niedziela, 29 września 2013

ŻEBY SIĘ MATCE NIE NUDZIŁO ...

Człowiek czasem powinien zastanowić się nad tym co myśli i gada.
Pomyślałam sobie ostatnio, że w sumie już miesiąc w nowym miejscu minął i jakoś się tak zrobiło spokojnie, bez niespodzianek .... Może nie to że nudno od razu, ale jakoś tak przewidywalnie?!

No to sobie wymyśliłam - w ramach urozmaicania niedzieli - wypad z małolatem do kościoła w mieście. Nie wystarczył mi kościół we wsi. Chciałam się rozerwać - po polsku.
Atrakcje zaczęły się już po drodze.
- Mamo, mamo, ja chciałbym jechać na górze!
Dziecko mówi i ma. Przyjechał piętrowy autobus - jechaliśmy na górze, dopóki ...
- Mamo, chyba będę rzygał.
Dobrze że nie był to taki turystyczny bez dachu, bo by przypadkowi przechodnie mieli atrakcji wiele.
Zeszliśmy na dół. Jak już potomek zaczął zmieniać kolory na odcień zielonkawy, postanowiłam że wysiądziemy i jak piesza pielgrzymka dojdziemy do celu. Ustaliliśmy że damy radę jeszcze jeden przystanek, aż tu nagle TRACH, DUP i autobus zgasł. W pierwszej chwili myślałam że ktoś nam w "tył" wjechał. Ale to chyba był po prostu silnik - tak sadzę, bo zapomniałam spojrzeć. W każdym razie wszyscy przesiedli się do następnego autobusu który właśnie podjechał.
Młody złapał kilka "świeżych" wdechów i pojawiła się szansa na dojazd do celu. Szansa jak się okazało była zmyłką. Po kilku przystankach akcja powtórzyła się nabierając tępa. W każdym razie ostatecznie do celu dotarliśmy na piechotę, a nasz refleks uratował nas przed katastrofą, chociaż torebkę swoją zaczęłam przygotowywać na taką ewentualność. Wiecie, portfel i perfumy do kieszeni znajdującej się w bezpiecznej odległości od przegródki głównej. Oraz nastawienie na wywalenie jej przy najbliższym śmietniku po zakupie reklamówki na skarby które ocaleją.
Ja chyba jednak kocham moje dziecko, skoro swoją ulubioną, własnoręcznie uszytą torebkę, byłabym w stanie poświęcić.
Zanim dotarliśmy do celu, jeszcze tylko prawie zgubiłam potomka w kiblu (nie wpadł, tylko się zawieruszył - chociaż to też nie brzmi dobrze)
Na szczęście prawie, bo odnaleźliśmy się szczęśliwie.
Każde z nas poszło do toalety przystosowanej do płci konkretnej. Marian wyszedł szybciej, nie było mnie, więc zaczął mnie szukać (a to było centrum handlowe). Jak mu się nie udało, wrócił na szczęście w to samo miejsce w którym się rozstaliśmy. Stwierdził że jak go długo nie będę mogła znaleźć to wrócę po niego do toalety. Mądrę dziecko - po mamusi oczywiście.
Widzieliśmy jeszcze dziewczynę malującą sobie usta na CZERWONO markerem - to taki chyba nowy rodzaj makijażu permanentnego.
Potem tylko Marcin usiłował sobie przypomnieć nazwę pewnego znanego sklepu odzieżowego zwanego PENNY, ale nie powiem jak dedukował, bo to bardzo niecenzuralne.


Wróciliśmy do domu cali, zdrowi i bez niespodzianek. I znowu doceniłam monotonię i nudę ;)

Tylko gołąbki były niesłone. Gotowałam wczoraj - chyba zapomniałam posolić.
NIEDZIELA





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz