niedziela, 27 października 2013

JAK TO SIĘ MATKA Z DZIECMI NA WYCIECZKĘ WYBRAŁA

Wyjazd ten planowałam już od dłuższego czasu. W zasadzie jak tylko było wiadomo że chłopcy będą mieli wolny tydzień w szkole, wiedziałam że pojedziemy. Albo tu, albo tam ... Wypadło na Irlandię Północną. Chłopcy spędzą kilka dni z tatą, a ja odwiedzę stare, znajome kąty, no i kilka dni z bratem spędzę (jak się uda, bo po dzisiejszym dniu nie wiem co mnie jeszcze czeka).
Jakieś dwa tygodnie temu zaczęłam opracowywanie planu podróży. Rozważałam za i przeciw różnym środkom lokomocji. Padło na pociąg, bo:
- szybciej
- po sprawdzeniu ceny biletów (przez internet) okazało się że są prawie takie same
- w pociągu można spokojnie wstać i pójść do toalety kiedy tylko się chce, albo i częściej
- istniała duża szansa na "nieporzyganie się" w podróży
- W pociągu są stoliki (duże) na których można się "rozłożyć" z rysowaniem na ten przykład

W zaistniałej sytuacji, za autokarem nie przemawiało nic.
Kilka dni przed operacją "wyjazd" sprawdzone ceny biletów, godziny odjazdu i przyjazdu pociągu i wszystko inne co tylko wpadło mi do głowy.
Na trasie naszej podróży są następujące stacje".
Dublin - Drocheda - Dundalk - Newry - Portadown - Lurgan


Akcja została wprowadzona w życie 26go z samego rana.
Piękna, słoneczna pogoda, okulary przeciwsłoneczne spakowane. Wesoło zaczęło robić się już w autobusie, kiedy to Marcin zaczął zmieniać kolory po pół godziny jazdy. Udało nam się szczęśliwie dotrzeć na dworzec nabywając po drodze środki na chorobę lokomocyjną.
Na dworcu, wszystkie automaty do zakupu biletów - nieczynne.
Do kas kolejka długa jak nie powiem co. Zastanawiałam się nawet czy przypadkiem czegoś tam nie rozdają.  Po odstaniu tego co nasze, dowiedziałam się od pana w okienku, że pociągu nie ma. Musimy pojechać do Drochedy autobusem, gdzie będzie pociąg do Belfastu przez Portadown ...

Myślałam żeby pójść jednak na dworzec autobusowy i spróbować z przesiadką tam, ale ostatecznie po dowiedzeniu się wszystkiego w punkcie informacyjnym, zdecydowaliśmy (a w zasadzie ja, bo chłopcy nie bardzo mogli załapać o co chodzi) pojechać podstawionym przez kolej autobusem. Po odstaniu ponownie mega kolejki do kasy, nabyłam bilety drogą kupna. Szkoda że nikt nie zrobił mi zdjęcia jak usłyszałam ich cenę. 2 razy droższe niż te, których cenę sprawdzałam przez internet.
Ale słowo się rzekło, trzeba było autobusu szukać. Jak już przyszedł TEN CZAS zaprowadzono nas do 2 autokarów - całkiem przyzwoitych. Udało nam się nawet znaleźć ostatnie 3 miejsca obok siebie. Oczywiście w miejscu "idealnym" dal tych rzygających, czyli na samym końcu, gdzie najbardziej trzęsie. Daliśmy radę. W Drochedzie już czekał na nas pociąg. Przez chwilę nie byłam pewna czy jesteśmy we właściwym, czy jedziemy w dobrym kierunku. Uspokoiłam się jak usłyszałam, że następna stacją, będzie Dundalk. Po dojechaniu tam, usłyszeliśmy kolejny komunikat, że mamy wysiąść z pociągu i przenieść się na peron 2gi. Nikt nie wiedział co zrobić, wszak na tym właśnie peronie stał nasz pociąg. Dorwałam jakiegoś gościa co to wyglądał na konduktora. Okazało się że "nasz" pociąg wraca do Dublina, a my musimy poczekać na następny. Po 15 min przyjechał, I znowu w niepewności jechałam do kolejnej stacji, aż usłyszałam że zbliżamy się do Newry. A tam ... Nie, nie wysadzili nas. Pozwolili jechać dalej. Powiedzieli tylko że i tak nie zawieźli by nas na czas, bo od rana w Lurgan był ogłoszony alarm z powodu podłożonej bomby - taka to miła okolica. Dojechaliśmy do Portadown. Tam w ostatniej chwili złapaliśmy pociąg do Luragan i ....
5,5 godziny od wyjścia z domu. 1 autobus, 1 autokar i 3 pociągi później...
TADAM  pokonaliśmy trasę ok 150 km.
Czyli nie tylko w Polsce takie cuda.

Teraz mam tyko nadzieję że nie odciśnie się ta podróż na naszej psychice, a przynajmniej nie głęboko.
Oraz postanawiam, iż następnym razem przyjadę tutaj dopiero jak kupię sobie samochód, co może skrócić czas o jakieś 4 godziny.

Jak następnym razem będę się gdzieś wybierała, ktoś chętny?!

środa, 16 października 2013

SZTAFETY CIĄG DALSZY

Sztafeta trwa,
Wyścig, kto więcej razy przejmie pałeczkę.
Mam wrażenie że zaczęło się kolejne, 3 lub 4 (straciłam rachubę) okrążenie.
Tym razem na prowadzeniu jest Krzyś.
Tym razem on trzyma wirusa w garści, a raczej w nosie ...
Mam nadzieję że na tym będzie koniec.

Miałam sobie ponarzekać, ale nie chce mi się.
Wybaczcie, może innym razem.
Nie wiem czy to wina klimatu. Nastawiłam się na deszcze, wiatry, pochmurne niebo ...
A tu nic z tego. Słonko codziennie świeci. Jeśli pada, to tylko tak, jakby smarkało. Zachód słońca jest co najmniej 2 godziny później niż w Polandii. W październiku chodzę w okularach przeciwsłonecznych, bo tak razi ...
Tfu, tfu przez lewe ramię  postukać w niemalowane - żeby nie zapeszyć.

Ale mój nastrój może być również spowodowany nieustającym zachwytem nad tutejszą szkołą.
To, czego obawiałam się najbardziej, okazuje się jedną z najlepszych decyzji w moim życiu. No ale chyba się powtarzam.

Dzieciaki są zachwycone - to pewne.
Powiedziałabym nawet że zaczarowane.
Tutaj nie ma kar. To znaczy pewnie są, ale dzieci są tak zmotywowane, że nie ma potrzeby ich stosowania. Zamiast tego są nagradzane na każdym kroku, za pracę na lekcji, za aktywność, zachowanie ... Moje młodsze dziecię ma już 20 punktów. Jeszcze 5 i w nagrodę będzie zwolniony z 1 pracy domowej!
Siedzą nie w ławkach ustawionych w rzędzie, tylko w grupach po kilka osób. Wiecie, 3 stoliki zestawione razem i dzieciaki dookoła. Każdy ma jakąś funkcję. Jest "kierownik", jest  "odbieracz zadań" ... muszę zgłębić je wszystkie, to wam opowiem. Marian najczęściej jest kierownikiem - w końcu moja krew.
W każdy piątek jest podsumowanie tygodnia. Zawsze ktoś zostaje wyróżniony i otrzymuje nagrodę.
Naklejkę, odznakę, puchar (przechodni, taki tylko na tydzień), żelka ...
Zupełnie małe rzeczy, ale ważne dla dzieciaków.

No i podejście do ucznia.
Oczywiście nie mówię że w Polsce jest złe. W Polsce nie ma do tego warunków. Tutaj nauczyciel dostaje dla takiego Mariana osobę do pomocy, która ma np. dodatkowe zajęcia podczas Irlandzkiego, z którego jak się okazało zwolnili moje dzieci. Jest to, jak sadzę, bardzo duże wsparcie dla nauczyciela.
Każdego dnia (za wyjątkiem magicznego piątku oczywiście), chłopcy maja kilka nowych wyrazów do nauczenia. Z każdym z nich muszą ułożyć po 1 zdaniu.
Ponieważ mam duże braki z językiem (nad którymi nieustannie pracuję), czasem posiłkujemy się wujkiem google i jego translatorem. Okazuje się że i on się czasem myli. Albo np. nauczyciel miał co innego na myśli. Jeśli wyraz ma kilka znaczeń, oczywiście wybieramy sobie to, które nam najbardziej w danej chwili odpowiada. Podejrzewam, że dzięki temu wychowawca Mariana postanowił tłumaczyć mu te wyrazy w szkole.
I co robi taki nauczyciel?
Jeśli nie jet w stanie wytłumaczyć mu innymi słowami, bierze takiego delikwenta i szukają w szkole  rzeczy, która temu słowu odpowiada. W najgorszym wypadku, googlają. Ale nie w słowniku, tylko wyszukują obrazki.

Jak mi dziecię opowiada o takich sytuacjach - własnym uszom nie wierzę.
A konsekwencją jest to, że dziecię chodzi jak zaczarowane.

- Mamo,  dzisiaj przeze mnie pan Lynch miał przez chwilę zły humor
- Dlaczego? - zapytałam
- Bo nie odrobiłem do końca pracy domowej.
- Jak to?
- Ja nie chciałem! To pani (imienia nie pamiętam - nauczycielka pomocnicza) mi źle powiedziała.
 Takich wyrzutów sumienia u syna mego już dawno nie widziałam.
Normalnie zaczarowani.



Zdjęcie znalezione w sieci

poniedziałek, 7 października 2013

BO NIE MA TO JAK DOBRZE ROZPOCZETY TYDZIEŃ

Weekend przeżyłam.
Dziecię doszło do siebie, ale żebym wyspana była, to bym nie powiedziała.
Poniedziałek więc rozpoczął się w średnim nastroju.
Oraz ku radości mej, mam od samego rana podnoszone ciśnienie.
Chyba taka zmowa mieszkańców wsi.
Mój system nerwowy jest zdecydowanie nadszarpnięty. Może wystarczy go do środy.
Później zacznę gryźć.

Motto na dziś:

piątek, 4 października 2013

KTO MA SKLEROZĘ, TEN MA ZMECZONA MATKĘ

No i mammy weekend Yupiiiii.
A ja już mam dość.
Dzisiaj od rana Marian coś markotny był. Głowa go bolała czy coś.
Ale jak już odebrałam go ze szkoły to zupełnie fajnie nie było.
A że piątek dniem basenowym, jest, sprawy się ciut skomplikowały.
Poszliśmy na basen. Krzysiek pływał, a my czekaliśmy w kawiarni.
W pewnym momencie Marcinowi zrobiło się zimno. Zaglądam do plecaka, a tam kurtki ZERO.
Zapomniał, zostawił w szkole.
Dałam mu kurtkę Krzysia i poleciałam do szkoły czym prędzej co by pozostawioną w klasie odzyskać. Nie pocałowałam klamki, tylko kłódkę - blechhh
Musiałam zdecydowanie zagęszczać ruchy, bo jedno dziecko na lekcji pływania, która niebawem miała się zakończyć, kolejny potomek ledwo-leżący na stole w kawiarni basenowej ...
Wróciwszy, już był czas na odebranie Krzyśka. Podrzuciłam mu tylko ubrania na zmianę i wróciłam do Marcina. Ten od razu poleciał to toalety ...
A no właśnie. Bo dziecko dobrze wychowane jest! Wie, że obietnic trzeba dotrzymywać.
Obiecywał w zeszłą niedzielę rodzicielce że się porzyga?! Obiecywał! Może nie dokładnie sprecyzował termin całej akcji, ale słowa dotrzymał.
Dzieła dokończył w taksówce - na szczęście nie na siedzenie.
Impreza dopiero się rozkręca ....

No, to mamy weekend!

czwartek, 3 października 2013

Z INNEJ BECZKI

Dzisiaj będzie zupełnie z innej beczki.

Pamiętacie akcje "Anioły dla Filipa"?!
Jeśli nie, to teraz dam wam szanse na odświeżenie.
Sprawa jest pilna, bo został nam niecały miesiąc do dnia ZERO.


"Kochani 31 października 2013r. mój synek Filip zostanie poddany w klinice w Dallas zabiegowi przeszczepienia mięśni brzucha. Koszt operacji wynosi około 100.000 $. Niestety zabieg ten nie jest finansowany przez NFZ. Dzięki Fundacji "GAJUSZ" zgromadziliśmy połowę środków. Pilnie potrzebujemy drugiej połowy. Mamy nadzieję, że wspomożecie nas finansowo. Liczy się każda złotówka. Darowiznę można przekazać na konto: Fundacji "GAJUSZ" nr rachunku 59109027050000000121688878 z dopiskiem na leczenie Filipa Kołomańskiego. Z góry dziękujemy za wsparcie. Ps przekażcie informację Waszym znajomym"

To jest FILIP!

Informacji z prośbą o pomoc krąży w internecie cała masa.  Wiele z nich, to zwykły SPAM i naciągactwo.
Dla tych co mają wątpliwość, Agnieszka - mama Filipa, to moja osobista, prywatna koleżanka, która wraz ze swoim mężem nie raz mi pomogła! Ich starszy syn, to jeden z najlepszych kumpli mojego potomka.
Jeśli sami nie możecie pomóc finansowo, to chociaż przekażcie dalej tą informację. 

Agnieszka ma profil na Facebooku:
Agnieszka Kołomańska. Jako zdjęcie profilowe ma właśnie to, z Filipem.
Myślę że odpowie na każde pytanie!