieci na świecie.

Dzisiaj wszystko jest jakby inne, nowe, weselsze.
Chłopcy mają świetne humory. Jest już po 14tej a oni się jeszcze nie  pobili, nawet o granie.
Na tekst z filmu: "Nie będę jadł tych ziemniaków, jest w nich zdechła mucha" - chłopcy dostali napadu śmiechu. Marian się posikał.