środa, 16 stycznia 2013

ŚRODA

Po poniedziałkowej depresji przyszedł czas na środę.
Na razie nie najgorszą, bo koniec tygodnia już widać, więc dam radę. Chyba?!

Wstawanie o 6 mi nie służy. Powiedziałabym nawet że to bardzo niehumanitarne jest. Bardziej jednak nie służy mi zbyt długie przebywanie poza domem (zastanawiam się czy jestem do końca świadoma słów moich). Wychodzę przed 8, wracam po 21. Wyrazy szacunku dla osób które maja tak na co dzień i nie zwariowały.
Ja na dłuższą metę pewnie bym nie podołała.  Poległabym po kilku tygodniach (w wersji optymistycznej) gdzieś pod jakimś przecudnej urody płotem i zaklęłabym siarczyście.
Ale już zauważam syndrom ... opętania przez zmęczenie?!

Wczoraj, wracając do domu po pracowitym i długim dniu, postanowiłam wejść jeszcze do sklepu co by żywności nieco nabyć. Groziło bowiem że potomstwo zje na śniadanie suchary i z rzeczonymi pójdzie do szkoły. Z tego co pamiętałam w lodówce radośnie hulało światło i tylko resztki chleba pozostały. Była jeszcze opcja na kisiel,  bo tam mleka nie potrzeba.
Poszłam wiec do sklepu. Pani kasjerka gdyby miała taką moc, to by mnie pogryzła - tak bardzo uradowała się na mój widok. Ja też nie lubię tych co przychodzą 5 min przed zamknięciem, ale ja miałam całe 24 minuty. Mogłabym w tym czasie wykupić pół sklepu, a ja tylko po płatki, mleko i serek przyszłam. Udałam więc że nie widzę wymownego wzroku owej pracownicy. Przemknęłam szybko miedzy regałami zgarniając co ważniejsze oraz mniej ważne rzeczy. Przy kasie stanęłam z koszykiem i garścią pełną zakupów. Zanim wyłożyłam towar na taśmie, sprawdziłam po omacku czy portfel jest na swoim miejscu - był. Radośnie spakowałam zakupy zagadując kasjerkę, co by ugłaskać ją nieco. No i stało się to, czego już pewnie każdy z was się domyśla. Portfel był, ale pusty. To znaczy nie zupełnie, bo była w nim cała masa papierów, paragonów, wizytówek ... gotówy (co było do przewidzenia) oraz jakiejkolwiek karty brak. Żeby chociaż była jakaś stara, pusta, popsuta. Poudawać i dziwić bym się mogła, a tak - dupa zbita. Zrobiłam z siebie osła i już (do tego też można się przyzwyczaić).
Komentarz miny pani kasjerki jest w tym momencie chyba zbędny. Jeszcze tak szybko ze sklepu nie wychodziłam. W drzwiach minęłam się z ochroniarzami, którzy właśnie podjechali. Patrzyli się na mnie dziwnie i przez myśl mi przebiegło że pani kasjerka chyba nie tylko się wkurzyła ... Nie dogonili mnie. Nie wiem czy w ogóle zaczęli. Pewnie zobaczyli jak znikam niczym błyskawica i sobie odpuścili.

No i wróciła matka do domu bez pożywienia.
Na szczęście w domu znalazło się jeszcze jajko, co uratowało poranne śniadaniowe grzanki.

A dzisiaj jest fajny dzień.
Przynajmniej na razie. Czeka mnie jeszcze rozmowa z wychowawcą potomka mego i zdanie mogę zmienić. Na szczęście takie prawo przysługuje nam - kobietom, z którego i panowie często korzystają, ale co tam, niech sobie poużywają. To znaczy prawo do częstej zmiany zdań oczywiście.

Wczoraj dowiedziałam się od jednej mamy, że mój syn namawia do przemocy - śnieżkami, oraz że powinien leczyć się psychiatrycznie. Taaak ...

Byle do niedzieli.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz