poniedziałek, 23 maja 2011

Pozytywne komplikacje, czyli udany weekend

Jeśli wszystko się komplikuje, to znaczy że będzie dobrze i wszystko się uda.
To taka moja złota myśl z ostatnich dni

Do Polandii miała przyjechać moja ulubiona młodsza siostra z moją ulubioną siostrzenicą i swoim ulubionym mężem. Najfajniejsze w tym wszystkim było to, że mieli przyjechać nie do Łodzi. Co to za urlop z lataniem po urzędach, przychodniach, załatwianiem 1000 bardzo ważnych spraw?! Takie bowiem, zawsze się znajdą.
Postanowili przylecieć do Wrocławia, a my mieliśmy do nich dojechać. Słowo "postanowili" jest chyba tutaj nieodpowiednim. Mój ulubiony szwagier postanowił zrobić swojej ukochanej żonie prezent z okazji im tylko znanej, oraz nam i córce swojej, jedynej póki co, z okazji powiedzmy zbliżającego się Dnia Dziecka.
Wyjazd zaplanowany był na czwartek.
W poniedziałek wszystko stanęło po wielkim znakiem zapytania.
Gabrysia się pochorowała.
Jak już jej przeszło i wszyscy zaczęli się pakować, planować trasy dojazdu i zwiedzania, do drzwi moich zapukała grypa jelitowa. Potomstwo moje stopniowo pozbywało się treści żołądkowych i nie tylko, a ja zastanawiałam się co zrobić, żeby nie odwoływać wyjazdu.
Ci, co się nią z nami podzielili, zapewniali o wersji expresowej, tzn 10 godzinnej.
Postanowiliśmy się z nią, tzn z grypą pobawić oraz trochę polubić.
Ona na nas, to my na nią jakimiś elektrolitami, probiotykami i tabletkami na chorobę lokomocyjną.
Bawiliśmy się z nią, ja z radością patrzyłam na wagę, która pokazała, że taka zabawa może mieć bardzo przyjemne skutki ...
Obraziła się i sobie poszła.
Chciała podokuczać - nie udało się.
Pomimo komplikacji, wyprawa doszła do skutku z kilku godzinnym opóźnieniem.


Było Zoo (w którym zauważyliśmy więcej punktów gastronomicznych niż zwierząt), kąpiel w fontannie, był basen, spacer w deszczu, ognisko z prawdziwymi kiełbaskami, komary. Odbyła się również wyprawa do ruin zamku  z jeziorem. Zabawne, jak nazywają to miejsce. Z ruin pozostała jedynie brama wjazdowa, a jezioro to staw rybny z oczywistym zakazem kąpieli. Dla nas i takie ruiny były fajowskie. Zrobiliśmy sobie piknik, pograliśmy w piłkę, puszczaliśmy bańki ...
Teraz odpoczywamy po długim weekendzie.


Czy wyjazd się udał?
- Mamo, czy za rok też nam zrobicie taka niespodziankę na Dzień Dziecka? - zapytał Marian przed zapadnięciem w sen głęboki.


Dzisiejszego poranka
- Chłopcy, co jecie na śniadanko?
- Płatki - odpowiedzieli jeszcze z łóżkowic
- Gdzie są płatki? - zapytał Seler krzątający się sennie po kuchni
- Zostały - odparłam, uświadamiając sobie że zostały w szafce nad zlewem w pensjonacie pod lasem.
- To może tosty?
- A gdzie jest opiekacz?

Poza płatkami i opiekaczem, który i tak zasługiwał już na emeryturę, po blisko 10 latach wierności i niezawodności, zostawiłam jeszcze kiśle, budynie, makaron, biały barszczyk w papierku, reklamówkę zupek chińskich z Poznania  i ładowarkę do telefonu.
Niech służą i smakują nowym posiadaczom.
Mówią też, że jeśli coś zostawisz w miejscu z którego wyjeżdżasz, to jeszcze tam wrócisz.
Zadzwonić do nich i uprzedzić, że się tam jeszcze kiedyś pokażemy?!
Nie! Z radości pewnie zmieniliby nr telefonu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz