piątek, 27 marca 2015

PACZKĄ DOOKOŁA ŚWIATA, CZYLI POWÓD DLA KTÓREGO NIE POWINNAM ROBIĆ ZAKUPÓW

Zrobiłam zakupy przez internet.
Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz.
Buty potomkowi kupiłam.
Przez roztargnienie swe, wszak innego powodu nie znajduję (wyrosłam i to bardzo z utrudniania życia innym) pomieszałam adresy - płatniczy i dostawy. Mix wyszedł z tego niezły. Paczka bowiem została wysłana do Irlandii na adres polski.
W owym sklepie internetowym rozpoznają już mój charakter pisma, wszak maile ślą się gęsto. W firmie kurierskiej niedługo będą przybijać ze mną 5tkę przez telefon. Jeszcze chwila a poznam wszystkich na infolinii. Dzisiaj już np składali mi życzenia wielkanocne. Nie wiem czy chcieli dać mi do zrozumienia że liczą na to że przed Wielkanocą się nie usłyszymy?!

Wracając do tematu.
Moja paczka była już:

GATWICK - UK
DUBLIN - IRELAND
BRUSSELS - BELGIUM
POZNAŃ - POLAND i tu miałam przez chwilę nadzieję że pracownicy sortowni czy innego miejsca gdzie rozdzielają przesyłki wpadną na pomysł, że jeśli Łódź, bo kraj i ulica może się zgadzać. Nie wpadli.
HANNOVER - GERMANY
BRUSSELS - BELGIUM
DUBLIN - IRELAND - tu byłam pełna nadziei że się w końcu firmy dogadały.
EAST MIDLANDS - UK Tu kupiłam Marianowi nowe buty - w tym samym sklepie - lubię dreszczyk emocji
LEIPZIG - GERMANY - nowe buty Marcina doszły.

Jeszcze chwila i będzie z tego materiał na film. Paczką dookoła świata. Ciekawe tylko czy młody nie wyrośnie z tych butów zanim dotrą.

piątek, 20 marca 2015

ZIELONO MI, CZYLI PIERWSZY DZIEŃ WIOSNY W WYKONANIU POTOMSTWA

Słońce się zaćmiło - w Dublinie raczej przez chmury. Powiedziałabym nawet że trwa nadal.
Nie zmienia to jednak faktu że wiosnę czuć że hej.

Nawet moim dzieciom wiosennie się zrobiło.
Krzyś przyniósł piękny zielony piórnik. Drewniany. Własnej roboty.
Ja w szkole robiłam obieraczki do ryb z kapsla i kawałka deski. Dlaczego nikt nie wpadł na pomysł zrobienia takiego piórnika?! Przynajmniej pożytek by jakiś był, a tak tylko pogłębiono mój wstręt do ryb.

A Marcin zmienia kolor. Na zielony.
Na szczęście nie ze złości.

Pojechaliśmy do szpitala na umówioną wizytę co by mu zdjęli gips, a tu niespodzianka. Założyli mu nowy - tym razem zielony i to nie na 2 a na 3 tyg.

A miało być tak pięknie :)

wtorek, 10 marca 2015

WTORKOWE PODSUMOWANIE TYGODNIA, CZYLI OBY DO WEEKENDU!

W tym tygodniu odhaczyć mogę już kilka ważniejszych zdarzeń.

Wizyta na izbie przyjęć z kostką Marcina.

Telefon z zaproszeniem na kolejną rozmową o pracę. Wygląda na to że wszechświat sobie o mnie przypomniał ... a policja nadal mnie sprawdza. Widać jestem ciekawym przypadkiem.

Nauka w narzeczu mi nieznanym. Zaczynam bowiem mieć wątpliwości czy wykładowym językiem kursu księgowości jest jeden z mi znanych.

Urodzinowy tort dla szwagra. Wygląda na to że się udał, chociaż okaże się jutro, jeśli nie odnotujemy żadnego zgonu albo zatrucia pokarmowego w najbliższym otoczeniu. 
Jeszcze raz wszystkiego najlepszego Krzysiu!


Kolejny telefon ze szpitala. Okazało się że po ponownym obejrzeniu prześwietlenia Marcina kończyny, przez ortopedę specjalistę, zauważono uraz mięśnia.
Mamy się stawić z samego rana, co by mu jednak stopę usztywnili.
Młody po dzisiejszym dniu był gotów odrzucić kule i "iść" - a tu niespodzianka.




Mamy póki co wtorek i marzę o tym żeby już zamknąć listę.
Do końca tygodnia jednak daleko ...



poniedziałek, 9 marca 2015

DZIEŃ KOBIET, CZYLI JAK TO MATKA POŻEGNAŁA SIĘ Z RUMAKOWANIEM

Moje dzieci lubią zaskakiwać.
Wychodzi im to całkiem nieźle.
Po dniu kobiet, kiedy to zaczęło mi brakować leków uspokajających, a mój system nerwowy dyndał na strzępach, Marian zaserwował mi nowa niespodziankę.
O czym marzy matka po w...yczerpującym dniu poprzednim?!
Oczywiście że o relaksie na izbie przyjęć.
Wczoraj grał brat z bratem w piłkę. Nóżka się dziecku "wysmykła" i się "wygła".
Krew nie tryskała, potomek większych zażaleń nie meldował, do kościoła na coniedzielną mszę dokuśtykał, wiec jakoś jego kończyna umknęła mojej uwadze. No dobra, odnotowałam, ale nie zakodowałam na czerwono.
Poranek dnia następnego, kiedy to dziecię już w gotowości do szkoły ...
- Mamo, ty pamiętasz że my dzisiaj mamy zwody?!
- No, coś wspominałeś, a co?
- Jak ja mam biegać?
- Normalnie. A co? - Poczułam się jak bałwan Olaf.
- No bo ja nie bardzo mogę chodzić.

Okazało się że kostka potomka podwoiła swoja objętość.
W kila sekund plany na dzień dzisiejszy zostały pozmieniane i tak to właśnie spędziliśmy całe przedpołudnie w szpitalu, na izbie przyjęć.

Na szczęście okazało się że syn jest w jednym kawałku, a staw skokowy "jedynie" skręcony.
Ku radości potomka, dostał kule i do końca tygodnia ma na nich skakać co by kończyny nie nadwyrężać. I jeszcze coś nam lekarka mówiła o poduszce pod nogą. Że niby hrabia ma leżeć z nogą na wysokościach.

No i skończyło się rumakowanie.
Nie dość że o śniadaniach do łóżka i kwiatach od potomstwa już dawno zapomniałam, to jeszcze teraz poszkodowany do opieki ...

Nie miała baba kłopotu ...