poniedziałek, 4 lutego 2013

SOBOTA, CZYLI NA SZCZĘŚCIE JUŻ MAMY PONIEDZIAŁEK

Liczyłam na to że piątek był tylko kończącym się tygodniem, a nie nowo zaczynającym się miesiącem. Teraz mam nadzieję że tydzień się jeszcze nie skończył. Kończy się w niedzielę, prawda?! Sobota jako 2gi dzień nowego miesiąca, który nastąpił bezpośrednio po rzeczonym piątku nie potwierdza jeszcze dalszego ciągu miesiąca?!

Po burzliwych porannych porządkach, miałam z potomstwem udać się w odwiedziny do koleżanki. Że pogoda średnio sprzyjająca spacerom, sprawdziłam wcześniej dokładnie rozkład jazdy komunikacji miejskiej, co by na deszczu za długo nie stać. Jeszcze byśmy korzonki i pączki zaczęli wypuszczać, a do ostatków zostało kilka dni. Wyszliśmy w zasadzie na styk. No i zaczęło się Marianowe marudzenie. Że mu się nie chce na pieszo, że nie lubi autobusem. Tramwajem też nie. Że nogi bolą i najchętniej by usiadł. Po kilku minutach wleczenia marudy, kiedy liczenie do 10 nie dawało żadnego rezultatu, zagroziłam szlabanem na wszystko co się da.
Wtedy właśnie, kiedy to przystanek był już prawie w zasięgu naszego wzroku, przypomniało mi się że nie wyłączyłam piekarnika. Były 2 opcje. Pojechać i dać szanse na "ciekawy dzień" sąsiadom oraz sajgonki z Tofisława, który pozostał w mieszkaniu, albo powrót.
Wróciliśmy się. Zdążyliśmy na tramwaj - 3-ci po tym na który mieliśmy iść. Oczywiście gaz był wyłączony,

Kolejnym punktem wspaniałej soboty miało być odebranie babci z lotniska (mojej mamy, która to przez ostatnie 2 tygodnie zabawiała na zielonej wyspie u siostry mojej ulubionej najmłodszej). Sprawdziłam na bilecie - godz 16:00.
Jak już dojeżdżaliśmy do lotniska wysłałam wiadomość mojej siostrze, że już prawie na miejscu jesteśmy, zwarci i gotowi do przejęcia rodzicielki. Pół min później dostałam wiadomość zwrotną w stylu "mama przeszła właśnie odprawę, teraz będzie czekać na samolot..."
Sprawdzając godzinę na bilecie, nie wpadłam na to że to godzina wylotu, a nie przylotu.
Dobrze że dni nie pomyliłam albo nie pojechałam po nią za późno.

Mama z lotniska odebrana, Tofisław do niej odstawiony. Czyli plan wykonany.
Niedzielę przeżyliśmy bez większych zamieszań.
Zaczynamy nowy tydzień.

2 komentarze:

  1. sobota godzina 14:40 (w Polsce 15:40) Rozmawiamy przeztelefon. Ja na lotnisku , ty na lotnisku (??).... napisalam do Krzsia:
    "moja genialna siostra myslala ze mama o 16 laduje ;)"
    Krzys: "TOjuz jakas poprawa... W koncu mogla na nia juz czekac wczoraj :-)"
    hahah
    to chyba nigdy nie odejdzie i juz chyba nikt sie nie zdziwi
    ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dorotka, na szczęście pomyliłam się w tą stronę. Gorzej by było gdyby stała tam bidula od 16, a ja bym przyjechała na 20 ...
      Nikt z obecnych ze mną się nie zdziwił :)

      Usuń