środa, 21 listopada 2012

MGŁA

Przez jakiś czas, mgła była tematem dominującym w prasie i telewizji. Ostatnio jakby się uspokoiło?!
Czego się jednak nie robi dla podtrzymania tematu.

No i mamy piękną jesień. Rano mleko w powietrzu, wieczorem widać na 100 m. Temat jakby wciąż aktualny. Do tego stopnia, że opanował również moje  mieszkanie.
- Mamo, coś śmierdzi
- Ja tylko piekę drożdżówki synku - zawołałam z łazienki
- A, to spoko.
Dla potomstwa znającego rodzicielkę od kilku ładnych lat, oczywistą oczywistością jest - jeśli matka jest w kuchni, to musi śmierdzieć, albo straty w ludziach bądź sprzętach czy narzędziach być muszą. Taka prawidłowość rodzinna.

Po chwili, kiedy weszłam do kuchni
- Wow, ale mgła!
Siwo i nic nie widać. Szybką decyzją, piekarnik został wyłączony, spalone niedoszłe bułeczki wywalone (ocalało kilka). Okna i balkon zostały pootwierane zanim jeszcze sąsiedzi zdążyli wezwać straż pożarną. Okazuje się, że jak ktoś ma 2 lewe ręce do gotowania, to jedyną rzeczą jaką powinien wkładać do piekarnika, to anioły (do wysuszenia).

Raz zrobiłam drożdżówki z makiem. Krzywe jak nie wiem co, przypalone jeszcze bardziej, ale zjadliwe. Ci co próbowali, nawet wszem i wobec potwierdzali, że żyją bez konieczności wizyty na oddziale toksykologicznym. Jak powiedział mój ulubiony starszy syn "gdyby nie ten spalony spód, to pierwsza klasa, drugi wagon".
No więc jak już mnie tak pogłaskali i urosłam oraz wkręciłam sobie że jakimś cudem może i się nadaję do kuchni, postanowiłam powtórzyć wyczyn. Tym razem planowałam zrobić drożdżówki z cynamonem oraz z kremem czekoladowym.
I wyszło tak jak się skończyło - w śmietniku.
Nie wpadłam na to, że jak się natłuści blachę i chce się ja koniecznie posypać mąką żeby nie przywarło, to ma to zastosowanie w momencie, jeśli ciasto jest na całej powierzchni. Ja nie szczędziłam białego puchu. A co, niech będą na wypasie. No i była wypasiona spalona dymiąca mąka.

Z ciast niestety nadaję się jedynie do pieczenia "Kopca Kreta", które ZAZWYCZAJ mi wychodzi. Z gotowaniem - umiem zrobić surówkę, spaghetti, ze 2 zupy i kotlety z cycków (kurzych). To by było na tyle. Nasze (mój i dzieci) organizmy przyzwyczaiły się do życia w trudnych warunkach, bo nie wyglądamy na takich to by mieli niedostatek dań obiadowych. Dobrze że w szkole jest stołówka :)

3 komentarze:

  1. No i dobrze, z kazdej sytuacji jest jakies wyjscie, a czasem nawet... stolowka:))

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedy Olga miała 2 lata, w domu mieliśmy kompletny remonT: szlifowanie ścian i te sprawy. W domu było siwo. Wyszłyśmy na spacer w taki jak ostatnio zamglony dzień a Olga stwierdziła: "zakurzyło się"! :-)

    OdpowiedzUsuń