środa, 7 października 2009

Małe codzienności ;)

Nasza codzienna codzienność ...
No cóż, nie musi być taka szara, zwykła i codzienna. Pewnie nawet nie jest, tylko czy umiemy to dostrzec?
Kilka dni temu nabyłam drogą kupna coś co popularnie zwie się samochodem. Mała, zielona pchła, przeze mnie i chłopców słodko nazwana groszkiem. Jestem właścicielką fiata 126 Maluch. Czuje się dumna ;)
Nie wydałam na niego majątku, raczej resztę oszczędności. Zdesperowana jazdą autobusem do pracy, powiedziałam dość.
Podniecona samym faktem i z powodu oświetlenia - było ciemno, sprawdziłam tylko czy odpala. Silnik mruczał - kup mnie, nie zostawiaj mnie ... no i już był mój. Blacha i inne rzeczy były w tym momencie nie istotne. Jak się później okazało, mój "groszek" przypomina bardziej durszlak, ale jeździ. Przez 4 ostatnie dni nie wypadłam, wiec nie jest źle ;) Nawet udało mu się rozbujaćgo do 80km/h. Rzec by można - fascynujące.
No więc dzisiejszego poranka, jak zwykle wyszłam z domu i swoje kroki skierowałam w stronę Groszka. No i cóż - biedak się chyba przeziębił, bo tylko zakaszlał i wydał kilka dźwięków ostrzegawczych - zapomniałam wspomnieć że groszek, to wypasiona wersja z zainstalowanym alarmem. Nie miał siły nawet pomrugać :( Biedaczysko.
Pożegnałam się z nim grzecznie, życzyłam miłego dnia i żwawo ruszyłam w stronę przystanku. Muszę przyznać że nie było mi aż tak strasznie przykro. Chciałam kupić bilet i dopiero w 4 kiosku udało mi się, bo albo nie było takich jak ja potrzebuje, albo jak już był, to pani nie miała reszty żeby mi wydać. No ale jak ktoś czegoś bardzo chce, to nie ma rzeczy niemożliwych, nawet takich jak zakup biletu.
Wsiadając do autobusu, bałam się zetknięcia z rzeczywistością. ścisk zaspanych, ziewających ludzi, którzy nie do końca są zalogowani i może nie wszyscy wiedzą gdzie jada i po co właściwie wsiedli do tego autobusu - najprawdopodobniej po to żeby schronić się przed deszczem, "Stare baby śmierdzące anginą" jak zwykł mawiać mój ulubiony były (prawie) mąż.
Okazało się że nie ma aż takiego ścisku, nikt nie śmierdzi, wszyscy wyglądają w miarę przytomnie, nawet jest miejsce siedzące. Jakże miłe rozczarowanie z samego rana. Przypomniałam sobie, że nosze w torbie książkę, na którą ostatnio nie miałam zbyt wiele czasu. Godzina dla mnie :)
Czułam się tak, jakbym wracała wspomnieniami do jakiejś odległej przeszłości. A jeszcze nie minął tydzień ... Jak to człowiek szybko się odzwyczaja.
No i jeszcze jeden pozytyw w całej tej historii - moja mama bardzo się ucieszyła że nie pojechałam do pracy durszlakiem.
MAMO! Postaram się schudnąć, aby zmniejszyć ryzyko wypadnięcia ;)

P.S. Drodzy klienci pewnej firmy w której mam przyjemność pracować, możecie śmiało przyjeżdżać, miejsca na parkingu dzisiaj nie zabraknie. Nie wiem co będzie jutro ;)

Zapowiada się całkiem fajny dzień :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz