wtorek, 24 grudnia 2013

HAPPY CHRISTMAS!

Kochani,

Wszystkim razem i każdemu z osobna, życzę Bajkowych Świat!
Miłości, radości, pokoju i gwiazdki z nieba.


A teraz odpoczywajcie i nabierajcie siły na Nowy 2014, 
który mam nadzieję że dla niektórych z nas będzie wytchnieniem po ciężkim 2013.
Dla tych, dla których 2013 był łatwy, miły i przyjemny - niech i Nowy taki będzie!

Nasze Zdrowie!

piątek, 20 grudnia 2013

GENY MATKI ...

Im dłużej przebywam z moimi dziećmi, tym bardziej upewniam się że są ze mną spokrewnione.
Biedne maleństwa.
Dzisiaj na ten przykład okazało się że mój ulubiony młodszy syn jest zakręcony jak słoik. Ja z resztą też.
Nasze poranki zwykły być automatyczne. Zero myślenia, bo o tej porze mózg jeszcze nie ma kontaktu z bazą. Przynajmniej w moim przypadku. Prysznic, ubieranie kawa ... Dzieci z tego co wiem zamiast kawy mają śniadanie, jeśli sobie je zrobią. Wszak rączki mają dwie oraz są dużymi chłopcami, którzy potrafią ugrzać mleko do płatków w mikrofali.
Boszzzz to brzmi, jakbym wyrodną matką była.  No dobra, czasem robię im kanapki.
W każdym razie jak już mundurki są wdziane, poziom kawy w moim organizmie uzupełniony, hulajnogi wyciągnięte, po prostu idziemy - Gabrysia, chłopcy i ja.
Porannego marszu mamy jakieś 15-20 min (wszyscy na hulajnogach i ja biegnę - 15 min, jeden idzie i ja z nim - 20 min).
Dzisiaj mniej więcej w połowie drogi (po ok 10 min., JA) zorientowałam się że syn mój najmłodszy nie wziął do szkoły plecaka. Młody pewnie doszedł by do tego pod szkołą, albo pod koniec lekcji- taki jest zakręcony. PLECAK z książkami?! - nic ważnego.
Kilka gałęzi wyciętych z ogrodu, które będą zdobić nasze drzwi :)


A tak poza tym, to szykujemy się do świąt.
Wycięłam drzewo w ogródku - nie żeby jakieś tam o matko - zwykły mały jesion,
Póki co sprzątamy z siostrą ma najmłodszą, jak "Syzyfy" jakieś czy coś. Zdecydowanie przy takiej ilości dzieci (w wieku poniżej lat 10 , szt 4 + 1szt powyżej) porządek nie powinien być wymagany.
Opracowuję plan przyklejenia do kaloryfera ...






piątek, 13 grudnia 2013

13-GO W PIĄTEK

Komu się mogą przytrafić dziwne rzeczy w piątek 13go?
Nie wiem jak innym, ale z pewnością mi. W sumie ja nie potrzebuję do tego ani piątku, ani 13go. Ale jak nadarza się okazja ...
Na dzisiaj wyznaczono wizytę kontrolną u dentyna mego najstarszego potomka.
Na "zaproszeniu" pomylono tylko nazwisko i adres. Jedyne co się zgadzało, to imię ;) Myślicie że w Polsce by to przeszło? W sensie czy przyjęliby go na wizytę?! Obawiam się że wątpię, no ale my mieszkamy na wyspie.
Ponieważ nie znam jeszcze okolicy - dalszej (bo bliższą ogarniam), zapoznałam się wcześniej z mapą. Zorientowałam się co do opcji dojazdu autobusem i w ogóle.
Szkoła zaczyna się o 9, wizyta na 10:30.
Opcje były dwie. Młody mógł pójść na godzinę do szkoły i potem pojechalibyśmy autobusem, albo nie iść od rana do szkoły, ale do przychodni na  na pieszo (ok 30 min - zakładając że zna się trasę).
Okazuje się że moje dziecko nie jest takie leniwe na jakie wygląda. Wybrał opcję drugą. Odstawiliśmy Mariana na zajęcia i sami udaliśmy się w drogę.
Tyle tylko, że okazało się że telefon mam na wyczerpaniu, a w telefonie mapę jakby co.
Wydawało mi się że pamiętam mniej więcej trasę.
No własnie, wydawało mi się.
Ja niestety orientację w terenie mam po mamusi. Wyprowadź mnie do lasu, zakręć trzy razy i pójdę dokładnie w przeciwnym kierunku niż powinnam.
Czyli zgubić mnie - to  nie jest wyzwanie.

W każdym razie jak już zorientowałam się że nie jestem pewna czy dobrze idziemy, a wręcz byłam pewna że coś pokręciłam, kiedy rozpadało się tak, że strużki wody ściekały nam po twarzach, postanowiłam się poddać i zawrócić. Okazało się że pomyliłam "zjazdy" na rondzie i tylko obeszliśmy naszą wieś dookoła - prawie. Wróciliśmy do domu, wysuszyłam głowę, wzięłam parasol, Krzyś zmienił przemoczone buty i poszliśmy na autobus. Dobrze że mieliśmy zapas czasu.
Panu kierowcy powiedziałam nazwę "osiedla" na które mamy jechać - zdziwił się. O tym dla czego, przekonałam się jak już wysiadłam. Zawiózł nas do czegoś w stylu "zagłębia firm i fabryk".
Telefon wszedł w stan oszczędności baterii, więc ekran miałam taki ciemny, że w rażącym słońcu nie było opcji żeby cokolwiek zobaczyć. W sumie to nie wiedziałam nawet czy się włącza.
Bo zapomniałam dodać, że jak wzięłam z domu parasolkę, to nie dość że przestało padać, wyszło też słońce. Dookoła nas były tylko pola, gdzieś tam przed nami widać było jakieś osiedle domków. Po drodze żywego ducha. Aż tu nagle pojawił się na horyzoncie jakiś człowiek na rowerze. Zatrzymał się i wytłumaczył dokładnie jak mamy dojść do przychodni. Okazało się że wysiedliśmy kilka przystanków dalej niż powinniśmy.
Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się że nie ma syna w systemie, że powinnam mieć PPS (coś  w stylu polskiego numeru PESEL). Oczywiście że miałam - zapisany na komórce. Na szczęście udało mi się ją włączyć na kilka sekund - tylko po to żeby spisać nr.
Wizyta trwała może 5 min. Dziecię me ma zęby na medal - Uffff
Wychodząc rozejrzałam się dokładnie, żeby wyłapać jakiś charakterystyczny punkt na przyszłość. Pub po łabędziem czy jakoś tak i ...  monopolowy!
Następnym razem pewnie trafię, chyba żeby splajtował i go zamkną, w co wątpię.

... a dzień się dopiero rozkręca ...







MIKOŁAJKOWE PREZENTY

Zapomniałam się zapytać.
A mikołaj to u was był?!
W sensie że na mikołajki. U mnie był.
W zasadzie to sama pobawiłam się w Mikołaja. Taka fanaberia - przebieranki.  No dobra, nie przebierałam się - nie mają takich rozmiarów. Po prostu uznałam że byłam wyjątkowo grzeczną dziewczynką w tym roku, a już na pewno w ostatnim kwartale i mi się należy.
Więc sobie kupiłam prezent - a co!
Przecudnej urody wiertarko - wkrętarka oraz wyrzynarka ... mrrrrr
W związku z tym iż nie każdy(a) - jak się okazuje - wie co to wyrzynarka, "elektronarzędzie o posuwisto-zwrotnym ruchu piłki służące przede wszystkim do cięcia drewna, ale również miękkich metali i tworzyw sztucznych" *

Pierwsze dziury poczynione. Wieszak w przedpokoju przykręcony.
Ja wierciłam i przykręcałam, siostra moja przestawiała ...
Tego dnia szwagier mój miał "męski wieczór". W związku z tym wrócił jak już wszyscy grzecznie spali oraz mógł mieć nieco zachwiany obraz rzeczywistości. Podobno pierwsze o czym pomyślał jak wszedł do domu, to to, że pomylił mieszkania.
Jak to jedna mała wiertarka może wiele zmienić.
Ale jeśli są jeszcze tacy, którzy uważają że w domach wyspiarzy można wiercić "śrubokrętem" - uświadamiam - nie we wszystkich. My mieszkamy w jakimś chyba przedwojennym okazie. Żeby wywiercić dziurę w ścianie to wyczyn jak w Polskim żelbetonie. Można się spocić i spuchnąć nieźle.
Teraz czekam jeszcze na palety ... i będzie się działo.
Jeśli czasu mi wystarczy to mam zamiar (jeszcze w tym roku) pozbawić życia jesion w ogródku - już widzę te wieszaki z gałęzi ...

Póki co do Świat przygotowywanie.
Renifery już w drodze. Teraz tylko wypatrujemy
pierwszej gwiazdki.




* tak napisali w Wikipedii, a oni chyba wiedza co piszą.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

ŻYJEMY!!

No to mamy grudzień.
Czas leci tak szybko, że prawie przegapiłam Święta.
W sumie to już nawet nie pamiętam co miałam napisać.
Przez ostatnie kilka dni, a może nawet tygodni, komputer mi się oflagował i nie mogłam zalogować się na bloga.
Sama nie wiem jak mi się to dzisiaj udało. Z pewnością zrobiłam to od ...odwrotnej strony niż zazwyczaj.

W każdym razie żyjemy, mamy się dobrze.
Dzieci rosną jak na drożdżach - głównie Olka, bo to ona może bezkarnie tyć w tym domu.
Chorują - tym razem sztafetę rozpoczęła Gabrysia. O pałeczkę walczą Tosia z Marcinem.
Czyli wszystko w normie.

W zeszłym tygodniu, dzieciaki miały w szkole występ świąteczny. Ponieważ dzieci jest dużo, żeby każdy miał szanse się zaprezentować, trwa to 3 dni. Każda klasa ma innego dnia. Tylko 6-te klasy, ostatnie są uprzywilejowane i występują 3 dni pod rząd. Hurrrra!
W zasadzie Hurrra było jak się o tym dowiedziałam. Wszak dziecię me najstarsze jest właśnie w 6 klasie. Był najpiękniejszym bałwanem, jakkolwiek to brzmi.

Marian natomiast był w swoim żywiole. Plaża, bębenki - pełen odlot ...

Przeżyłam 3 dni sterczenia w szkole wieczorami po 3 godziny. Bo cóż innego można mieć lepszego do roboty?!
Nie, no trochę przesadzam. Jednego dnia sama siedziałam na widowni i podziwiałam występ. Pierwszego dnia uciekłam do koleżanki mieszkającej obok szkoły, a 3 dnia byłam Supervision - w sensie że pomagałam w klasie dzieciom, które czekały na swoją kolej. W sumie nie wiem czy można to do końca nazwać pomocą. Po prostu byłam tam.
Chłopcy z dwóch najstarszych klas i ja. Miała być jeszcze jedna mama, ale coś się pokręciło planującym dyżury. Dobrze że syn mój tam tez był. Uciszanie i uspokajanie nie miało sensu. Jedyną osobą na której widok klasa milkła - był jeden z wychowawców. Ja znalazłam swój sposób. Jak robić coś nie znając zbyt dobrze języka, jednocześnie ogarniając dziki tłum zbuntowanych już chłopców?! Graliśmy w Twistera. W zasadzie ja czytałam co i gdzie, a oni grali.
Dałam radę. Przeżyłam.
Na szczęście następna taka akcja - maraton 3 dniowy dopiero za 3 lata. Jak Marcin dotrwa.
I jeśli ja dożyję.