poniedziałek, 27 stycznia 2014

JAKI PONIEDZIAŁEK, TAKA DAWKA POLOPIRYNY ... CZYLI JAK ZAGIEŁAM CZASO-PRZESTRZEŃ

Dokonało się niemalże.
O mały włos nie pozostawiłam ducha gdzieś na wiejskim przystanku.
W Polandii mróz, śnieg. Normalnie zima pełną gębą. Cały czas cieszyłam się że u nas na wsi wiosna prawie. Kiełkują cebulki kwiatów w doniczkach w ogrodzie. Nawet krzak jeden dziwny, co to miałam w planach go wyciąć jak tylko na zimę wyłysieje - nie zdążył. Jeszcze kilka listków zostało, już już witał się z gąską - i zaczął kwitnąć. No żesz kurtka siwa. I jak ja mam go takiego kwitnącego życia pozbawić?! Żal mi się chwasta zrobiło i rośnie dalej.

Tym czasem, na jedną z moich aplikacji w sprawie pracy, odpowiedziano. Jakieś 2 tygodnie temu może, byłam na rozmowie o pracę. Jeszcze dobrze do domu nie wróciłam, już dostałam zaproszenie na szkolenie - takie wrażenie na rozmówcach wywarłam ;)
No wiec pojechałam tam dzielnie dzisiaj.
O ile droga samochodem z moją osobistą koleżanką zajęła nam 15 w porywach do 20 min, to autobusem czas ten wydłużył się nieco - 1,5-2 godziny.
Wszystko odbywało się w zasadzie w pobliskiej wsi (następnej dzielnicy Dublina). Problem polega jednak na tym że można tam dojechać tylko z przesiadką (mowa tu o komunikacji miejskiej) i to z taką krajoznawcą - dookoła miasta.
Najpierw zaufałam aplikacji na komórkę z rozkładem jazdy - nie pierwszy, ale najprawdopodobniej ostatni raz. W Polsce podany jest czas o której autobus ma być na przystanku, bo jeśli nie to kierowca musi być naszykowany na ostre cięgi od pasażerów, chyba że trafią się wyrozumiali, lub tak zmarznięci że ich mięśnie nie maja mocy sprawczej w celu rozbujania ręki czy też wytrzeszczu paszczy w celu nawrzeszczenia na winnego. Tutaj, to co jest na rozkładzie na przystanku, o ile w ogóle jest, to tylko wisi. Wspomniana aplikacja pokazuje za ile autobus ma być na danym przystanku. Czas ten potrafi się szybko zmienić w zależności od przepustowości dróg, albo długo nie zmieniać się wcale - w tak zwanych godzinach szczytu.
No więc pognałam skoro świt na przystanek, mając w zapasie 10 min. Jak dotarłam, okazało się że autobus już nie istnieje. W sensie nie pokazuje się. Wziął i wyparował, uległ biodegradacji - jak kolwiek to nazwać. Następny miał być za 45 min. Wróciłam do domu, bo na dworze ziąb. Po sprawdzeniu - miał być za min 15. Ubrałam się wiec grzecznie i pognałam czym prędzej co by i ten mi nie zniknął. I proszę państwa - zagięłam czaso-przestrzeń. Wielu rzeczy mogę się po sobie spodziewać, ale nie tego. Dotarłszy na przystanek okazało się że znowu mam 44 min. Tym razem czekałam. Nie zamarzałam, obudziłam się za to bardzo skutecznie. Po 15 min jazdy - przesiadka. Kolejny autobus za 50 min ... Jak już dotarłam na miejsce oczywiście nie mogłam trafić ... Ale to już nikogo nie dziwi.
Najzabawniejsze było skupianie się na wyłapaniu odpowiedniego przystanka. Oczywiście okolicy nie znam ani ciut ciut. Wiedziałam tylko gdzie mam wysiąść po numerze przystanku. Ale przy moim sokolim wzroku nie zawsze go widziałam nawet jak już autobus stał, a co dopiero wcześniej, bo tutaj jak nie zatrzymasz autobusu przyciskiem STOP (jak w Polandii przystanki na żądanie) to ten będzie jechał w siną dal. No chyba że ktoś mu pomacha na ulicy. Dobrze że nie byłam się w stanie zobaczyć - mojej żółwiej szyi, czy pozycji pieska preriowego.
Dotarłam na miejsce cudem. Tak też wróciłam. Oczywiście pomyliłam przystanki i bałam się że po ciemku to jedynie trafie do pobliskiego szpitala psychiatrycznego. W między czasie zastanawiałam się czy nie zakwitnąć na przystankach, ale byłam bliska jedynie rozpadowi na kawałki pod wpływem niskiej temperatury.
Dałam radę. Teraz odtajam.
Jutro włożę sobie w buty i w rękawiczki rozżarzone węgle chyba. Padła też propozycja od Selera (on to dopiero ma życiowe pomysły) żebym wcześniej wypiła flaszkę wódki, ale jak mają ze mną kontrakt podpisać, to wolałabym chyba nie.

Teraz tylko mursze czekać, aż mnie w policji sprawdzą - wiecie niekaralność i takie tam. Po podaniu im tylu adresów poprzedniego zamieszkania, może to chwilę potrwać. Poza tym grzeczną jestem dziewczynką, ale podobno niezłe ze mnie ziółko.
Na szczęście, nie trwa to dłużej niż 3 do 18 tygodni!!!
Czyli podumowując - nadal szukam pracy!

P.S. Dzisiaj w naszej wsi było +6'C z lekką mżawką.
Wyobrażacie sobie mnie teraz w -20'C ....?!

czwartek, 23 stycznia 2014

NIEUGIĘTYM BYĆ ...

Kocham ich nad życie, ale czasem nadwyrężają mój system nerwowy do granic możliwości i wtedy jest źle.
Dzisiaj było źle ...

Zakończyło się to karą na komputer, tableta i inne atrakcje nie z tego świata.
Jest to chyba jedyna kara, która wyegzekwowana - działa.
Jak już sobie jeden z drugim uświadomił że tym razem rodzicielka nie żartuje (bo zdarza się że konsekwentną bywam), zmieniła się melodia.
Pyskowanie i krzyki zamieniły się w miauczenie.
 
Były datki na przekupstwo, a jakże.
Kwiaty, serca ...
Niektóre nawet były pachnące - dezodorantem męskim. W pewnym momencie stwierdziłam że dzisiaj mi wszystko śmierdzi. Nawet woda z cytrynką.
Młody poleciał w te pędy i popsikał swoim dezodorantem papierowy kwiatek - jeden z tych które dostałam.

- Mamo - poważnie zaczął Marcin - zauważyłem ostatnio że prawie wcale ci nie pomagam. W związku z tym nie jestem godzien pełnić funkcji Edka Debeściaka. Postanowiłem więc, że od tej pory będę ci ciągle pomagał.
Tak mi dopomóż Edek Debeściak.

Dzisiaj pozostaję nieugiętą.
Chyba częściej muszę się na nich złościć.

środa, 22 stycznia 2014

STUDENT OF THE WEEK

Oczywiście że będę się chwalić, bo to jest chyba jedna z niewielu rzeczy którą umiem robić.
A co! Jak mawia Marian "kto bogatemu zabroni?!"
Więc chwalę się ... synem swoim.
Nie dość że dzisiaj oficjalnie stał się członkiem licznej grupy 12-to latków, to jeszcze przyniósł do domu MEDAL.
Nie jakiś tam za byle co, tylko "Uczeń tygodnia".
Chciałam zaznaczyć że mowa tu o Krzysiu. Tym samym, który do tej pory był leniem i łobuzem klasowym. Ten sam w sprawie którego musiałam pomykać do szkoły na dywanik średnio co miesiąc.
Okazuje się, że nawet beznadziejne przypadki nie są aż tak beznadziejne żeby z nich coś dobrego nie mogło wyrosnąć.
Kamień z serca ...
Czyli że ciągle mamy szanse - że dziecko wyrośnie na ludzi.
Za 2  tygodnie egzaminy do następnej szkoły ...


Mamy wtorek. Jak tak będą mi znosić do domu przez cały tydzień dyplomy, medale i inne takie, to już wcale miejsca nie będzie ;)
Albo niech znoszą. Jak tak trochę z dumy urosnę, to się wyciągam w górę o kilka centymetrów i kilogramy mają inne rozłożenie ... i jakoś
człowiek od razu lepiej się czuje.


wtorek, 21 stycznia 2014

TAKI PONIEDZIAŁEK

Chyba zaczynam łapać jakiś niż nastrojowy ...
Jutro będzie jeszcze gorzej, bo potomkowi przeskoczy cyfra w kalendarzu.
Ale to dopiero jutro.
Póki co, poniedziałek był całkiem przyzwoity.
Nie zaspałam, dzieci do szkoły dotarły na czas.
Każde z potomstwa przyniosło coś do domu.
Marcin dyplom za 100% frekwencję w zeszłym semestrze, a Krzyś jakiegoś wirusa. W sensie że najprawdopodobniej jelitówkę. Na szczęście w łagodnej formie, ale już czuję nadciągające kłopoty.

Byle do piątku.



wtorek, 14 stycznia 2014

CZY KOS DA WIĘCEJ?!

Czy ktoś kiedyś chciał podważyć tezę ze jestem dziwna?!
Obawiam się że wątpię.
Dzisiaj nawet przypadkiem doszłam do wniosku że wyssałam to z mlekiem matki. Nie to żeby moja rodzicielka jakaś dziwna była. To znaczy może jest, na swój pokręcony sposób, ale to również czyni ją jedyną w swoim rodzaju.
Niewątpliwie jestem żywym przykładem na to jak dzieci powielają zachowania rodziców.

W związku z moimi staraniami o pracę, musiałam wypełnić wniosek do "Gardy" (tutejsza policja), żeby mnie prześwietli, sprawdzili w tą i w tamtą stronę i jeszcze raz. Czy nigdzie nie rozrabiałam na ten przykład. Jednym z wielu punktów w kwestionariuszu miliona pytań jest:
"Proszę podać wszystkie adresy zamieszkania od roku urodzenia, do teraz".
No i zaczęła się jazda.
Ile takich możecie naliczyć.
Ciekawe ile bym zarobiła jakby na moją "liczbę" stawiano kasę?!
Ponieważ pytano (mam nadzieję) tylko o oficjalne miejsca zamieszkania, wyszło mi ... tylko 9!
Jaki normalny człowiek w ciągu 30 i kilku lat tyle się przeprowadza?!
Gdyby liczyć jeszcze nieoficjalne, jak na ten przykład wynajmowane kawalerki w pierwszych latach samodzielnej i pięknej młodości w tak zwanym wczesnym stadium małżeństwa, to wyszło by 11.
No normalna to ja nie jestem.
A szykuje się następne! - jak tylko znajdę prace i mieszkanie na które będzie mnie stać.

Mam tylko nadzieję, że Garda nie będzie się w tym doszukiwała jakiegoś podtekstu, ucieczki na ten przykład. 
Najzabawniejsze (albo i nie) jest to, że nie pamiętam wszystkich adresów. To znaczy pamiętam, ale mam luki jeśli chodzi np o numery mieszkań czy ulicy. Normalnie część mojego życia wyparowała.

Moje dzieci już mają za sobą 5 (nieoficjalnie 6).
Dogonią matkę ...

Chyba nawet Cyganie są bardziej ustatkowani.

Czy ktoś da więcej?!



piątek, 10 stycznia 2014

PLANY I ROKU POCZĄTKI, A ŚWISTAK SIEDZI I ZAWIJA W TE SREBERKA ...

Koniec roku był leniwy.
Powiedziałbym nawet że mega leniwy.
Spędziłam ten czas na "dalekiej północy" u mojego brata na kanapie.
Bałam się że po powrocie do rzeczywistości dostane jakiegoś wstrząsu anafilatycznego czy coś.
Ale nie, trzymam się dzielnie. Nakręcona jestem raczej.
Chociaż czuję powoli zmieniającą się kolejną cyfrę w kalendarzu.
Nie mogę spać w nocy - ci którzy mnie znają wiedzą że takie coś jak "bezsenność" w moim słowniku nie istnieje. No cóż - starzeję się chyba.

Postanowiłam uporządkować zdjęcia ... Przypadkiem oczywiście wpadłam na "tworzenie kopii zapasowych", ze zdjęć rzecz jasna, gdzieś w chmurze w Google.
Przy okazji zaczęłam kasować co bardziej beznadziejne egzemplarze.
Całkiem przypadkiem skasowałam większość zdjęć z bloga.
Jak to powiedział mój brat, nie jestem pierdolnięta, tylko permanentnie zakręcona.
Z tego chyba nigdy nie wyrosnę.
Przy okazji przeglądania zdjęć, wpadłam na kilka "mini filmików". Stare jak nie wiem co, długie nie są, ale wzruszyłam się i uśmiałam do łez.
Czy ktoś jeszcze pamięta moich chłopców w takim wydaniu?!
Jak się dowiedzą to się chyba wyrzekną praw do spadku po swojej rodzicielce, ale co tam.

Krzyś jak to zobaczył, podsumował
- Jak mogłaś pozwolić nam urosnąć?! Byliśmy tacy słodcy!

A tym czasem Nowy Rok przyniósł zmiany, a raczej plany zmian.
Kolejnych zmian.
Szukam pracy i mieszkania.
Mój planowy termin "0" to koniec marca.
Tak więc trzymajcie kciuki.
A może ktoś z was zna na wyspie zielonej kogoś kto chciałby zatrudnić mą skromną osobę ...
Nie?! - Tak myślałam.
Ale to nic, Dublin i okolice zostały zalane moim CV w ilości hurtowej.
Czekam i działam dalej.

Przy okazji kasowania i psucia ... nadal nie mogę zalogować się na Bloga jak normalny człowiek, tylko kombinuję. Na szczęście mam już wprawę.
Oraz nie mogę wstawić wam filmiku, więc musicie zadowolić się linkami.
Taka sytuacja.