czwartek, 31 marca 2011

Wiosna i miłosne obietnice

Marcinek z Helenką
Słoneczko jakby odważniej wyglądało z za chmur.
Place zabaw zagęszczają się w godzinach popołudniowych, kiedy to placówki oświatowe odpoczywają od uczniów, przedszkolaków i innych. Życie towarzyskie młodzieży znowu nabrało tempa.

- Mamo, obiecaj że już nie będę miał zajęć z logopedą - poprosił zapłakany Marian po wyjściu na dwór.
- Marcinku, ale przecież pani jest miła i chyba było całkiem fajnie?!
- Nie. No tak, i nie to żebym pani nie lubił, ale ...- tu nastąpiła przerwa na otarcie łez - przez to nie mogłem dotrzymać obietnicy!
- Jakiej obietnicy synku?
- Dzisiaj w przedszkolu obiecałem Heli, że spotkamy się na placu zabaw, przy karuzeli. Ona już poszła. Nie doczekała się! Czy wiesz jak musiało być jej przykro?! A ja dla niej nawet cukierki naszykowałem. Jak ja jej to wytłumaczę?
Pół godzinna rozmowa, spacer i dzikie koty, oraz obietnica, że następne zajęcia będą dopiero jak wróci z placu zabaw załagodziły sytuację.
Dzisiaj Helenka dostanie torebkę cukierków. Może mu wybaczy.

Swoją drogą, cóż za dobrze wychowany romantyk!

wtorek, 22 marca 2011

Bigos nie jedno ma imię

WIOSNA :))
Bigosów tyle ile gwiazd na niebie, a już na pewno tyle ile kucharek. Ja sama, osobiście miałam do czynienia z co najmniej kilkoma. Próbowałam z grzybkiem, ze śliwką, bez, z kiszonej kapusty, kiszonej i słodkiej, samej słodkiej, z kiełbaską, mięskiem, kiełbaską i mięskiem ...
Dalsza wyliczanka groziłaby zapluciem klawiatury, a tego potomstwo tak szybko by rodzicielce nie wybaczyło, w związku z tym zakończę ją w tym miejscu.
A dlaczego bigos?!
Przez kila ostatnich dni, Marian wypinał się na jedzenie. Oczywiście spowodowane to było orkiestrą symfoniczną czy też organową, która na szczęście nieco ucichła w jego wnętrzu, a dokładnie w oskrzelach. Innego wyjaśnienia znaleźć nie umiem, gdyż u tego osobnika, z resztą u drugiego również, stan taki jak "nie jestem głodny", albo "nie mam ochoty" po prostu nie istnieje.
Młody spał, pił i sikał. Potem znowu spał, pił  .... w między czasie poddając się torturom zażywania jakichś paskudnych syropków, tabletek przemycanych w jogurciku i innych jak to nazwał ... "gówien".
W każdym razie apetyt uciekł.
Od soboty zaczął wspominać coś o jedzeniu, a dokładnie o bigosie. W niedzielę zjadł nawet obiad. Od poniedziałku zapał na jedzenie powrócił (ma mu się na życie). Temat BIGOSU ciągle aktualny. Cóż najlepsza na świecie matka w takiej sytuacji uczynić może?! Zrobiłam zakupy z nastawianiem na BIGOS.
- Synku, co powiesz na bigos na jutrzejszy obiad?
- Yes, yes, yes - odtańczyło wyraźnie podekscytowane dziecię, po czym dodał po chwili - Ale taki z ziemniaczkami, czy ryżem?!
- Mogę ugotować co tylko szanowny pan sobie zażyczy. Ale jak ziemniaki, to pomagasz obierać!
- Super! To z ryżykiem...mrmrmrmrmr - wyrwało się z młodej piersi
- Pana życzenie jest dla mnie rozkazem! Zobacz, już zrobiłam zakupy. Tu kapustka kiszona i słodka, kiełbaska ...
- Ale nie o taki bigos mi chodziło!!! - zawył łapiąc się za głowę
- No dobra, to o jaki? - zwątpiłam lekko
- Mamo! Ryżyk, polany sosikiem z kosteczkami mięska i jednym, takim maciupeńkim kawałeczkiem zagotowanej papryczki czerwonej. Nie martw się - dodał litościwie dostrzegając moją bezcenną jak sądzę minę - widzę że paprykę już mamy!

Zastanawiam się czy w przedszkolu jak dzieciom dają jeść, to nie mówią co to. Z drugiej strony nie raz jadł w domu i bigos i gulasz, oraz zawsze czytam mu co będzie na obiad w placówce oświatowej.
Jak mawia Holden "Majtki opadają i rajtuzy falują".

A za oknem wiosna :))))

piątek, 18 marca 2011

Z krainy deszczem i śniegiem płynącej


Zaległości z czytaniem i pisaniem mam jak stąd do Dublina i z powrotem, a za tamtym drzewem to jeszcze ... i ciut ciut.
Paradoksalnie brak mi czasu, bo ... nie pracuję.
Ale od początku.
Nie było nas i nie było i jeszcze troszkę.
Zrobiliśmy sobie wagary - wszyscy razem.
Stęsknieni wiosny postanowiliśmy odwiedzić "zakamary", gdzie zazwyczaj wspomniana koleżanka przychodzi wcześniej, oraz nacieszyć się tymi, za którymi się ciągle tęskni i zawsze nam ich mało.
Polecieliśmy na Zieloną Wyspę, a zastaliśmy krainę deszczem na zmianę ze śniegiem płynącą (choć parę razy mrugnęło na nas łaskawie słoneczko).
Bawiliśmy się świetnie. Poodwiedzaliśmy znajomych i siostrzyczkę moją ulubioną i brata. Dzieci nawet tatę widziały.
Ogólnie opowiadać by można wiele.
Na ten przykład o gościnności, tresowaniu dzieci, przyjaciół poznajemy w biedzie, czy pojedź z dziećmi nie znając adresu i bez pieniędzy ...
Niektóre doznania były nad wyraz pozytywne inne pozostaną rysą na naszych biednych układach nerwowych.
Wracając, pan pilot wyczuwał w swoim głębokim wnętrzu, że nasz powrót jest jakby trochę wymuszony rzeczywistością, a nie naszą chęcią zetknięcia się z nią. Do lądowania podchodził 3 razy. Już, już znajome kominy, Katedra, bloki ... i znowu chmurzyska. Droczył się z nami prawie pół godziny.
W końcu cudem wylądował.
Z radości Marcin dostał gorączki, a w jego oskrzelach zagrał koncert orkiestry symfonicznej. Tak więc do końca przyszłego tygodnia siedzimy w domu i się "antybiotykujemy".

A to już telegraficzny skrót

wtorek, 8 marca 2011

NAJPIĘKNIEJSZYCH ISTOT W GALAKTYCE DZIEŃ


"Z okazji naszego święta, 
Niech każda kobieta pamięta, 
By dziś spić się do upadłego
i nie słuchać chłopa swego. 
Niech poczuje gad, 
Jaki smutny bez nas świat"


Taki właśnie mam plan, no może prawie.
Spije się Colą light :) Tylko że dla SELERA zamierzam być jak zwykle najmilsza na świecie i oczywiście że będę słuchać - dzisiaj samych komplementów :)
Jeśli jednak całkiem bym zamilkła, pewnie by uciekł - przekonałby się jak beze mnie może być cicho i spokojnie ...

Dzisiaj nikt się nie spóźnił :)
Nie wykluczone że to dzięki rodzinnemu grzebalcowi - Marianowi. Dziś wyskoczył z łóżka, ubrał się, zjadł śniadanko i tylko 5 razy trzeba było go poganiać, a nie jak zazwyczaj 30.
Dlaczego?!
Bo po kwiaty dla MAJKI trzeba było szybciutko skoczyć. 
Jeśli jednak owa panna będzie oceniać szczerość uczuć potomka mego, na podstawie trwałości darowanego tulipanka, to się rozczaruje z pewnością. Nie wróżę im bowiem długiego żywota, po tym, jak zobaczyłam skalę zlodowacenia łodyżek. Romantycznie skute lodem.
Podobno wiosna już za rogiem. Ciekawe za którym?! Na pewno nie zajrzała do wiaderka pani z kwiatami :)

My już prawie na "wylocie".
Słońce świeci.
A wszystkim nam - przedstawicielkom płci przepięknej życzę cudnego dnia.


Kwiatki znalezione w sieci

piątek, 4 marca 2011

Pierwsza mucha wiosnę czyni

Zmęczona zimą (jak większość znanych mi osobników), od jakiegoś czasu, zaczęłam wypatrywać oznak zbliżającej się wiosny.  Przyglądałam się, czy chociaż pazurka nie wystawiła z za winkla. Normalnie wzięła i zaspała. Niby słońce świeci i człowiekowi jakby znowu się zachciewa, ale zimno jeszcze i rękawiczek z torby wyjąć nie można. Dni tak upływają od - do.
Na ten przykład
- od zbiorowych styczniowych urodzin - do walentynek - zaliczone
- od walentynek - do imienin - zaliczone
- od imienin - do tłustego czwartku - zaliczone
- od spasłych brzuchów - do ucieczki - odliczanie rozpoczęte
Tak, tak. Pakujemy się i uciekamy nie mówiąc nic nikomu. No może tylko wspominając po cichutku paru osobom. Wrócimy po tygodniu, albo i nie!? Naładujemy akumulatory, nacieszymy się najukochańszymi i wrócimy.


Potem to już tylko wiosna.

Z dziennika obserwacji:
- Zauważono pierwsze wiosenne ruchy - lekko ospała, ale żywa MUCHA
- Młodszy syn nadal stały w uczuciach do ukochanej Majki (zaczynam się o niego martwić)
- Starszy potomek przechodzi na dietę, bo .... wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują na nowy obiekt zainteresowań i westchnień (muszę przyznać że ma niezły gust).
- Nie mam mojego ukochanego LAPITOKA i żyję - wiosna idzie, jak nic!

Do zobaczenia po powrocie :)


Muchy znalezione w sieci