piątek, 28 lutego 2014

TŁUSTY CZWARTEK, CZYLI RZECZY KTÓRYCH NIE POWINNO SIE POWTARZAĆ

Moja młodsza siostra wpadła na pomysł stworzenia dziennika
"Rzeczy których więcej robić nie powinnam".
Tytuł póki co roboczy, więc ulec może zmianie. Pomysł podoba mi się niezmiernie, wszak pamięć mamy (a ja na pewno) dobrą, ale niezwykle krótką.
Jako pierwszy punkt pojawiłby się w mojej wersji:
- nigdy więcej nie robić pączków.
Co prawda te dzisiejsze, a raczej wczorajsze w 85% zrobiła Dorotka, w 10% mój ulubiony starszy syn (jak zabrakło mąki to nawet na dłuższą chwilę utknął w misce z oblepionymi ciastem rękoma, aż go rodzicielka poratowała kubkiem mąki od sąsiadki), a tylko jakiś ułamek wkładu jest mój.
Ja pilnowałam dzieci co by sobie krzywdy nie zrobiły. Potem tylko do wrzącego tłuszczu wrzucałam (pączki, nie dzieci).
Nie dość że trwało to i trwało (całkowity proces), bałaganu co niemiara. Brzuchy bolą, a ślad zaginął. Myślałam że uda się kilka szt zanieść do szkoły na "wyprzedaż ciast" ... w jakim głębokim błędzie była moja skromna osoba.
Dodam tylko  że pączki były w wersji mini, a mnie i tak udało się ich nie dosmażyć. Z wierzchu prawie przyjarane, a w środku żywe drożdże. Na szczęście ktoś kiedyś wymyślił mikrofalówkę. Minuta w tym urządzeniu wykańczała wnętrzności wspomnianych pączków. Jednak każdą partię musiałam sprawdzić organo-leptycznie. Tak więc zjadłam 3 pączki. Pączuszki bym rzekła, ale czuję się jak po 30 szt.



Wniosek - to był mój ostatni raz. Za młodą się nie wypowiadam, ale pewnie zdanie popiera - wszak spokrewnione jesteśmy.

czwartek, 27 lutego 2014

BO KIEDYŚ MUSI BYĆ TEN PIERWSZY RAZ

Moje dzieci są aniołami - żadna nowość. Tylko że skrzydła zostawiają pod poduszkami i wkładają je do snu - żeby było cieplej.
Dzisiaj po raz pierwszy w naszej wyspiarskiej karierze zostałam wezwana na rozmowę do nauczyciela. Uwaga! Marcina!
W zasadzie rozmawiałam z wychowawcami obydwu, ale to pan Lynch prosił o rozmowę.
To chyba wina rozprężenia materiału po feriach.
Panowie ześwirowali w akompaniamencie innych - irlandzkich i polskich dzieci.
Na szczęście odbyło się bez ofiar. Skończyło się na uwagach.
Najcudniejsze w tym wszystkim było to (dziwne określenie, zważywszy na to, że sytuacja była poważna), że Marcin zapłakany wyszedł ze szkoły nie dlatego że napsocił, tylko dlatego że Martwił się o Krzysia.
Wychowawca pierworodnego bronił go ze wszystkich sił, tłumacząc że prawie nie jest winny, tylko że był obecny ... Albo młody mu wyjątkowo leży jako pilny, spokojny i uprzejmy uczeń  (tak, tak, to ten sam Krzyś), albo ja wyglądam na domową terrorystkę i bał się konsekwencji jakie mogę wyciągnąć w domu.
Na szczęście skończyło się tylko na konkretnej rozmowie. Bez zbędnych kazań i kar.
Kiedyś musi być ten pierwszy raz na uwagi synów dwóch.

Chyba podświadome czułam nadchodzące atrakcje, bo już od rana szukałam sobie zajęcia na  rozładowanie emocji. No i znalazłam - wycinanie krzaczorów w ogrodzie. Skończyło się na posadzeniu malin i wycięciu ułamka tego co do wycięcia być miało.
Ulżyło mi, uspokoiłam się. Zapas prac uspokajających mam na jeszcze jakiś tydzień.
Jednocześnie okazało się, że zawód OGRODNIK, to była chyba jakaś pomyłka. Żeby to jakaś frajda nie wiem jaka była, to bym nie powiedziała. Może gdyby efekt był widoczny od razu?

Teraz anioły śpią z aureolkami na poduszkach.
A matka siedzi i wysyła setki CV co by nam kiedyś dobrze było.
I ma już tego po kokardki.


niedziela, 23 lutego 2014

IMIENINOWY BONUS CZYLI JAK ZAGIĘŁAM CZASO-PRZESTRZEŃ

Ostatni tydzień spędziłam w Polandii.
To był cudny czas.
Co prawda spędzony z kalendarzem i zegarkiem w ręku, bardzo intensywny, ale cudny.
Latałam po urzędach, bankach, instytucjach różnych.
Odwiedziłam nawet kilkakrotnie swoją ulubioną dentystkę - co by porządkowaną do domu wrócić.
Razu jednego, chyba zmęczona całym dniem, zasnęłam na fotelu dentystycznym - sama w to nie wierzę.
Spotkałam się z ukochanymi znajomymi, nawet jeden chrzest w roli matki chrzestnej zaliczyłam. Z wieloma jednak nie udało mi się spotkać, nawet skontaktować, czego bardzo żałuję.
Wszystko przez to, że doba ma tylko 24 godziny!
Co ja bym dała, żeby była ciut dłuższa ...
A ponieważ zdarza się tak, że marzenia się spełniają, to w sobotę, z okazji imienin dostałam dodatkową godzinę gratis.
Tak, tak - zagięłam czaso-przestrzeń.
Sobota miała 25 godzin.
Co prawda tylko dlatego że zmieniłam strefę czasową zyskując w ten sposób 60 min, ale zawsze to już coś.

Tak więc kochani, cieszę się że mogłam spędzić z wami ten tydzień. Z tymi, z którymi mi się nie udało - przepraszam i bardzo żałuję.
Bardzo tęsknię!
 
Oraz chciałam powiedzieć że to nie był łatwy wylot. Gorszy chyba niż pół roku temu, kiedy to postanowiłam zamieszkać na wyspach.

Ale i tak będę przylatywać, oraz liczę na wasze odwiedziny.

piątek, 14 lutego 2014

ZACZYNA SIĘ LABA, CZYLI HAPPY ST. V-DAY

No i się zaczęło ...
A raczej skończyła się cisza i spokój.
Wrócił potomek ze szkoły i buzia mu się nie zamyka. Opowiada, rysuje, opowiada, opowiada ... Dziwne?!
Nie powiedziałam z jakiej szkoły wrócił?!
Dzisiaj miał dzień "próbny" w szkole, do której idzie we wrześniu (odpowiednik polskiego gimnazjum).
Uczniowie testowali przez cały dzień wszystkie przedmioty praktyczne. Teraz muszą wybrać jeden.
Młody najchętniej poszedł by na  4 z 6.

A jak już skończy opowiadać, odbierzemy Mariana ze szkoły i  ... zaczną się ferie! oraz PAKOWAŃSKO.
Matka leci do Polandii, bo urzędy się za nią stęskniły.
Potomstwo zostanie oddelegowane do taty - chłopcy już przebierają nóżkami.

Czyli Happy St. V-day

poniedziałek, 3 lutego 2014

NIE TO ŻEBYM SIĘ NIE SPODZIEWAŁA ...

Zszokowana trafnością podsumowania oraz ociupinkę rozbawiona jestem.
Nie to żeby mnie dziwiło bardzo, czy żebym się nie spodziewała, że cechy osobowościowe mam podobne do ...
uwaga ....

Nicole Kidman, Matki Teresy z Kalkuty i Nelsona Mandeli na ten przykład. Reszty nie kojarzę, więc się nie chwalę. Jak się wyedukuję na ich temat, to wtedy mogę.

A w którą stronę powinnam szukać pracy?! W sensie tak żeby wilk był syty i żebym ja ocalała?!
Usługi społeczne np
- praca socjalna
- prawo
- edukacja
Opieka Zdrowotna (nie wiem czy coś takiego istnieje?)
- wczesna edukacja
- psychologia
- psychoterapia (chyba dla mnie)
Sztuka i nauki humanistyczne - i to mi się podoba najbardziej i najmniej.
Najmniej, bo część tych rzeczy mnie nie kreci ani ciut ciut. Najbardziej - bo są najfajniejsze
- grafika,
- projektowanie
- biżuteria i praca w metalu i drewnie ( no dobra, drewno sobie dopisałam, bo moje ulubione jest)

Czyli że ja jestem odpowiednio wyedukowana, łapię się dobrych zajęć ...
A to że nie umiem powiedzieć - "tak, tylko to bym chciała robić", to nie wina tego że popieprzoną i niezdecydowaną jednostką jestem. To wina popieprzonej osobowości i takich jak ja jest więcej - Ołłł jeee.
Od razu człowiekowi raźniej, jak wie, że gdzieś tam jego obłąkane stado szaleje.

Ale ja coś czuję że muszę zacząć znowu w drewnie dłubać. A niech Irlandczycy tez maja szanse.
Czekam tylko na palety ...

Póki co, dam jeszcze szanse zakładom fryzjerskim. Dostaną moje CV. A co! Wszak litościwą jednostka podobno jestem. Niech maja swoje 5 min - UWAGA NALOT!

P.S. Gdyby ktoś jeszcze w okolicy był zainteresowany, to śmiało pisać, nie krępować się.



A test jest TUTAJ. Jest po angielsku, ale myślę że jak ktoś bardzo będzie chciał, to mu wujek Google pomoże

niedziela, 2 lutego 2014

JAK SYN USIŁOWAŁ UTOPIĆ MATKĘ W ŁYŻCE ROSOŁU

Niedzielna sielanka.
Rosół i my przy rosole.
Nagle Marcin wpadł na świetny pomysł.

 - Wiesz mamo, jak już będę dorosły ... No wiesz, jak będę miał jakieś 18 czy 16 lat i będę miał rodzinę ...

Usiłował dokończyć swą myśl. Wspominał coś o Owczarku Niemieckim, ale pewności nie mam, bo musiałam się skupić na podtrzymaniu czynności oddechowych swojej osoby, które to czynności ustały na chwilę po zakrztuszeniu się rosołem.
Jak już mój system oddechowy zaczął działać samodzielnie i poprawnie,  przy świadkach kazałam obiecać potomkowi, że wiek zakładania rodziny zmieni. Upewniłam się czy palców skrzyżowanych przy tym nie miał.

- A co jeśli skrzyżowałem poślady?!