wtorek, 30 marca 2010

Fani borowania

Kto z nas lubi dentystę?
Chyba nikt. Ja osobiście tak bardzo się boję, że na fotelu siadam co 4 miesiące do kontroli. Taka zębowa fobia.
Znam takich, co na fotelu dentystycznym usiądą dopiero do wyrwania wszystkich - pod narkozą. Są tacy co to jakiegoś większego wstrętu nie mają i chodzą bo trzeba.
Teraz doszła nowa grupa ludzi - Fani borowania.
Do tej grupy zalicza się moje potomstwo.
Na ostatniej wizycie - przeglądzie  - okazało się że Marian ma małą dziurkę
- Hura! będą mi borować - wykrzyczał wtedy radośnie.
- Biedactwo, nie wie co go czeka - pomyślałam.
Wczoraj był ten sądny dzień. Panowie "G" mieli zasiąść na fotelu. Krzyś już wie o co chodzi, bo jego pierwsza plomba, która założona została rok temu, miała już różne fazy. Była biała, niebieska, pomarańczowa. Ostatnio nawet była lekarstwem no i znowu plomba - tym razem biała. Miejmy nadzieję że tym razem już nie wypadnie.
- Panowie "G". Który z Panów ma ochotę usiąść pierwszy? - zapytała miła pani asystentka
- Ja! Ja! Ja! - rozległ się okrzyk zgromadzonego potomstwa mego w poczekalni.
- No dobra, to ja zdecyduję. Znam tylko wasze imiona, ale nie pamiętam jeszcze który jest który. To pierwszego poproszę Marcinka.
- Hura! - zawołał Marcin. Był to okrzyk połączony z tańcem zwycięzców.
- Ja już tu u Pani byłem! - powiedział zalotnie do dentystki, usadowiwszy się na fotelu.
- Oczywiście, pamiętam. Tylko chyba nic nie robiliśmy jeszcze z ząbkami?!
- Nie, tylko mi Pani DUBAŁA. Uwielbiam DUBANIE w zębach.
Ja dzielnie siedziałam z Krzysiem na taboreciku i przyglądałam się pierwszym torturom syna mego. Nie mogłam powstrzymać łez wzruszenia. Marcin chichrał się cały czas, nawet podczas borowania. Krzysiek, na moich kolanach zanosił się śmiechem.
- Krzysiu, nie śmiej się tak głośno.
- Nie mogę. hihihihihih Ty tez się chichrasz!
To fakt. Marcin wydawał takie dźwięki i robił takie miny, że nawet poważna pani stomatolog nie mogła sie powstrzymać.
- leee, oydliwe - co jakiś czas usiłował wybełkotać ze ślinociągiem w ustach. Oczywiście nie przestając się trząść ze śmiechu.
- Marcinku, teraz sprawdź czy ci plombka nie przeszkadza.
- Hmmmm. Smakuje jak ... Ma smak pomarańczy!
- Ale nie jak smakuje, tylko czy nie przeszkadza jak zagryziesz ząbki?!
- Jest superaśnie!
Tak wyglądało pierwsze borowanie Marcina.
Krzyś na wstępie rozbawił pół gabinetu. Usiadł wygodnie na fotelu. Pierwsze co zrobił jak dostał ślinociąg, to zaczął zasysać sobie język i policzki od wewnętrznej strony. Dźwięk i widok, sprawiły że byłam już ugotowana. I dalej Chichrałam się z Marianem na kolanach.

- Mamo - zaczął cichutko Marcinek przytulając się mocno - wiesz ja się teraz tak wspaniale czuję z tą plombą ?! Teraz to ja już chyba jestem prawdziwym Mężczyzną!




Obrazek znaleziony w sieci

poniedziałek, 29 marca 2010

Ograniczony dostep

Straciłam węch, smak. Nastąpiła częściowa utrata słuchu. Nawet gorzej widzę.
A wszystko to za sprawą kataru. Przeziębienie wiosenne dopadło mnie na całego. Młodzież przywlokła jakieś katarzysko z placówki oświatowej. Smarkali wszyscy, chórem.
Wszyscy, od potomstwa zaczynając na babci i Selerze kończąc.
Dzieci już dzisiaj wróciły do nauki, po babci nawet nie widac że coś jej było. Sebuś juz jakoś lepiej brzmi. Ja za to jestem pociągajaca ze ho ho.
Od smarkania mam zatkane uszy, więc nie słyszę. Zatkany nos, powoduje że nie czuje zapachu ani smaku. Rano obudziłam się, ze spuchniętymi "oczami". Wyglądałam jak po jakiejś ciężkiej libacji. W związku z powyższym, nie próbowałam nawet wcisnąć soczewek.. Założyłam okulary. Ponieważ są za słabe, nie widzę dobrze.
Do tego doszła zmiana czasu ...i ograniczony dostęp do moich zwojów mózgowych gotowy.
W związku z powyższym, proszę się dzisiaj ze mną nie komunikować. Można mnie dzisiaj tylko tulić, albo pisać WIELKIMI LITERAMI.





Obrazek znaleziony w sieci

czwartek, 25 marca 2010

STRAŻAK

Ja to bym wolała KOMINIARZA, takiego z prawdziwego zdarzenia. Takiego umorusanego z błyszczącymi guzikami. Takiego, co to szczęście przynosi. No ale "jak się nie ma co się lubi, to się lubi to co jest". Wybredna nie będę , może być strażak. Jak ktoś niewybredny jest, to zostaje nagrodzony ...
Spoglądam przez okno me w pracy i co widzę ... ?! Pokaźną gromadkę spacerujących strażaków. Słońce odbija się w ich uniesionych "szybkach", a oni wolnym krokiem, z uśmiechem rozglądają się po okolicy .... Chwila rozmarzenia i wizja jak z reklamy pewnych batonów ...
Gdyby to byli kominiarze, to bym pewnie guziki sobie powyrywała.
No tak, ale lepsze stado Strażaków za oknem, niż kominiarz na dachu, gdzieś tam i nawet go nie widać.
Co właściwie robi się ze strażakami? Tzn jak się ich zobaczy?
Tak sobie myślę, że LEPSZY SELER W GARŚCI NIŻ KOMINIARZ I STRAŻAK RAZEM WZIĘCI


Obrazek znaleziony w sieci

środa, 24 marca 2010

GPS

Kolejny punkt do listy zakupów, to GPS, albo chociaż mapa miasta uwzględniająca trasy komunikacji pt "tramwajem i autobusem"
Czasem sama siebie zadziwiam. Jaka jestem zdolna, wspaniała i zakręcona. Dzisiaj zwalam winę na ciemne okulary. Słońce tak dzisiaj pięknie świeci, że gdyby nie te w/w to bym stała zaryczana na przystanku, w tramwaju, autobusie. W sumie może to nie głupie?! Może ktoś by się użaliła nade mną i mnie podrzucił do pracy ... albo wywiózł do lasu ...
Jak wszyscy wiedzą, za każdym razem mój wypad do pracy (5razy w tyg), to wielka wyprawa. Myślę, że spokojnie można by zaliczyć ją (wyprawę), do sportów ekstremalnych.
Jeśli bym chciała łatwo, mio i przyjemnie, to wsiadłabym do autobusu który jedzie bezpośrednio do celu. Bez przesiadek, godzinką dla siebie ... Można by pomyśleć - idealne rozwiązanie. Tyle tylko że bez względu o której wsiadę do tego autobusu, to się spóźnię. Nie wiem jak to działa, ale czy wyjdę normalnie czy pół godziny wcześniej - zawsze jest to samo. Jakaś dziwna prawidłowość, której nawet nie próbuje zrozumieć.
W takie dni jak dzisiaj, kiedy jest cieplutko, słonecznie, pamiętałam żeby wstać prawą racicą zaraz po przebudzeniu, wybieram wersję dla odważnych - z przesiadkami.
Wersji jest kilka. od 2 zmian pojazdów (czyli 3 środki komunikacji),  do 4 przesiadek.  Na tym właśnie polega trudność. Należy bowiem bezbłędnie, czasem w ułamku sekundy zdecydować się czym, gdzie ...  Jeden mały błąd i dupa zbita.
Po ponad pół roku jazdy w taki sposób, trasy mam opanowane do perfekcji - prawie.
Dzisiaj rano, dumna i blada, czekając na ostatni autobus, wyobrażałam sobie zadowolona minę swojego szefa i to jego poczucie miny. Coś w stylu "Na wypowiedzeniu, a stara się dziewczyna ..."
2 przystanki, przed punktem docelowym, autobus skręcił, zamiast pojechać prosto. Ludzie w popłochu zaczęli wysiadać. Ja z uśmiechem na twarzy stoję twardo. Już kiedyś tak się wystraszyłam. To jedna z tych liń, co muszą okrążyć wiejską i zapomnianą część miasta, żeby po chwili powrócić na standardową trasę.
Z zadowoleniem podziwiałam okolicę. Zauważyłam nawet kilka fabryk, których wcześniej nie widziałam. Jednak przy wiosennym słońcu, jak człowiek ma dobry humor, to i wrok mu się poprawia, taki bystrzejszy jest ...
Zajęta oglądaniem widoków i rozmyślaniem, usłyszałam nagle  "Maratońska ...." (większość autobusów informuje pasażerów do jakiego przystanku się zbliża).
"Jaka k....Maratońska? " pomyślałam i w myślach dałam popis ze znajomości łaciny kuchennej.
ZABŁĄDZIŁAM
Oczywiście nadal byłam w Łodzi. Gdyby spojrzeć na mapę i zrobić linię prostą z punktu A do mojej pracy, to nawet nie byłoby daleko. Tylko że nie studiowałam mapy tej części miasta. Tyle razy obróciłam się dookoła siebie, że juz nawet nie wiedziałam z której strony przyjechałam
- Już dojechałaś? - w słuchawce zabrzmiał Seler
- Nie, zgubiłam się!
- Co zrobiłaś? - Tu nastała pauza w postaci szczerego ryku Sebastiana
- Ale jesteś w Łodzi? Jak to się stało?
- Tak, na Retkini. Wsiadłam do autobusu i on skręcił ... Bo one mają za dużo literek.  69, 69A, 69B. Nie mieli co postawić, to wybrali B ... Ja nie wiem gdzie jestem! Znowu się spóźnię!
- Nie martw się, co ci zrobią? Zwolnią cię? Olej to,  najwyżej cię wyleją.
- No tak, już bardziej nie mogą.
Przeszłam na 2ga stronę, wsiadłam do autobusu w przeciwnym kierunku. Zastanawiałam się tylko gdzie tym razem pojadę.
Ku mojemu rozczarowaniu, dojechałam bezpośrednio do pracy. A zapowiadał się taki "wycieczkowy" dzień.

Oczywiście szefa nie było, czyli nikt nawet nie zauważył ze dobiłam do portu z poślizgiem.
mmm .... jest pięknie :)


Mapa znaleziona w sieci

wtorek, 23 marca 2010

Różowe okulary

Czasem świat usiłuje podstawić nam nogę, skopać odrobinkę.
Dlatego właśnie postanowiłam kupić różowe okulary!
Szukam, szukam, może znajdę jakieś o odpowiednim nasyceniu koloru. Nie za duże, w sam raz ...
Bez nich ciężko czasem znieść zwykłe codzienne złośliwości losu.
Czasem brakuje mi wyobraźni na znalezienie pozytywnych stron tego złego, co by na dobre wyszło.
Staram się. Dopóki mój uśmiech i śmiech są szczere, jest ok. Boję się że za chwilę staną się tylko wymuszonym grymasem na mojej twarzy.
* Obniżka pensji o 20 % tuż przed świętami -
+ będzie skromnie,
+ nie przytyje,
+ najważniejsze że z bliskimi,
+ może dzieci zapomną o Zajączku ...
* Nieoficjalna wiadomość o wypowiedzeniu. W związku z kryzysem, zamykają oddział w Łodzi. Wypowiedzenie 3 miesiące, liczące od 1 marca, czyli prawie od miesiąc temu. Zegar tyka.
+ Zostało jeszcze 2x 30 dni
+ muszę wykorzystać zaległy urlop, więc nie muszę brać dodatkowego wolnego, żeby iść na badania z Krasnalem.
+ nie będę musiała brać wolnego po Komunii Krzysia, żeby nacieszyć się swoją siostrzyczką, która wtedy przyjedzie z rodziną
+ znajdę super pracę (jeśli znajdę)
+ jeśli nie znajdę pracy, będę miała nieograniczenie długie wakacje, bez kłopotów z zaklepywaniem urlopu

+ Będzie dobrze. Musi być, bo nie ma innego wyjścia.

Tak więc:
1) szukam tanich i niezawodnych różowych okularów.
2) Szukam pracy na potem - tzn na "w" lub "po" czerwcu


***

"Różowe okulary od Dorotki"



Kolejna para różowych szkieł od Akulara ;)


Zdjęcie znalezione w sieci

poniedziałek, 22 marca 2010

leżakowanie

To wszystko przez wiosnę!
Nie to, żebym jej dosyć miała. Nie, nie. Właśnie jej niedosyt powoduje że wszyscy są jej spragnieni i łykają, zamiast delektować się jej smakiem.

Płacąc za przedszkole.
- Musi Pani jeszcze dopłacić.
- Dopłacić? Za co? Podobno to wy powinniście mi zwrócić, to co w zeszłym miesiącu nadpłaciłam.
- Tak, ale nadpłata + to co teraz, to jeszcze dopłacić Pani musi, do tego co zwykle.
- W sensie że co?! Co tak podrożało?
- No, za leżakowanie.
- Jakie leżakowanie? Mój syn nie leżakuje. Jest prawie starszakiem. On nawet nie wie co to leżak.
- On nie, ale Pani tak ....
W tym momencie obudziłam się błyskawicznie. Żebym musiała płacić za spanie ... Poczułam nieznośny ból w pewnej części mojego ciała. Powoli, zaczynałam uruchamiać swoje zwoje mózgowe.
Było mi tak twardo i niewygodnie, że przyśniło mi się ze śpię na drewnianym leżaku w przedszkolu mojego synka.

Kilka godzin wcześniej

Po sobotnim wypadzie z babcia na działkę, Marian padł po wypiciu 2 szklanek wody. Tak sobie spał i spał. Gdybym nie obudziła krasnala na kolacje, to pewnie zerwał by mnie o 5 z łóżka z burczącym żołądkiem.
- Mamo, ale to już jest jutro?
- Nie synku. Wykąpiesz się, zjesz kolacje i idziemy spać.
- Jak to spać? Znowu?
No masz. No i wytłumacz młodemu, który jeszcze nie do końca odróżnia jutro od wczoraj, że jeszcze sobota. Dla takiego bąka, wyznacznikiem dni tygodnia, jest ile razy poszedł spać.
- Za tydzień, to znaczy że ile razy będę musiał się obudzić?
Jeśli takiemu odpowie się po prostu 7, to może się zdarzyć, że "za tydzień" będzie za 4 dni. Zacznie taki liczyć ile razy spał, na siłę będzie kładł się w dzień - czego się nie robi dla pójścia np na basen - i wyjdzie 7 dzień w środę na przykład.
Dzieci uczą poprawnego wysławiania się i dokładnego precyzowania odpowiedzi.
Tak więc "znowu spanie" znacznie się przeciągnęło. Była kąpiel, kolacja, bajka, a dziecię wyspane ani myśli o odpłynięciu ponownie
- Maaaaamoooooo. Nie mogę, po prostu nie mogę zasnąć.Krzyś chrapie i nudzi mi się. Poprzytulaj troszkę. Plisssss.
Jak odmówić, skoro pochwalił się nawet znajomością słowa w innym języku.
Położyłam się obok, przytuliłam.
Tak cieplutko i miło, szczególnie że młody w takich sytuacjach zaczyna mruczeć i myziac mnie po ręce.
Obudziłam się o ok 00:30, w strachu przed opłatą za "leżakowe"
W pokoju Seler pochrapujacy na kanapie, wino w kieliszkach ciepłe, świeca prawie wypalona. ...

Takie wieczory maja swój urok.
Człowiek otoczony ze wszystkich stron miłością i czułością ...

W niedziele pobudka zabrzmiała o 7 rano :(



Obrazek znaleziony w sieci

czwartek, 18 marca 2010

Kangurek

Zauważyłam, że dzisiaj nie tylko ja trzymam kciuki. Trzymam mocno i z dumą.
Nie oczekuję jakiegoś super wyniku. Pękam z dumy, bo mój mały Krzyś został zauważony, że niby inteligentny, logicznie myśli, choć jest młodszy od swoich kolegów z klasy ...
Tak. Jestem dumna i blada.
Dzisiaj KANGUREK -olimpiada matematyczna dla maluchów (kl I i II) i KANGUR dla starszych dzieci (kl III i IV).
Wczoraj całe popołudnie rozwiązywaliśmy zadania. To ja się stresowałam, on się dobrze bawił.

Życzę dzisiaj wszystkim małym matematykom połamania długopisów i stalówek w piórach.
Bawcie się dobrze, a my ( rodzice) będziemy dalej pękać z dumy.

Holden - trzymam kciuki za Szymona
Nivejko, trzymam kciuki również za twoją córeczkę.



Obrazek znaleziony w sieci

wtorek, 16 marca 2010

Psia kupa

Pewnie tupnęła nóżką, odwróciła się na pięcie i poszła sobie.
Niedaleko, pewnie czai się za rogiem ...Wiosna.
Przykucnęła za krzaczkiem i patrzy jak z bałaganem radzimy sobie. Wystraszyła się.
To nic że wiosną mamy środek zimy. Wypadałoby trochę ogarnąć tu i tam.
Porządki w szafach, zrzucanie zbędnych kilogramów ... Prace na powitanie wiosny pełna parą.

- Cześć! Sto lat cie nie widziałam.
- Co u ciebie słychać?
- Wróciłam na studia, mam synka ...A co u ciebie?
- A dziękuję. Mam dzieci szt 2. Robię wiosenne porządki - rozwiodłam się ...
- Nie żartuj. Kiedy?
- Hmm ... jakieś pół godziny temu?!

***
Dzień zapowiadał się pracowicie, z adrenalinką, paroma poszarpanymi nerwami.
Wieczorem nie mogłam zasnąć, rano wstałam przed budzikiem. Załatwiłam wszystko szybciej niż planowałam. Cóż można robić przez 1,5 godziny o 8 rano, w środku miasta, zimą ... Można wprosić się do koleżanki na kawę jeśli się taką akurat dysponuje (w pobliżu). Ja na szczęście mam. Wprosiłam się na 10 piętro. Czas płynął szybko i miło. Wypita kawa, psiaki wygłaskane, co się dało - obgadane.Pora iść, żeby się nie spóźnić.
- Nie cierpię zimy. Ocieplane wkładki w moich trampkach ciągle się przesuwają - wstrętne
Jak się okazało, ostatni raz pomyślałam o nich źle.
Włożyłam rączkę swą śliczną do buta nr 1, poprawiłam wkładkę, włożyłam swą stópkę uroczą, zapięłam bucik.
Czynność automatycznie zaczęłam powtarzać przy buciku nr 2. Zatrzymałam się na sekund kilka przy czynności nr 1 pt "włożyłam rączkę swą śliczną do buta ..."
Rozmarzyłam się...
Przypomniały mi się czasy, kiedy byłam śliczną, blond włosą dziewczynką. Bawiłam się wówczas w odgadywanie kształtów i przedmiotów tylko poprzez dotykanie ich (w sensie że klocki np).
Ciepłe, miękkie, ale nie piszczy - to nie może być piłeczka ...
Po kilku sekundach wyjęłam dłoń z buta, wszak z wiekiem człowiek robi sie bardziej niecierpliwy.
- Twój pies nasrał mi do buta!

Po takim początku dnia, wszystko musiało iść już gładko (jak po kupie)
Potem tylko
* nie mogłyśmy znaleźć samochodu. Przecież można nie pamiętać gdzie się zaparkowało. Jak rozpoznać po kolorze, skoro wszystko równo zasypane?!
* Odnaleziony samochód stawiał opory żeby go odśnieżyć.
* Nie mogłyśmy znaleźć miejsca do zaparkowania.
* Nie mogłyśmy znaleźć drobnych do wrzucenia do parkometru.
Dotarłyśmy na czas.
Cała reszta dnia była już nudna - bez żadnych niespodzianek. 

***
 P.S
- A co z nazwiskiem?
- Z jakim nazwiskiem?
- No z Twoim?
- W sensie że co?
- Powiedziałaś im że chcesz zmienić?
- Zapomniałam!
Tylko ja, na własnej sprawie rozwodowej mogłam zapomnieć o zmianie nazwiska.
Z drugiej strony zaoszczędziłam czasu i pieniędzy przy zmianie wszystkich dokumentów :)
Czasem niechcący coś mi się uda








Obrazek znaleziony w sieci

niedziela, 14 marca 2010

Spaghetti

Jak często można jeść spaghetti ?!
Często i ma magiczne działanie!
W sobotni poranek na hasło "dzisiaj będzie SPAGHETTI", pokój baków bez przypominania lśnił i pachniał ... Łóżka pościelone, zabawki posprzątane, nawet podłoga umyta ... i to nie moimi rączkami.
Od jakiegoś czasu moje dzieci molestowały mnie bardzo o spaghetti. Ale nie jakieś tam, tylko moje, po bolońsku z sosikiem mięskowskim i serkiem ...
W całą akcje została wciągnięta również rodzicielka moja. Zna bowiem tajemne miejsca najlepszego mielonego w mieście. Już od piątku, chłopcy chodzili za babcią i pytali kiedy przyniesie mięsko. Oczywiście nie na darmo nazwana została najlepsza babcią na świecie. W sobotę rano, zamiast wylegiwać się i wypoczywać po pracowitym tygodniu z wnukami, pobiegła do masarni i już koło południa mięsko mieliśmy w domku.
Tak wiec potrawa ta była daniem obiadowym. Pojawiła się również wersja z pieczareczkami na życzenie Selera - w końcu czasem też mu się coś należy!
Najedliśmy się że .... mmm ... Zostaliśmy rozgrzeszeni, gdyż spaliliśmy wszystko na basenie wieczorem. Jak wiadomo woda wyciąga. W zasadzie to nie wiem co, ale człowiek robi się głodny i pic mu się chce, jakby wody przez tydzień nie widział. W drodze do domy padło pytanie:
- Co dzisiaj jemy na kolację?
- Spaghetti! - odpowiedzieli zgodnym chórem
Cóż mi pozostało. Na moje szczęście, albo nie, babcia zakupiła mięsa jak dla pólku wojska i ja sprytnie podzieliłam je na 3 części (że niby na 3 obiady - hahaha).
Na kolacje było spaghetti!
Na śniadanie też.
Z niemałym lękiem, zadawałam pytanie odnośnie niedzielnego obiadu. Bałam się usłyszeć znowu słowo na "S". Zaczęłam inaczej. Nie co, ale z czym!
- Na obiad będą "kotlekici"(zapożyczone z "Kota w butach", którego aktualnie jesteśmy fanami) z kurczaku. Mają być z serkiem czy bez? - zadałam pytanie do ogółu.
- Bez - odpowiedział Krzyś.
- Marian, a ty?
- A co ja?
- No z czym "kotlekici"? Z serem czy bez?
- Bez!
- Sebciu, a ty?- zapytałam z nieco podniesionym ciśnieniem, wszak poza Krzysiem, którego ostatnio ulubioną czynnością jest jedzenie, nikt mnie nie słuchał.
- A co ja?
- Gówno! Serem czy bez?
- Jak gówno, to z serem poproszę.





Obrazek znaleziony w sieci

wtorek, 9 marca 2010

Wiosna, Żwirek i kotlet

 Widać wiosnę za rogiem!
Co prawda trochę zawstydzona i nieśmiała. Ale wystawia swój zmarznięty nosek.
I tak znowu wraca wszystko do normy. Znowu chodzę zakręcona i jakaś nieogarnięta.
Choć bym nie wiem jak chciała, to nie mam szans dojechać na czas do pracy. 5 minut, ale się spóźnię. Jadąc z przesiadkami, już już ... i dupa. Jeden się spóźnił, 2gi nie przyjechał ... dobrze ze chociaż słoneczko przytula.
Wczoraj jechałam do lekarza żeby zdjąć szwy - nie dojechałam. Będę nosić moje piękne niebieskie niteczki aż do poniedziałku, kiedy to poznam tajemnice kolejnego Łódzkiego szpitala.
Wpadłam za to do Selera do sklepu. Na minutkę ...
- Dobra, lecę, bo widzę że zapracowany jesteś  - z lekkim uśmieszkiem powiedziałam słodko. - Pot z czoła, a ja tu tłok robię. ...
Poszłam sobie grzecznie, a Sebastian siedział do końca dnia jak na szpilkach czekając co mu szef wymyśli - skoro "taki zatyrany jest".
Nic nie wymyślił - ufff - upiekło mi się.
Wychodząc ze sklepu, zamiast drzi otworzyć - to ja je na siłę zamknąć chciałam. Przechodnie z uwagą przyglądali się temu jak z wielkim hukiem zatrzaskuję wielkie ciężkie drzwi, a potem jeszcze z nimi walczę. Byłam dzielna - wygrałam.
Po skończonej rozmowie telefonicznej, nie mogłam zamknąć komórki - UPS - coś się jej zwichnęło ... ale DZIAŁA! To dopiero jest sztuka, tak popsuć żeby działało. 
***


Podsłuchane w autobusie:
- Stary, ale od ciebie jedzie! Coś ty znowu chlał?
- No przecież się myłem .. i przebrałem ... - odpowiedział zmieszany - to od wczoraj.
- Gdzieś ty znowu polazł?? Nie możesz raz, jak człowiek z dupa w domu i nic do pyska nie brać ... 
- Ale ja nigdzie nie byłem! Kotlet do mnie przyszedł!
- Kotlet, do ciebie?
- No i Szuwar też z nim był ... 
(...)
- Dzisiaj wychodzę godzinę wcześniej!
- Obliczyłeś sobie że o tej porze będziesz musiał setę walnąć?
- Nie mój drogi! Z tym na razie koniec. Zaczynam kurs w pośredniaku. Nie mogę pić!
W tym miejscu był szczery śmiech rozmówcy
- Serio, jak mnie złapią na piciu to mnie wyleją i kasę będę musiał oddawać ... Dlatego musze zrezygnować z pracy - muszę być bezrobotnym.

Czyli wszystkiemu winien jest Kotlet (mielony?)i Szuwarek (zdradza Żwirka?)
Ale nie rozumiem jednego. 
Pracuje, zwalnia się i idzie na bezrobotne, żeby zrobić kurs, żeby znaleźć pracę ... Ciekawe co ten człowiek pije?!

poniedziałek, 8 marca 2010

Nasz dzień :)

Z samego rana dostałam od koleżanki życzenia
Pozwólcie, że podzielę się z wami - babami :)



Przyjm życzenia Babo kochana od drugiej baby z samego rana. Niech dzień cały będzie radosny, bądź zdrowa Babo - aby do wiosny! Szczęścia życzę Tobie, sobie i kobietom na całym globie! By marzenia się spełniły, a Nas chłopy wyręczyli! My dziś drinki i kaweczki, Nasze święto dziś Babeczki!

***

Pod koniec dnia pracy, mój ulubiony kolega Rysiu (ulubiony, bo w Łodzi tylko jego mam), stwierdził, że w sumie to nie pomyślał żeby mi złożyć życzenia ...
Wytłumaczyłam to sobie tym, że jest Włochem i pewnie w jego pięknym ciepłym kraju nie obchodzą tego święta. Oczywiście w tym celu przeprowadziłam wywiad. Okazało się, ze rano złożył życzenia swojej żonie i mojej koleżance z Poznania.
No cóż. Albo nie wyglądam, albo jestem taka fajna,że uważa mnie za kumpla ... 

 Oczywiście Seler nie zawiódł. Wieczorem, stojąc z żelazkiem w ręku, dostałam piękne czerwone róże :)

piątek, 5 marca 2010

zakaźna ...

Bo głupawka to choroba zaraźliwa niezmiernie jest.
Przeczytałam posta Pieprzniczki na tenże temat i rozmarzyłam się,  przypominając sobie, jak to fajnie mieć głupawkę ...
Kiedyś był to u mnie stan chroniczny, permanentny, przeplatany tylko krótkimi epizodami spokoju i snu.
Na uczelni, wykładowcy wiedzieli, że jak już się zacznie, to nawet wyproszenie mnie z sali nic nie pomoże. Wszak większość osób, już po krótkiej chwili przebywania w tym samym pomieszczeniu, wykazywała objawy zakażenia. Zawsze robiono więc przerwę. Mam bardzo specyficzny śmiech (niestety). Ktoś kiedyś podstępem nagrał mnie na komórkę i od tej pory jestem dzwonkiem smsa. Do ksywy "Motoryna" już się przyzwyczaiłam.
Kiedyś tam, pracowałam w fabryce. Jak tylko menager słyszał ze zaczynam, to były 2 opcje:
1- wyganiał mnie do toalety
2 - zatrzymywał linie i czekał na ogólne rozluźnienie
O dziwo, pomimo dość częstych postojów, nigdy nie mieliśmy problemów z wypracowaniem planu dnia (w przeciwieństwie do innych naburmuszonych liń). Często po takich akcjach, miałam zakwasy w policzkach od śmiania.
Kiedyś, w ramach urozmaicenia chyba, "przeciekałam" przy takich okazjach.
Zdarzyło mi się np posikać ze śmiechu na przystanku tramwajowym w środku miasta.
Kiedyś, na jakimś wyjeździe, siedziałam z koleżankami w kuchni.
- Coś mi pluska?! - stwierdziła jedna
To ja się posikałam ze śmiechu. Kierunek plusku -> krzesło -> podłoga -> noga Agnieszki.

Teraz już mi przechodzi - dorastam.
Czasem tylko mnie najdzie nie wiadomo kiedy i z której strony.
Po ostatniej domowej akcji, zastanawiałam się czy Seler nie zadzwoni potajemnie po panów  z kaftanikiem. Następnego dnia stwierdził, ze na szczęście nie mam tak codziennie - SMUTAS
No i dzisiaj
Siedzę tak sobie, i myślę i rozmarzam się ... aż tu nagle dostaje od mojej ... hmmm... szwagierki? to:

Na to wszystko wszedł nasz dozorca ...
Kurza dupa i jak ludzie maja mnie uważać za, odpowiedzialną i poważną ...?

środa, 3 marca 2010

siedziałam

- Ale zawieziesz mnie? - zapyałam słodko
- No jasne, że tak. A gdzie dokładnie i o której?
- No do szpitala, na 8, do Zgierza ... Wiem, ze miałeś gipsować sufit przed pracą. Jeśli nie możesz, to jakoś sobie poradzę...
- O której mam być rano?
- Dzięki. Przepraszam, że pokrzyżowałam ci plany. Kocham cię
- W końcu po coś jesteśmy
- W sensie że po to żeby kochać was, czy żebyście mieli kogo wozić?
- W sensie po to, żebyście miały komu krzyżować plany ...
No i jak tu nie kochać?! No nie da się. Po prostu nie potrafię.
Cała akcja z przemieszczaniem się z punktu A do punktu Z, była w związku z pewnym telefonem ...

- W środę o 8 rano, proszę przyjść ze skierowaniem do szpitala X w Zgierzu, Proszę się zgłosić ...
- Wow - pomyślałam. Ze niby w końcu się uda? Że niby w końcu go wytną? Tak po prostu?
- Czyli 8 rano ze skierowaniem, wyznaczymy godzinę. Zrobimy to w środę.

Nie wierzę. Jakieś "Mamy cię"?
Rano, na wpół przytomny Seler odmeldował się u mnie. Po jechaliśmy do Zgierza. Oczywiście nie do końca wiedzieliśmy gdzie, wiec korzystaliśmy z wspaniałej nawigacji w postaci czarno-białej mapy wydrukowanej z internetu. Zazwyczaj kiedy jestem pilotem, nawigatorem, czy kimkolwiek kto pilnuje prawidłowości trasy - błądzę. Zgubiliśmy drogę i tym razem.:) Z małym poślizgiem - dojechaliśmy.
Godzina 8:09
Na gabinecie napis w stylu:
Przyjęcia i umawianie terminów 8:00-9:00
W gabinecie lekarza brak - wyszedł
Przed 9 zostałam poproszona do gabinetu. Obejrzeli, wymacali, "przespelowali" moje nazwisko.
- Proszę iść do Izby przyjęć, przebrać się, a potem do pielęgniarek. Koło południa wyjdzie pani do domu. Dzisiaj wytniemy!
Ale o co chodzi? W sensie że mam się położyć do szpitala? Przecież miałam ustalić godzinę i pojechać do pracy. W co przebrać? Jaka Izba no i jakie schodami w dół? Gdzie są schody? ...

-Sie Pani udało! Dzisiaj przyszła i juz przyjęta. Ma Pani szczęście - pani w rejestracji nie mogła wyjśc z podziwu. W nagrode dostałam piekny zielony fizelinowy jak sądze płaszczyk. Sebus pojechał do pracy, a ja już zlokalizowanymi schodami na oddział.
No i mnie posadzili, na fotelu w korytarzu. Prosili czekać aż się zwolni sala zabiegowa.
Skończyłam czytać książkę, zaczęłam ją czytać od nowa ... Czułam że płaskodupie od siedzenia, postępuje coraz szybciej. Z niekryta radością ustępowałam miejsca pacjentom, którzy to akurat udali się na spacer korytarzem, ale sił im zabrakło .Dwóch miłych starszych Panów na zmianę umilało mi czas ...
Przy okazji podsłuchiwałam pielęgniarki i lekarzy wołających do siebie na korytarzu: "Przetoka już jest?" albo "O której Lewatywa ma iść na stół?" "Grasica idzie według planu"
Czyli ze ja to niby kto? "Implant"?!
O godzinie 14 przyszedł do mnie lekarz i powiedział że jest mu bardzo przykro, ale nie wie ile to jeszcze potrwa. W sumie jak chcę, to mogę sobie wyjść ze szpitala na jakieś 2-3 godzinki ...
Wyszłam, kontrolny tel do Selera. Odłożyłam słuchawkę ...
- Juz Pani wyszła ze szpitala?
- Tak, ale jestem niedaleko
- Proszę jak najszybciej tu przyjść!
Prawie ze schodów zgarnęły mnie pielęgniarki. Dostałam piękną sukienkę i nawet lekarskie butki ...
Pół godziny później było po.
Wcisnęłam się (a raczej mnie wciśnięto z zabiegiem) przed "Grasicę"

Jeszcze trudno mi w to uwierzyć! Tyle miesięcy i nic. Aż tu nagle jeden telefon - i wydłubali.
Chylę czoła.
Tak więc na dobre rozstałam się z IMPLANTEM. Zostawiłam go sobie tylko na pamiątkę. Może oprawię w ramkę i będę opowiadać wnukom?!
To małe coś na zdjęciu obok kolczyka to jest właśnie "TO"

Odzyskałam wiarę w lekarzy. Może stanowią już gatunek na wyginięciu, ale jeszcze są. Należy tylko zaopatrzyć się w świecę, żeby poszukiwania były skuteczniejsze i w dużą ilość meliski do picia.