środa, 23 lutego 2011

PRZYTULANKI

Kiedy chłopcy byli mali, bardzo lubili zabawę w "KLUSECZKĘ". Ugniatanie ciasta, wałkowanie i zjadanie. Oni byli ciastem a moje ręce mikserem, wałkiem i wszystkimi innymi narzędziami niezbędnymi do przygotowania najpyszniejszych na świecie kopytek.  Bardzo często podczas tej zabawy polewali się sosem - czyli sikali ze śmiechu. Z wiekiem wszystko się zmienia. Teraz kluski nie smakują już jak kiedyś :)  Czasem jednak przypomni się im, w ramach dopieszczenia ...
- Mamo, jestem twoją kluseczką - powiedział Marian podczas cowieczornej porcji przytulania.
- Synku, ale ja jestem na diecie i nie jem klusek - odpowiedziałam z uśmiechem
- Noooo tooooo jestem twoja pomarańczką
- Owoców też mi nie wolno
- To jestem twoim KOZIM BOBKIEM!!!

Kombinował, kombinował i się udało. Ostatnio głównym składnikiem mojego Menu, są wspomniane Kozie Bobki, czyli serek wiejski granulowany. Cop prawda ten w postaci Marcinka był tłuściutki, ale jakże smaczny.

A teraz czas na nadrobienie zaległości
100 lat, 100 lat dla mojego ulubionego SELERA, oraz ASI z okazji sobotnich urodzinek. Tak się wzięli i umówili, że urodziny w tym samym dniu obchodzili :)
Oraz wszystkiego najlepszego dla wszystkich Mart i Małgoś na świecie, które wczoraj obchodziły swoje imieninki. Szczególnie dla mojej Marty F-J, Marty G, oraz mnie :)
Nich nam słonko cieplutko świeci:)

środa, 16 lutego 2011

Z CYKLU ŁAZĘGI NOCNE

W godzinach środkowo-nocnych obudził mnie dotyk lodowatych przeszczepów najmłodszego potomka.
- Marcin, przyśniło ci się coś? - zapytałam
- Niee - odpowiedział układając się wygodnie
- A może zaprowadzę cię do twojego łóżeczka?
- Nie, ja sobie tutaj poleżę.
I zasnął
Mój sen, a raczej drzemanie, przerywane było kilkakrotnie z powodu wiercenia, sapania i średnio komfortowego układania racic na moim wszystkim - brzuchu, nogach, twarzy.
- MamOoo
- Słucham cię.
- Chce mi się siku
- Czy mam zrobić za ciebie - zapytałam średnio przytomnie.
- Nie
- To co chcesz synu?
- Idziemy?
No i poszliśmy.
Już bardziej przytomnie skierowałam powrotne kroki małoletniego do jego własnego, osobistego łoża
- Mamo, czy w związku z tym że już tu jesteś, poprzytulasz i poleżysz ze mną?
- Marcin, jest środek nocy!
- Mamo, ja z toba poleżałem! - odpowiedział z wyrzutem i sennym fochem.
I tak kolejna część słodkiej nocy upłynęła mi na  przytulaniu Mariana z kolami na podłodze.
Dziś jestem wyspana że hej, a Marianowi powinnam poświecić chyba oddzielny blog.


Śpioch znaleziony w sieci

poniedziałek, 14 lutego 2011

Walentine's Day

My love is like an ocean
It goes down so deep
My love is like a rose
Whose beauty you want to keep.

My love is like a river
That will never end
My love is like a dove
With a beautiful message to send.

My love is like a song
That goes on and on forever
My love is like a prisoner
It's to you that I surrender

Happy Walentine's Day



Autora tekstu nie jestem pewna.
Zdjęcie  wyłowione gdzieś z sieci

niedziela, 13 lutego 2011

NEGOCJACJE

Zaczynam zauważać pewna prawidłowość. Zazwyczaj w piątki, mojemu ulubionemu najmłodszemu synowi włącza  się "dorosłość" . Tego dnia zazwyczaj w związku ze zmęczeniem materiału roboczego, zasypiam. Wszystko wiec kręci się wokół "szybciutko", "pospiesz się bo jest bardzo późno" i na dyskusje absolutnie nie ma czasu.



- Mamo, czy mogę iść sam do przedszkola? - Marian zaczął starą śpiewkę.
- Marcin, jesteś za malutki
- Ale mamo, to chociaż wyjdziemy razem z klatki i pójdę sam
- Synek, przedszkolaki nie chodzą same
- Mamo, to chociaż do parkingu - negocjacje trwały
Nie docierały do potomka argumenty że zamartwiałabym się dzień cały myślą czy szczęśliwie dotarł do przedszkola. Po kilkunastu dobrych minutach pokonywania, zgodził się na to ze będzie szedł sam, a ja z drugiej strony bloku, będę patrzeć czy szczęśliwie dotarł do celu.
Jak postanowiliśmy, tak uczyniliśmy. Młodzieniec dumny i blady kroczył z noskiem uniesionym wysoko. Jóź prawie dochodził do bramy, już oczyma wyobraźni widziałam kwiaty i fajerwerki na cześć dzielnego syna mego, kiedy to ów dzielny zuch zaczął się wracać. Biegł w podskokach do matki swojej.
Pomyślałam że pewnie o buziaku zapomniał czy coś. Na szczęście on ma w nosie obciachy i pozwala sobie na przytulanki, całuski i wyznania miłosne - publiczne - oczywiście do rodzicielki swojej.
- Marian, pomyliły ci się kierunki - zawołałam - Chyba że na wagary się wybierasz?!
- Mamo, a czy jednak możesz mnie odprowadzić? - zapytał zasapany
- Pewnie, a coś się stało?
- Zapomniałem że sam sobie nie przeczytam co będzie na obiad

Jak mawiają "majtki opadają i rajtuzy falują".
Młody ma silną motywację do poznawania liter i pod surowym okiem babci Jadzi i Krzysia ćwiczy bazgrołki i czytanie pierwszych wyrazów. Może pod koniec roku przedszkolnego przeczyta sobie sam

sobota, 5 lutego 2011

ZIELONE NIEWIADOMOCO

Czytanie rozwija, ale nieczytanie tez ma swoje zalety.
Mam od jakiegoś czasu zwyczaj taki, że nie wychodzę z domu bez książki. Czytam w tramwaju, w kolejce do lekarza, w pracy i innych miejscach gdzie poza rozpracowywaniem swojego głębokiego JA i trenowaniem swojej wyobraźni, względnie gadaniem do siebie, czynić nie ma za bardzo co.
Co jakiś czas dochodzę do stanu, że nie mam już książek nieprzeczytanych i zazwyczaj wówczas czekam na przesyłkę nowych, tych kupionych na ALLEGRO, bo do księgarni czy antykwariatu nie mam kiedy się wybrać.
Tak więc pewnego dnia, będąc w stanie NIEMAMCOCZYTAĆ, jechałam tramwajem i rozmyślałam o Bóg jeden raczy wiedzieć czym. Z zamyślenia wyrwał mnie widok koca.
Tak, tak, zwyczajnego koca, czy raczej narzuty w kolorze szarego brązu (nawet nie wiem czy taki istnieje) z fioletowymi mazajami. Wisiał on sobie na wystawie jednego z "Malinowych butików" jakich w moim mieście wiele. Oczyma wyobraźni, zobaczyłam torbę w takim właśnie kolorze.
Przez tydzień rozmyślałam co zrobić żeby znaleźć się przypadkiem w tamtej okolicy.
Któregoś dnia, wracając do domu z pracy, pomyliłam tramwaje i ... właśnie tam dojechałam - CUD!
Nie mogłam nie wejść, nie zajrzeć. Kocyka nie było :( Zrezygnowana rozglądałam się jeszcze w  nadziei, że skrył się gdzieś może, gdy zobaczyłam TEN. Zielone NIEWIADOMOCO. Leżało pod stertą kocy, pledów i innych.
- Przepraszam - zapytałam grzecznie sprzedawcę - czy może mi pan powiedzieć co to jest?
- Pani kochana, a skąd ja mam wiedzieć?! - odpowiedział grzecznie. No właśnie, skąd. On tam w końcu tylko sprzedawał i był właścicielem przypadkiem całkiem.
 - Niech to pani wyciągnie i pokaże
Uczyniłam jak powiedział. Wyciągnęłam kawał zielonego sztruksu 1,5x1,5 metra. Ni to koc, ni to pled, ni to cokolwiek
- Nie wiem co to jest - powiedział czytając mi w myślach - ale ładny kawał materiału
I tu zgodzić się z nim musiałam
- Po ile ten kawał?
- To porządny kawał, duży, ładny jest - zachwalał, podczas gdy ja starałam się nie pokazywać po sobie jak przebierałam nóżkami i jak cała ja w srodku wołam rytmicznie MUSZĘ TO MIEĆ, MUSZĘ TO MIEĆ
- No dla pani, to niech już będzie dycha, chociaż za taki kawał powinienem policzyć ze dwie!
- Hmm - udałam, że niby sie waham, zastanawiam - No dobrze, to poproszę. Jak dla mnie specjalnie, to wezmę.

Po 3 popołudniach do godzin raczej wczesno-porannych, powstała moja TORBA.
Jestem z niej tak dumna i z siebie dzielna, że aż musiałam sie pochwalić.
Jest wielka i przepastna, że aż kalendarz mi się w niej zgubił.

A Selerowi należy sie medal za wytrwałość.
Był dzielny.

czwartek, 3 lutego 2011

ZATRĄB


Jak się okazuje historyjka stara jak świat, albo co najmniej jak węgiel. Ja oczywiście przeczytałam ją dopiero wczoraj - w mailu od znajomego. Zapewne wielu  z was juz to z na, bo widzę że w sieci krąży od dobrych kilku lat.
Dla tych co są "oczytani" jak ja - na poprawienie humoru.

"Któregoś dnia  poszłam do miejscowej księgarni katolickiej i ujrzałam naklejkę na zderzak z napisem:
ZATRĄB JEŚLI KOCHASZ JEZUSA
Akurat byłam w szczególnym nastroju, ponieważ właśnie wróciłam ze wstrząsającego występu chóru, po którym odbyły się gromkie, wspólne modlitwy. Wiec kupiłam naklejkę i założyłam na zderzak.
Jak dobrze, że to zrobiłam!
Co za podniosłe doświadczenie nastąpiło później! Zatrzymałam się na czerwonych światłach na zatłoczonym skrzyżowaniu i pogrążyłam się w myślach o Bogu i o tym, jaki jest dobry ...
Nie zauważyłam, że światła się zmieniły. Jak dobrze, że ktoś również kocha Jezusa, bo gdyby nie zatrąbił, nie zauważyłabym ... a tak odkryłam, że MNÓSTWO ludzi kocha Jezusa!
Wiec gdy tam siedziałam, gość za mną zaczął trąbić, jak oszalały, potem otworzył okno i krzyknął:

"Na miłość Boską! Naprzód! Naprzód! Jezu Chryste, naprzód!"Jakim że oddanym chwalcą Jezusa był ten człowiek! Potem każdy zaczął trąbić! Wychyliłam się przez okno i zaczęłam machać i uśmiechać się do wszystkich, pełnych miłości ludzi. Sama też kilkakrotnie nacisnęłam klakson, by dzielić z nimi tę miłość! Gdzieś z tyłu musiał być ktoś z Florydy, bo usłyszałam, jak krzyczał coś o "suunybeach".
Ujrzałam innego człowieka, który w zabawny sposób wymachiwał dłonią, ze środkowym palcem uniesionym do góry. Gdy zapytałam nastoletniego wnuka, siedzącego z tyłu, co to może znaczyć, odpowiedział, że to chyba jest jakiś hawajski znak na szczęście, czy coś takiego. No cóż, nigdy nie spotkałam nikogo z Hawajów, więc wychyliłam się z okna i też pokazałam mu hawajski znak na szczęście. Wnuk wybuchnął śmiechem...
Nawet jemu podobało się to religijne doświadczenie!
Paru ludzi było tak ujętych radością tej chwili, że wysiedli z samochodów i zaczęli iść w moim kierunku. Z pewnością chcieli się wspólnie pomodlić, lub może zapytać, do jakiego Kościoła należę, ale właśnie zobaczyłam, że mam zielone światło. Pomachałam więc do wszystkich sióstr i braci z miłym uśmiechem, po czym przejechałam przez skrzyżowanie. Zauważyłam, że tylko mój samochód zdążył to zrobić, bo znowu zmieniły się światła. Poczułam smutek, że muszę już opuścić tych ludzi, po okazaniu sobie nawzajem tak pięknej miłości. Otworzyłam wiec okno i po raz ostatni pokazałam im wszystkim hawajski znak na szczęście, a potem odjechałam. 
Niech Bogu będzie chwała za tych cudownych ludzi!"



Źródło zdjęcia w sieci