wtorek, 17 listopada 2015

THE END

Moi kochani.
Dawno mnie nie było i chyba raczej już nie będzie.
Takie postanowienie na zakończenie roku.

Może tu wrócę. Kiedyś ...
Póki co dziękuję wszystkim którzy tu czasem zaglądali. Dzięki za ponad 6 lat razem.
Fajnie było z wami spędzać czas.

Do poczytania

Gosia.Sz-G

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

POWROTY, TĘSKNOTY, CZYLI ODMELDOWUJEMY SIĘ

Odmeldowuję się.
Powróciliśmy z potomstwem na wyspy zielonej łono.
Cali i zdrowi.
Tyle że każde z nas za kimś tęskni.
To miał być kiepski urlop. Miałam z utęsknieniem czekać na powrót do domu. Tym czasem było jak zwykle. Ciągle mi mało.
Chociaż tu (jak sądzę) jest moje miejsce na ziemi, to przyjaciół z Polski wciąż mi brak.
Jak co roku, czuję się tu jak za karę.



Przez moment, myślałam ze los głośno zachichotał i przypomniałam sobie o swoim mentalnym upierzeniu - blond.

Na lotnisko dotarliśmy prawie w ostatniej chwili. Zaoferowałam swoją pomoc przy opiece nad pewna młoda damą podczas lotu, wszak wiek jej nie pozwalał jeszcze na samodzielne latanie.
Stojąc w kolejce do odprawy, szykowałam karty pokładowe i dokumenty ... i się okazało że nie mam Dowodu Osobistego. Zwątpiłam w swą moc.
Jaka odpowiedzialna matka wybiera się w podróż bez sprawdzenia dokumentów?!
Wszystko to wina upału.
Padłam na kolana i przeszukałam torebkę, portfel  w każdą stronę. Zadzwoniłam do mamy, żeby wraz z siostrą mą młodszą zaczęły poszukiwania, bo była szansa że zdąża dojechać taksówką.
W między czasie przez me czoło myślą niezmącone przebiegł pomysł wydłużenia urlopu. Wszak wolnego mam jeszcze trochę. Tylko koszty mnie zaniepokoiły. Kupić 3 bilety w ostatniej chwili, w sezonie - trochę słabo.
Widok spanikowanej babci dziewczynki przywracał mnie co jakiś czas na ziemię.
Nie wiem ile te poszukiwania trwały (dla mnie to była wieczność), olśniło mnie. Może klimatyzacja na lotnisku zadziałała i moje szare zwęglone słońcem komórki zaczęły stykać.
Przypomniałam sobie że schowałam ów dokument w etui na telefon, którego rzadziej używałam, właśnie po to żeby go nie zgubić i przypadkiem nie zapomnieć.

Mało brakowało, a nadal bym się smażyła w Łodzi.

Oraz wszystkim wam (w Słupsku i w Łodzi) dziękuję raz jeszcze za CUDOWNE wakacje.
Jestem mega szczęściarą że was mam.





sobota, 1 sierpnia 2015

KRAJ WIECZNYCH NIESPODZIANEK

Myślałam że już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. A jednak, ten kraj nigdy nie przestanie.
Piątkowe popołudnie.
Powrót z pracy - Weekendzik!
No i do tego wszystkiego zniecierpliwiony szofer (czyt. kierowca autobusu). Nie spodziewał się chłopina korków i tak tupał nóżką, że w końcu nie wytrzymał i postanowił zmienić trasę. Nie tak że o matko, tylko ociupinkę. Zawinął na trasę szybkiego ruchu!
Akcja jak z filmu.
Pasażerowie zdenerwowani, bo to nigdy nie wiadomo kiedy ktoś postanowi porwać dla okupu na ten przykład.
Myk, pyk, zjazd, objazd, pas dla autobusów ... i jeszcze większy korek.
Tak nam pan dobrze zrobił że postanowiłam dokończyć podróż na piechotę. Dodam że nie byłam odosobniona z tym pomysłem.

No i teraz zaczynam się zastanawiać nad słusznością stwierdzenia babci mojej koleżanki.
Nie zacytuję bo moja pamięć nie jest aż tak rozwinięta, ale sens postaram się przekazać.
Kobieta ZAWSZE powinna być "przygotowana". Wiecie, piękna bielizna, ogolona. Jednym słowem wypicowana . Bo nigdy nie wiadomo co się zdarzy.  Jakiś wypadek, karetka, czy choćby porwanie dla korzyści innych niż okup.
Żeby sobie wstydu nie narobić.
Nawet Pieprzu udowodniła że gotowość ma znaczenie również w podróży.

Jutro lecę po potomstwo.
Już spakowana.
Po rzuceniu okiem na zawartość walizki - zaraz idę na zakupy po nową bieliznę co by nie było "obciachu".
Jakby co.


czwartek, 30 lipca 2015

ILUZJA, CZYLI ODCINEK DLA WIDZÓW O SILNYCH NERWACH

Dzisiejszy odcinek zaczniemy od zagadki.
Co widnieje na zamieszczonym obrazku?!

To proszę państwa są jasne skarpetki mojego potomstwa w stanie tzw "poobozowym" namoczonym.
Szczęście że nie miałam tej wątpliwej przyjemności widzieć i czuć wspomnianych.
Panowie się odmeldowali, cali, zdrowi i mega zadowoleni.
Po 3 tygodniach w głębokim lesie, najchętniej by tam jeszcze zostali.
Jeśli zdania nie zmienią, to przyszłoroczne wakacje mam już dla nich zaplanowane.
Wygląda na to że to tylko ja się tu męczyłam. W sensie że dziwną matką jestem. Albo może właśnie zwyczajną?! Brakowało mi ich codziennego słowotoku i ogólnie jakoś nie mogłam sobie miejsca znaleźć. Wszystkie plagi egipskie mnie dopadły z jelitówką włącznie. Dzisiaj na ten przykład musiałam się ewakuować z autobusu w drodze do pracy, co by widowiska nie zrobić. Godzinny spacer dobrze mi zrobił. Teraz mobilizuje siły na jutro.
A potem ...
A potem to już tylko urlop.
Jutro jest mój ostatni dzień użalania się nad sobą.
Potem się podniosę, otrzepię i pójdę do przodu.
A co!

piątek, 10 lipca 2015

WYWIOZŁAM DZIECI DO LASU, A POTEM SAMA ZABŁĄDZIŁAM

Może nie od razu wywiozłam, ale upewniłam się że wsiedli do odpowiedniego autokaru oraz że drzwi starannie zostały zamknięte.
Po 3 dniach trwania obozu, przynajmniej 2 razy byłam gotowa po nich pojechać - tak to zazwyczaj bywa z mięczakami (mowa oczywiście o mnie, nie o potomstwie).
Póki co sygnały ze środka głębokiego lasu docierają codziennie, a potomstwo po ciężkich 2 dniach ma się całkiem nieźle.
Gorzej jest ze mną. Miałam odetchnąć, odpocząć, upajać się ciszą i spokojem. Tym czasem organizuję sobie czas na siłę, żeby nie myśleć za dużo. Wszak jak człowiek się nudzi, to różne głupie pomysły do głowy mu przychodzą. Mnie akurat tych nie brakuje.
Do tego wszystkiego dochodzi kumulacja głupoty. Ale tą tłumacze niehumanitarnym upałem w Polsce od którego szczęśliwie odwykłam.
Generalnie myślałam że było już wszystko.
Myślałam że mój życiowy limit na głupoty został wyczerpany.
Tym czasem sama siebie nie przestaję zadziwiać.
Dzisiaj rano zabłądziłam w drodze do pracy.
Nie wiem czy mój mózg dostąpił szoku termicznego i nie miałam "kontaktu z bazą", czy coś innego się zadziało.
Podczas nieobecności potomstwa mogę zaczynać pracę wcześniej, postanowiłam pojechać innym autobusem niż zwykle. Miało być szybciej i bliżej.
Miało być.
Po przejechaniu kilku czy nawet kilkunastu przystanków, przestałam rozpoznawać okolice. Stwierdziłam że zbyt rzadko jadę tą trasą, bo wygląda jak bym jechała nią pierwszy raz.
Po kolejnych czterech przypadkiem spojrzałam na tablice wyświetlającą nazwę przystanka i nr autobusu ...
Okazało się że wsiadłam w zły - oczywiście.
Wysiadłam czym prędzej. Usiłowałam nawet uruchomić Goole maps w swoim prehistorycznym telefonie, ale mi nie szło. Stałam więc jak ta zabłąkana Ańdźka w kwiatach i prawie zanosiłam się ze śmiechu. Przechodnie też mieli dobre humory. Wnioskuje po tym jak na mnie reagowali.
Tak wiec zamiast 3 min, szłam 20.
Do pracy dotarłam i nawet się nie zdążyłam spóźnić - taka jestem.

Jeszcze tylko 26 dni i mi się poprawi.
Zakładam że za 30 dni znowu będę chciała wykupić stałe miejscówki potomstwu w głębokim lesie.
Póki co beznadziejnie mi bez nich.

piątek, 3 lipca 2015

UPS EXCUSE ME - CZYLI OFICJALNE ROZPOCZĘCIE WAKACJI

Oficjalnie zaczęłam mini urlop.
Dzieci zakończyły rok szkoły z wynikiem zadowalającym. Zadowalającym mnie, Oni są zachwyceni.
Pogoda cudna, powiedziałabym nawet że jest za ciepło.
Tak, tu na zielonej wyspie jest zbyt wysoka temperatura. Albo to już ten wiek?!
Również sezon głupawki można uznać za rozpoczęty. Nie tylko mi, potomstwu też się odkleja. Najpierw rozmiękło od wilgoci a teraz przesuszone upałem się odkleiło i powyginało. Chociaż może to geny?!
Walizki spakowane.
Bilety wydrukowane.
Polskie lasy - drżyjcie - chłopcy jadą na obóz.
Ja zaraz wracam do pracy.
To będą moje wakacje. W ciszy i spokoju, jak już wywiozę potomstwo.

By MARCIN  - rysowane lewą ręką.
Dowód rzeczowy na potwierdzenie
pokrewieństwa z moja skromną osobą.



A wy bawcie się dobrze!

wtorek, 9 czerwca 2015

GADULSTWO A PISANIE CZYLI KRÓTKO O DEMENCJI

Do dzisiaj, a w zasadzie do wczoraj żyłam w przekonaniu, że jeśli potrzeba coś napisać, to problem żaden. Polać wodę, poopowiadać dziwne rzeczy w ilościach hurtowych - proszę uprzejmie. Gdy stojąc w kolejce po rozum zabrakło towaru, zostałam obdarowana wyobraźnią.
Takie rzeczy moja skromna osoba robi wręcz z dziką przyjemnością. Nie to żeby o matko, ale zazwyczaj jakość zaspakajała moje skromne wymagania.

No i się skończyło.
Nawet pisanie tutaj jakoś mi pod górkę idzie (choć nie powiem, ciągle jest radość).

Musze napisać na zaliczenie pracę na temat ... Uwaga! ...  Demencji starczej (to tak w powiązaniu z moja pracą w szkole). 1000 słów - co to dla mnie ...
W życiu nie siedziałam tyle czasu nad 4 stronami tekstu. Napisałam tylko 2, postawiłam kropkę i jak bym się dobrze wychyliła to dosięgam 500. Czyli że jestem w czarnym głębokim lesie, zakładając że to jest jedna z 2 prac w tym temacie a już wszystko co chciałam, to napisałam.
Nie umiem rozpisywać się w języku w którym ledwo się komunikuję.


Chociaż w ojczystym też pewnie nie byłoby za różowo. U mnie bowiem, "łatwość pisania" uzależniona jest od "ilości gadania".  Wyobrażacie sobie (ci którzy mieli przyjemność poznać mnie osobiście) że wyleczyłam się z gadulstwa?!  W sumie to z kim tu pogadać? W szkole z dziećmi? W domu, to tylko monologi  Mariana wiecznie opowiadającego swoje historie i mój monolog do starszego potomka, bo ten nawet nie odpowiada tylko fuka.

W tym miejscu czuję się w obowiązku uprzedzić wszystkich posiadaczy potomstwa poniżej 10 roku życia. 10 latek w domu - jest super, ale żeby przetrwać z 13 latkiem, potrzeba zaopatrzyć się w niezłe leki uspokajające. Ponoć później jest jeszcze fajniej, ale zapewni któreś z nas tego etapu nie dożyje.


Na szczęście na chwilę obecną naturalne uspokajacze mam w zasięgu ręki - słońce, park z boiskami w ilości hurtowej, na nich potomstwo w odległości bezpiecznej - jak krzykną to są niewielkie szanse że usłyszę, książka, i słuchawki z muzyką ...
Chwilo trwaj ...





niedziela, 7 czerwca 2015

IRLANDZKA POGODA - CZYLI JAK SIE LUDZIOM ODKLEIĆ OD NADMIARU WILGOCI MOŻE.

Zwykłam twierdzić że bardzo lubię irlandzka pogodę.
Ponieważ z zasady nie kłamię, to też jest to zgodne z prawdą. Wolę tutejszy balans od zamarzającej zimowej pluchy czy skwaru w środku miasta. Oczywiście nie mówię o zimie w górach czy o środku lata na Majorce. Dość rzadko (żeby nie powiedzieć że wcale) tam jednak bywałam, stąd zamiłowanie do aury tutejszej.
Niestety nawet ta pogoda, choć prawie idealna, ma swoje wady, które dają namacalnie znać o sobie.
Otóż od nadmiaru wilgoci czasem się ludziom (mówię to na własnym przykładzie) zaczyna lekko odklejać. A jak jeszcze przyjdzie takie słońce jak dzisiaj, to nie dość że klepki w mózgu się rozeschną to jeszcze wypaczą ...

Od wczoraj miałam przyjemność opiekować się jedną z córek mojej siostry. Wstawanie w nocy, mleko, przewijanie i takie tam atrakcje. Nastawiona psychicznie iż pobudka będzie standardowo o 6 w porywach do 7 zdziwiłam się mocno kiedy to ranna ptaszyna raczyła mnie obudzić o 9:20. I to nie że lamenty płacze czy mazgajstwa. Skowronek wyśpiewywał od rana ODĘ do swych stóp kiedy to jedna z kończyn po radosnym wymachiwaniu utknęła pomiędzy szczebelkami. Stopa została oswobodzona, a ptaszyna dalej śpiewała.

Mając przed oczyma śpiącego krasnala który wtulony uśmiecha się przez sen, śmierdzi mlekiem, albo te małe bosaczki... sobie pomyślałam ...
Wróć! Przez me czoło myślą nie zmącone przebiegł pomysł ...
A gdyby tak ...?!

WHAAAAAT?

Później usłyszałam czułą rozmowę swojego podrośniętego już potomstwa. Uznałam że to jednak była chwilowa niepoczytalność.
Gdyby mi jednak nie przeszło, ogłoszę casting na dawcę.
CV można przesyłać mailem.
 



piątek, 5 czerwca 2015

NIGHT OUT, CZYLI KRYZYS WIEKU ŚREDNIEGO JUZ ZA ROGIEM

Różne stany w życiu mym pięknym mnie dopadały.
Chroniczne głupawki, doły, tumiwisizm i mamtowdupizm, a jakże. Wszystko jednak przechodziło płynnie jedno w drugie.
Teraz to jakiś obłęd. Nie mam czasu na przyzwyczajenie się do jednego stanu, a już jestem w innym.
Z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić mogę, że aktualnie wchodzę z rozmachem w wiek zwany średnim. Jeszcze dni kilka i będę tam pełną sobą.
No bo jak wytłumaczyć to że rano wstałam radosna jak mało kiedy, gotowa na wyjście wieczorem ze znajomymi, a teraz najchętniej zawinęłabym się w szlafrok, włączyła film i cieszyła się swoim własnym towarzystwem?
Oczywiście nic takiego się nie stało, poza tym że połamałam odkurzacz. A w zasadzie to rurę. - Jest moc!
Przez chwilę cieszyłam się, myślą że czynność jakże przyjemna, mnie ominie. Po chwili zastanowienia uznałam że jak nie dziś, to jutro ... Póki co posiadaczką kozy nie jestem, więc nie miałby kto śmieci z dywanu zjadać. Grzecznie więc padłam na kolana i dokonałam czynności.
W ogóle, to kto wymyślił dywany?!
Wczoraj na ten przykład oglądałam dom, bo o przeprowadzce myślę i byłam pewna że nie chcę. Że za daleko od wsi, w domku?! A jak ktoś się mi włamie? Kto mi tyle leków na uspokojenie sprzeda?
Powiedziałam stanowcze nie, to teraz agent do mnie wydzwania że jestem zajebista i że właściciel wybrał mnie i że on dla mnie wynegocjuje cenę.
Chyba będę musiała kupić sobie psa zaczepno obronnego ...
Jak żyć?!

Tym dzisiaj NIGHT OUT, co by świętować ostatnie dni w wieku o obniżonej zawartości VAT.
Ktoś się dołącza?




środa, 3 czerwca 2015

JAK SIE BRONIŁAM, CZYLI DO CZEGO MOŻE DOPROWADZIĆ JEDEN SIKAJĄCY FACET

Myślałam że skończyłam z blogiem na zawsze.
Ale jakoś nie mogę. Bronię się rękoma i nogami. Nawet czas, a w zasadzie jego brak działa na moją korzyść. No ale dzisiaj nie mogę, bo pęknę.

Piękny czerwcowy wieczór.
Przypominacz w telefonie nie dawał mi spokoju.
Wystaw śmietnik, bo rano znowu będziesz gonić śmieciarkę.
Zeszłam. W szlafroku. Nadmienić muszę tym co to nie wiedzą, że mieszkam w samym centrum wsi. Większego centrum już nie ma. Zapomniałam o postoju taksówek po przeciwnej stronie ulicy, monopolowym i chińczyku co to go zamykają jak ja idę spać, czyli bardzo bardzo późno, lub jak kto woli o świcie.
Po osiągnięciu poziomu parter - ulica, złapałam się za śmietnik na którym stała papierowa torba. Nawet sobie zasapałam z niesmakiem. Ja rozumiem (chociaż nie do końca) że ktoś swoje śmieci wyrzuca do mojego śmietnika, ale żeby zostawiać na pokrywie?! No lekkie przegięcie.
Ponieważ wyprowadzałam na spacer tylko ten na tworzywa do recyklingu, a z zasady w cudze torby jak i listy nie zaglądam, nie ryzykując wywaliłam wspomnianą torbę do kubła stojącego obok, tak zwanego ogólnego.
 Jak już to uczyniłam, zauważyłam że jakiś osobnik płci odmiennej sika na ścianę mojego domu. No dobra, budynku w którym mieszkam. Zamiast postać, popatrzeć, albo chociaż sprawdzić się w dogadywaniu po angielsku, pomyślałam że to mogły być jego zakupy. Śmietnik odstawiłam w takim tempie, że ostatnie centymetry jechał sam, a ja pognałam do domu.
Kiedyś bym nie przepuściła takiej okazji.
Jak to się na starość człowiekowi zmienia.

Morał z tej historii ...
"Nigdy nie kładź swoich zakupów na pokrywę cudzego śmietnika.
Właściciel może je niechcący wyrzucić, jak będziesz sikał na jego ścianę."