czwartek, 27 grudnia 2012

ŚWIATECZNY BILANS

Zaczęło się nieźle.
1 połamany ząb potomka,
1 wizyta na pogotowiu dentystycznym, jeszcze zanim święta się dobrze rozpoczęły.
Przygotowana na najróżniejsze kataklizmy, wszak dzieci pomysłowe mam nad wyraz, rozczarowałam się. Nic specjalnego w zasadzie się nie wydarzyło. Może za wyjątkiem skuteczności, a raczej braku skuteczności życzeń.

Radości, zdrowia, szczęścia ... Też to gdzieś słyszeliście?!
O ile radości miałam pod dostatkiem, szczęścia również, bo jak tu nie być szczęśliwym mając takie potomstwo, o tyle z tym zdrowiem to jakoś nie wyszło.
Składający życzenia musieli mieć skrzyżowane palce. U nóg chyba, bo te u rąk miałam zazwyczaj w zasięgu wzroku.
Od Mikołaja oprócz masy książek, dostałam w prezencie wirusa. Dzięki niemu mogłam bezkarnie leżeć w łóżku przez 2 dni. Teraz mam wyjątkowe poczucie zmarnowania czasu, oraz dzisiaj musiałam wrócić już do pracy. Czuję się tak, że chyba wolałabym żeby mnie ktoś dobił.

Byle do wiosny.

Z Marianowych haseł (ci co mają mnie na FCB już czytali - mogą pominąć ten fragment).
Chwila przed kolacja wigilijną:
- Synku włóż spodnie
- Które? Te od munduru?!

wtorek, 18 grudnia 2012

JUŻ CZAS

W mojej głowie jest zainstalowany radar. Jeśli zaczyna wysyłać sygnały ostrzegawcze, to znaczy że już czas na odpoczynek. Choćby na kilka dni wolnego.

Pierwszym objawem, który powinien mnie zaniepokoić, jest brak książki. Przeczytałam już wszystko na co miałam ochotę i w perspektywie mam codzienne dojazdy autobusem do pracy BEZ CZYTANIA ... No chyba że byłam niegrzeczna i to kara, to ok.

Jeśli na ten przykład w moim notatniku w pracy zaczyna brakować miejsca, bo wypełniony jest obrazkami (aktualnie choinki i bombki) spod których ciężko jest mi dostrzec notatki.

Lub wysyłam smsa "już nie zawracam ci głowy - pracuj dzielnie" po czym zasypuję odbiorcę mailami, co zwarzwszy na to iż odbiorca skrzynkę elektroniczną otwiera w komórce nie stanowi różnicy dla wspomnianego, czy przeczyta 10 smsów czy 10 maili.

Lub jeśli zamykam drzwi wychodząc z domu na zamek do którego potomek klucza nie posiada, bo taki był plan - nie wszystkie klucze na raz i tylko fakt iż nasza NIANIA ukochana mieszka na tym samym osiedlu ratuje dziecię przed zamarznięciem lub kwitnięciem do pierwszej gwiazdki lub do czasu kiedy z młodszym obywatelem G, wyżej wspomniana wróci ze szkoły...

Oznacza to , że właśnie nadszedł TEN CZAS

Tym razem cudnie się składa, bo zaraz, za momencik Święta. Ja zaczynam wolne już od piątku i powrócę (albo i nie, jeszcze się zastanowię, ale raczej tak) dopiero przed Nowym Rokiem, chyba że koniec świata jednak mnie zaskoczy w piątek czy sobotę (różne źródła różnie podają).

Jeszcze tylko 2 dni :)

czwartek, 13 grudnia 2012

ZACZAROWANY OŁÓWEK

- Jutro nie idę do szkoły - poinformował stanowczo Marcin jak tylko przestąpiłam próg mieszkania.
- Jak to? Nic nie wiem o dniu wolnym!
Zaczęłam przeszukiwać zakamarki pamięci z różnymi informacjami. Ponieważ mam tam wiecznie bałagan (w głowie) uznałam, że bardzo prawdopodobnym jest fakt iż znowu o czymś zapomniałam.
- Po prostu, nie idę i już!
- Krzyś też ma wolne?!
- Nie, po prostu nie pójdę do szkoły zanim mi włosy nie odrosną. Dzisiaj w szkole wszyscy się ze mnie śmiali. Długopis tak się śmiał, że aż robił błędy. Nawet ławka nie chciała ze mną siedzieć!
No i masz. Nie dość że oszpecony, to jeszcze z halucynacjami!

Wczoraj po przyjściu z pracy, zobaczywszy Mariana, jedyne co mi przyszło do głowy...
- Co ci się stało synku?
- Nic, babcia mnie obcięła!
- CZYM?!
- Nożyczkami do paznokci.

No żesz kurcze! Ja pierniczę! że się tak wyrażę.
Co babcia na to?!
- No tak ładnie mnie prosił! - tak, żebym czasem w to nie uwierzyła -  Krzywo?! Oj wyrównasz. Musiałam cię jakoś zmobilizować.

Bilans na ten tydzień:
1 syn, wyglądający jak chłopiec z bajki "Zaczarowany ołówek".
1 obrażona babcia, bo śmiałam zwrócić jej uwagę i poprosić grzecznie aby więcej tego nie robiła.
1 ob(prze)rażony kierownik - ale to już inna historia.

Miałam załagodzić sytuację ciastem. Upiekłam, ale wyszedł zakalec, co było do przewidzenia, wszak ja piec potrafię jedynie anioły.
A może to i dobrze. Potrujemy się wszyscy i problemu nie będzie.


Swoją drogą. Wiedzieliście że chłopiec z bajki "Zaczarowany ołówek" ma na imię Piotruś?! Tylko że do Mariana to imię raczej nie pasuje!


wtorek, 4 grudnia 2012

MPK

Było mroźne, późne popołudnie. Ludzie na przystanku stłoczeni. Wszyscy czekali na tramwaje, które jak na złość nie chciały jechać ani w jedną ani w druga stronę. Zniecierpliwieni spoglądali coraz to bardziej nerwowo na zegarki.

- Szanowni państwo - zabrzmiał głos dobiegający z megafonu samochodu niewielkich rozmiarów mknącego wzdłuż głównej ulicy - Ruch tramwajowy został wstrzymany. Zostaną podstawione autobusy komunikacji zastępczej!
I tyle go widzieli.
Po 5 minutach podjechał pierwszy pojazd z numerem linii którą zastępował.
Kolejne 10 minut - pojawił się następny z tym samym numerem. W końcu, po 20 minutach pojawił się kolejny.
- Proszę państwa! - kierowca wysiadłszy z autobusu zawołał do zgromadzonego tłumu - ten autobus zastępuje linie numer 8. Czy został jeszcze na przystanku ktoś? Halo, proszę pani! Tramwaje nie jeżdżą! - zawołał do starszej pani idącej wolno o lasce w kierunku przystanku - Pani wsiada, chociaż kawałek pani podjedzie.
To powiedziawszy podszedł do staruszki pomógł jej wsiąść do autobusu.
Całą drogę sytuacja się powtarzała. Jeśli przystanek był na "wysepce", to trąbił, wysiadał z autobusu, wołał wszystkich i czekał, nawet jeśli mieli czerwone.
Jechaliśmy długo, ale nikt nie został na przystanku.
Każdemu cierpliwie tłumaczył gdzie dojedzie, w co może się przesiąść.

- Boszzzz, powiedzcie mu żeby już k.... jechał - W pewnym momencie usłyszałam za plecami pomruki niezadowolonego "dziada" (inaczej nie umiem określić tego człowieka)
- Na pana też nie musiał czekać - odpowiedziałam grzecznie.

Pomimo tego, że większość pasażerów na pewno była gdzieś spóźniona, pomimo chłodu na dworze, wszyscy, może za wyjątkiem "dziada" mieli świetne humory.

- Kochaniutka, a pani to na PEKAES chciała?! - zwrócił się kierowca do pasażerki, kiedy byliśmy w pobliżu dworca - to podjadę tak, żeby pani widziała gdzie. O tutaj pani pójdzie, to będzie za tamtym słupem ... Kto na tramwaj będzie się przesiadał, to pojedzie jeszcze dalej! Wysadzę was tak, żebyście tylko hyc na drugą stronę przejściem podziemnym i już.

Tym razem to nie był sen, tylko rzeczywista rzeczywistość.
Tacy ludzie są na świecie. Choć można by uznać że gatunek na wymarciu, to jeszcze pojedyncze okazy się zachowały.
Moja wiara w ludzi ciągle rośnie.



Obrazek znaleziony w sieci