niedziela, 29 listopada 2009

Andrzejkowe wosku lanie





I u nas nie mogło się obyć bez lania wosku i innych Andrzejkowych zwyczaji.
Niestety w związku z zanieczyszczeniami środowiska, efektem cieplarnianym i innymi, mamy problem z wyobraźnią i ciężko nam ustalić co nam wyszło z lania wosku, nie licząc bałaganu i kupy śmiechu oczywiście.
Nasze typy są następujące:
Sebuś - cipciaszek
Krzyś - Rybka (chyba chora bardzo) albo wielki worek z prezentami
Marcin - Słoń lub kleszcz
Ja - bluzka na wieszaku, chociaż ja bym obstawała za nowym domkiem ;)

piątek, 27 listopada 2009

Dlugo mnie uwodzil ...

No i udalo mu sie.
Dlugo mnie uwodzil.
W autobusie, w pracy, na ulicy, nawet w przedszkolu jak odbieralam syna.
W koncu uleglam. Tak zupelnie nieswiadomie i niewinnie.
Zaciagnal mnie do toalety .... a potem prosto do lozka.
Podwyzszony puls, dreszcze ...
Nie moge przestac o nim myslec.
Kiedy znowu ...

Wirus grypy zoladkowej ;)

Marian i jego wyobraznia

Ostatnio moj syn wrocil z przedzkola z informacja
- Mamo moja pani wyjezdza - na zawsze i nie wroci. Bedzie nas tylko odwiedzac na zawsze.
Zdziwilam sie, bo dopiero co mialam okazje rozmawiac z nia temat smyka swego i tego co bedzie  nim robic w nastepnym semestrze, a tu prosze, odchodzi.
Zaraz wzielam go na przepytki.
- To kto teraz bedzie wasza pania?
- A wiesz, przyszla taka nowa pani, Azjatka.
- Azjatka? a skad wiesz? - swoja droga nie sadzilam ze zna takie slowa.
- Miala skosne oczy? - sprytnie zapytala babcia - moze nauczy was chinskiego?!
 Maloletni szybko podlapal temat i chociaz chyba nie do konca byl swiadomy o co dokladnie z Azjatami chodzi i zczym sie to je, zaczela sie historia bez konca.
Dowiedzialysmy sie miedzy innymi ze pani co prawda mowi po polsku, troche niewyraznie, to jest zupelnie nowa i nosi kolorowe skarpetki z palcami. Na kzadym z palcow jest inna literka ...
Nastepnego dnia babcia, jak to babcie maja w zwyczaju, przeprowadzilaq wywiad w przedszkolu.
Okazalo sie faktycznie ze pani Viola wyjezdza - na szkolenie na 2 dni, a pani na zastepstwo, to nauczycielka i innej grupy, ktora przychodzila w tym czasie do pomocy.

Jak tylko mlody nauczy sie pisac, zaloze mu bloga.

czwartek, 26 listopada 2009

No coments :)

Wczoraj byłam gruba i brzydka i nic mi się nie chciało, nawet rozmawiać.
Dzisiaj może nie jestem piękna, ale już powoli przechodzi mi kryzys wieku średniego.
Mój prywatny osobisty Seler mówi ze to menopauza, bo kryzysy wieku średniego mają faceci i zazwyczaj wtedy przerzucają się na młodsze od siebie kobiety. Jeśli tak jest to chyba rzeczywiście nie dotknęło mnie dokładnie to. Szczerze mówiąc wcale nie mam ochoty (nigdy nie miałam) na związki z kobietami, wszystko jedno w jakim wieku. A młodzi faceci ... hmmm ... nieee. Seler mi wystarczy
A właśnie , bo Seler to nie od warzywa, tylko tak go pieszczotliwie nazwałam bo jest sprzedawcą, czyli spolszczone, angielskie, pokombinowane. Kiedyś mój pierworodny stwierdził że skoro on jest Selerem, to my - kupujący znaczy się, tą samą drogą dedukcji jesteśmy Bajerami. Że niby dobry bajer mamy ?!
W każdym razie dzisiaj siedzę w pracy i robię na drutach ...
Obiecałam swym potomkom że zatroszczę się o zimowe okrycia dla Niedźwiadów, czyli  przytulanek. Słowo się rzekło. W końcu misie nie mogą bez czapek i szalików chodzić.
Wyobraźcie sobie mnie, za biurkiem, w koszulce przedstawiającej "wyluzowanego kolesia" palącego skręty (pamiątka od znajomego przywieziona z Hiszpanii) z drutami w ręku, robiąca szalik dla misia.
Hahaha
A teraz minę klienta który na to wszystko wszedł.

No coments :)

poniedziałek, 23 listopada 2009

5 lat Mariana


Mój potomek jest od dzisiaj już nie chłopczykiem, tylko chłopcem.
Jak to wczoraj stwierdził ma już nawet swoje krzyżówki, tylko że czytać i pisać nie bardzo umie, więc jeszcze ich nie będzie rozwiązywał.
Dinozaury, kredki, farby, Bakugany  i tak nam imprezowo minął weekend.

Na kilka dni przed urodzinami Marcina, Krzyś - mój pierworodny zadał pytanie, a co ja dostane na jego urodziny?!
Zaczynam chyba nie kumać czaczy. Z moich odległych wspomnień - jak moja siostra miała urodziny, czy inne święto osobiste, to trochę było mi smutno ze jeszcze nie moja kolej na prezenty, ale cieszyłam się jej "szczęściem" - chyba.
A młody, to nie że jakiś drobiazg - czekolada czy cukierek na pocieszenie. Lista dłuższa niż do Świetego mikołaja - bo on (ten gruby Święty) to ma za dużo dzieci do obdarowania i kasy by mu nie starczyło.

Najfajniejsze w całym tym szaleństwie był to, że mój 5-latek, na chwile przed zaśnięciem stwierdził, że to były bardzo fajne urodziny.

Dzieci rosną, a ja jestem coraz młodsza i piękniejsza.
Tej wersji się trzymam :)

piątek, 20 listopada 2009

...

Całe życie z wariatami.
Jak to jest możliwe, niech ktoś mi łaskawie wytłumaczy, żeby osoba, z którą się nie możemy porozumieć - bariera językowa - podnosiła nam ciśnienie do granic wytrzymałości. Nie sądziłam że ktoś może mi tak źle wpływać na system nerwowy.
My favorite BOSS
Widziałam się z nim w środę 2 godziny i stwierdziłam, że gdybym miała go widzieć codziennie, to zostałabym alkoholiczka, bo tu bez "uspokajacza" się nie da.
To nic że nie docenia - wada chyba wszystkich szefów, to nic że ciągle narzeka. Choćby nie wiem jak fajnie było, to ciągle jest do dupy. Jak on może tak żyć!
Dlaczego ma pretensje że nie nauczyłam się włoskiego w 2 miesiące? On się nie nauczył Polskiego w kilkanaście lat. Że niby jest wyższą pierdolencją czy co?
I dlaczego wszyscy się przed nim płaszczą? Nikt mu nie powie że jest bezmyślny i robi z siebie idiotę. Ja mu nie powiem, bo nie umiem.
Niedawno jeszcze twierdziłam że nie nauczę się tego języka, tak na przekór, żeby pokazać mu, że nie każdy będzie leciał w stronę w którą on pierdnie. Ale teraz zaczynam dochodzić do wniosku, że tak, nauczę się, chociażby po to żeby powiedzieć mu co o tym myślę.
Zauważyłam też pewną tendencję - im mniej pracujesz, tym więcej zarabiasz.

Od poniedziałku zaczynam olewać swoje obowiązki.
Spodziewam się znacznej podwyżki od przyszłego miesiąca.

P.S.
Wczoraj okulista stwierdził że mam niezły czad w oczach. Rozumiem że to miało znaczyć coś w stylu niezły Meksyk czy burdel. Zawsze byłam bałaganiarą, teraz widzę że dotyczy to każdej dziedziny - nawet moich oczu :)

P.S.2
Ciesze się dzisiejszym dniem - za chwil kilka zaczyna się weekend
Kocham piątki

poniedziałek, 16 listopada 2009

Czytanie szkodzi, czyli Seler dobry na wszystko

Dzisiaj jak co rano, miałam poważny problem z zalogowaniem się. Na szczęście dzięki mojemu prywatnemu, osobistemu SELEROWI - czyt. Sebastian, udało mi się wygramolić z domu o przyzwoitej godzinie. Biedaczysko dzwonił razy kilka - nie jestem w stanie przypomnieć sobie ile - i w końcu namolny dźwięk dzwoniącej komórki został odebrany przez moje receptory. Ponieważ musiałam nabyć drogą kupna migawkę, autobus uciekł mi sprzed nosa.
Ale nie ma tego złego ...
Normalnie, przez jakieś 15-20 min utrzymuję pozycję pionowa w autobusie dzięki napierającym. Czuje się wówczas wyściskana że ho ho i wystarcza mi to w zasadzie do wieczora. Dzisiaj natomiast w autobusie były same spiochy - czyli ci co tak jak ja nie zdążyli na wcześniejszy srodek komunikacji miejskiej. Tak wiec swe kroki, zaraz po wejściu do pojazdu, skierowałam na wole miejsce, przy oknie - dobrze oświetlone. I zaczęłam upajać się lekturą. Swoja drogą, zaraz zabraknie mi książek i będę musiała
a) zapisać się do biblioteki,
b) dodać kilka pozycji do swojej listy do Świętego Mikołaja,
c) albo - nie daj Boże - w końcu zacząć uczyć się włoskiego w autobusie.
W błogim spokoju, zaczytana, muskana porannymi promykami słońca, odpłynęłam troszkę. Pod koniec swej przejażdżki wstałam jak zwykle i grzecznie czekałam przy drzwiach, wciąż mając przed oczami swoją projekcję z czytanej książki. Jak wysiadłam, przez moment nie wiedziałam gdzie jestem. Po chwili konsternacji, zorientowałam się, że wylądowałam prawie pod lotniskiem. Skończyło się to niekontrolowanym napadem śmiechu - ja tak zawsze mam w tackich chwilach -  oraz telefonem alarmowym do Selera. Dziwnie bowiem wygladało, jak średnio rozgarnięta dziewczynka idzie sama pustkowiem i zanosi się ze śmiechu, Tak to chociaż pozory zachowałam,że niby zabawny bardzo mój rozmówca. Po 15 min marszu stanęłam przed drzwiami do biura swego i już nieco uspokojona, zaczęłam nowy tydzień pracy.

 Wniosek: nie ma to jak porządny seler, na którego zawsze można liczyć ;)

sobota, 7 listopada 2009

PLAGI EGIPSKIE I DOZNANIA PRZERÓŻNE



Już kiedyś pisałam, że jeśli można coś popsuć, to na pewno skorzystam z tej okazji, jeśli coś ma się zaciąć - ja tam będę. Jakiś rok temu wracając z potomstwem swym z wakacji, czekaliśmy w kolejce do odprawy lotniskowej. Jak już był nasza kolej, miła pani, powiedziała, że nie może mnie znaleźć na liście. No cóż, tego też mogłam się spodziewać, a w związku z tym iż mam podwójne nazwisko, jest to dosyć częsta sytuacja.  Pani poszukała "nas" gdzie indziej ... i znalazła, na lot za 2 dni ;) Któż mógłby pomylić loty, jeśli nie ja. Dobrze że nie pomyliłam lotnisk. Kilka miesięcy później, przyleciałam do kliniki okulistycznej do Katowic. W rezultacie wylądowałam w Łodzi, a z Katowic to tylko port lotniczy widziałam. Z lotniska odebrał mnie pewien Pan, którego nigdy wcześniej nie znałam. Jechaliśmy czerwonym (chyba )samochodem i generalnie to by było na tyle z naszej znajomości. Jako istota średnio bystra, nie wpadłam na to że może mnie wywieźć do lasu np ... No ale nie o tym ... Więc w końcu byłam w Łodzi przez 3 dni, a w zasadzie 5, bo nie udało mi si.ę dojechać na lotnisko. Któż, jeśli nie ja :)

To było dawno, więc już nawet się nie śmieję, bo przedawnione.
Przez kilka ostatnich dni (3 dokładnie) byłam na tzw wyjeździe służbowym. Jak to poważnie brzmi. Byłam na targach i w zasadzie to robiłam sztuczny tłum, uśmiechałam się do wszystkich, starałam się nie odstraszać klientów swym wyglądem, czasem robiłam za tłumacza ... Tak, to chyba wszystko z funkcji jakie tam pełniłam. Więcej grzechów nie pamiętam.
Z niecierpliwością czekałam na piątek, kiedy to będę mogła znów zobaczyć swe potomstwo i wszystkich którzy na mnie czekali i tęsknili nawet podobno troszkę.
Tak więc jakąś godzinkę przed odjazdem pociągu, w butach na obcasie  no i generalnie stroju jak na mnie bardzo galowym udałam się do toalety, z której wróciłam w bluzie od dresu, bojówkach, skarpetkach w pieski i trampkach w kwiatki. Parę osób się zdziwiło. Taka metamorfoza Brzyduli, tylko w 2gą stronę. Pożegnałam się grzecznie i pomknęłam na dworzec. Nie musiałam za długo czekać, na pociąg. Bez problemu znalazłam miejsce w przedziale z 3ma miłymi paniami. Zapowiadała się miła podróż. Po ok 2 godz jazdy, pociąg miał dłuższy postój, bo mieli nam dołączyć wagony z innego składu i nową lokomotywę.
Radość wielka zapanowała, gdy kierownik pociągu oznajmił iż mamy 2 godz opóźnienia, bo skład na który czekaliśmy nie dojechał, bo jakiś tir, Wrocław, przejazd kolejowy i coś tam.  W związku z wykolejeniem pociągu, czekaliśmy grzecznie bez ciuchci, co za tym idzie i bez ogrzewania.
Najśmieszniejsze było w tym wszystkim to ze stała 1 wolna lokomotywa. Maszynista poszedł do domu i bez polecenia służbowego nie mógł jej uruchomić , co jest oczywiste, tylko ze takie nie padło, bo centrala - Warszawa, generalnie chyba miała to w nosie. Innej lokomotywy nie mogliśmy dostać. bo kolej jest podzielona na różne firmy przewozowe i się najwyraźniej nie lubią.
Tak więc wraz z nowymi koleżankami z przedziału umilałyśmy sobie czas jedząc cheeseburgery i pijąc kawę zakupione w przydworcowym barze, oglądając film na laptopie, dopóki bateria wystarczyła, potem plotkami opatulone śpiworem, bo temperatura toczenia zaczynała spadać poniżej tzw komfortowej. Mieliśmy być opóźnieni 4 godziny. W rezultacie, były tylko 3.
Jak to kierownik pociągu pięknie ujął i zapisał na naszych biletach: " Pociąg (...) doznał opóźnienia 200 min"
Do drzwi mego mieszkanka dotarłam o 1:30 am.

Weekend zaczął sie nietypowo, ale zapowiada się miło.
Potomstwo me, humanitarnie obudziło mnie dopiero o 8 rano.

Dzisiaj mamy weekendoy dzień dziecka - chipsy, napoje gazowane wysoko słodzone i pizza.

Życze wszystkim miłego weekendu :)

poniedziałek, 2 listopada 2009

I juz po weekendzie


To był miły weekend. Różnił się od innych, ale schemat został zachowany. Gniłam w łóżku do godziny nieprzyzwoitej, chociaż dla organizmu niezwykle miłej. Snułam się po mieszkaniu w piżamie do godzin, które ogólnie uznane są za porę obiadową. Obowiązkowo musiałam coś popsuć - jak zwykle się udało.
Gdy tak polowałam o poranku na jakieś śniadanie dla wygłodniałej zwierzyny pt "moje dzieci", wpadłam na świetny pomysł zrobienia kawy. W związku z lenistwem mym wielkim, nie zawsze chce mi się parzyć kawy w ekspresie, bo za długo i niewygodnie, słoik z kawą za wysoko ... Tysiąc powodów można by znaleźć. Zazwyczaj więc wygrywa szybka rozpuszczalna. Postanowiłam sobie jednak zrobić dzień dziecka ...
Kawa odmierzona i nasypana, woda nalana, jeszcze dzbanuszek odkurzyć i... potłuc :(

Jak już udało mi się zalogować do rzeczywistości, postanowiłam wziąć dłuuugi, ciepły prysznic. Nie taki jak zwykle, szybko żeby tylko śpiocha zmyć, ale taki co to się nim rozkoszować i cieszyć można i który zagłuszy krzyki, wrzaski i inne nieartykułowane dźwięki szalejącego potomstwa.
No więc upajałam się nim i przy okazji spostrzegłam że wąż od prysznica się ... hmmm odkręca, czy rozczapierza. Generalnie można było zobaczyć co jest w środku - taka anatomia prysznica :) No więc kochani moi, woda generalnie to płynie w gumowym wężyku, który jest owinięty metalowym czymś i go nie widać. Fascynujące! No i na tym gumowym wężyku zrobił się bąbel. Śmiesznie to wyglądało. Zastanawiałam się kiedy pęknie, ile jeszcze mam czasu, wszak do zakupu takiego sprzętu  muszę być psychicznie co najmniej przygotowana. No i pękł.
Odczucie - to było chyba jak bicze wodne wprost na moja twarz.

P.S. Chyba pora najwyższa zacząć pisać list do Świętego Mikołaja.
        1. Nowy dzbanek do ekspresu
        2. Nowy wąż do prysznica, albo instrukcja obsługi do wersji bezprzewodowej