poniedziałek, 17 sierpnia 2015

POWROTY, TĘSKNOTY, CZYLI ODMELDOWUJEMY SIĘ

Odmeldowuję się.
Powróciliśmy z potomstwem na wyspy zielonej łono.
Cali i zdrowi.
Tyle że każde z nas za kimś tęskni.
To miał być kiepski urlop. Miałam z utęsknieniem czekać na powrót do domu. Tym czasem było jak zwykle. Ciągle mi mało.
Chociaż tu (jak sądzę) jest moje miejsce na ziemi, to przyjaciół z Polski wciąż mi brak.
Jak co roku, czuję się tu jak za karę.



Przez moment, myślałam ze los głośno zachichotał i przypomniałam sobie o swoim mentalnym upierzeniu - blond.

Na lotnisko dotarliśmy prawie w ostatniej chwili. Zaoferowałam swoją pomoc przy opiece nad pewna młoda damą podczas lotu, wszak wiek jej nie pozwalał jeszcze na samodzielne latanie.
Stojąc w kolejce do odprawy, szykowałam karty pokładowe i dokumenty ... i się okazało że nie mam Dowodu Osobistego. Zwątpiłam w swą moc.
Jaka odpowiedzialna matka wybiera się w podróż bez sprawdzenia dokumentów?!
Wszystko to wina upału.
Padłam na kolana i przeszukałam torebkę, portfel  w każdą stronę. Zadzwoniłam do mamy, żeby wraz z siostrą mą młodszą zaczęły poszukiwania, bo była szansa że zdąża dojechać taksówką.
W między czasie przez me czoło myślą niezmącone przebiegł pomysł wydłużenia urlopu. Wszak wolnego mam jeszcze trochę. Tylko koszty mnie zaniepokoiły. Kupić 3 bilety w ostatniej chwili, w sezonie - trochę słabo.
Widok spanikowanej babci dziewczynki przywracał mnie co jakiś czas na ziemię.
Nie wiem ile te poszukiwania trwały (dla mnie to była wieczność), olśniło mnie. Może klimatyzacja na lotnisku zadziałała i moje szare zwęglone słońcem komórki zaczęły stykać.
Przypomniałam sobie że schowałam ów dokument w etui na telefon, którego rzadziej używałam, właśnie po to żeby go nie zgubić i przypadkiem nie zapomnieć.

Mało brakowało, a nadal bym się smażyła w Łodzi.

Oraz wszystkim wam (w Słupsku i w Łodzi) dziękuję raz jeszcze za CUDOWNE wakacje.
Jestem mega szczęściarą że was mam.





sobota, 1 sierpnia 2015

KRAJ WIECZNYCH NIESPODZIANEK

Myślałam że już nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. A jednak, ten kraj nigdy nie przestanie.
Piątkowe popołudnie.
Powrót z pracy - Weekendzik!
No i do tego wszystkiego zniecierpliwiony szofer (czyt. kierowca autobusu). Nie spodziewał się chłopina korków i tak tupał nóżką, że w końcu nie wytrzymał i postanowił zmienić trasę. Nie tak że o matko, tylko ociupinkę. Zawinął na trasę szybkiego ruchu!
Akcja jak z filmu.
Pasażerowie zdenerwowani, bo to nigdy nie wiadomo kiedy ktoś postanowi porwać dla okupu na ten przykład.
Myk, pyk, zjazd, objazd, pas dla autobusów ... i jeszcze większy korek.
Tak nam pan dobrze zrobił że postanowiłam dokończyć podróż na piechotę. Dodam że nie byłam odosobniona z tym pomysłem.

No i teraz zaczynam się zastanawiać nad słusznością stwierdzenia babci mojej koleżanki.
Nie zacytuję bo moja pamięć nie jest aż tak rozwinięta, ale sens postaram się przekazać.
Kobieta ZAWSZE powinna być "przygotowana". Wiecie, piękna bielizna, ogolona. Jednym słowem wypicowana . Bo nigdy nie wiadomo co się zdarzy.  Jakiś wypadek, karetka, czy choćby porwanie dla korzyści innych niż okup.
Żeby sobie wstydu nie narobić.
Nawet Pieprzu udowodniła że gotowość ma znaczenie również w podróży.

Jutro lecę po potomstwo.
Już spakowana.
Po rzuceniu okiem na zawartość walizki - zaraz idę na zakupy po nową bieliznę co by nie było "obciachu".
Jakby co.