wtorek, 22 grudnia 2009

1szy dzien urlopu

Zapowiadał się wspaniały dzień. Pierwszy dzień urlopu.
Zadania zaplanowane od wczoraj.
  1. Marian do przedszkola, 
  2. z Krzysiem do lekarza
  3. Do swojego lekarza po receptę
  4. Odstawić potomka do babci 
  5. Na pocztę
  6. Do sądu 
  7. Po cichu planowałam wpaść do Selera do sklepu, biedaczek wszak pracuje jak mróweczka.
Od pkt 5go - sama po 15tej, bo wtedy przyjdzie dziadek do chłopców (ma na mnie uczulenie), a wszyscy chcemy mieć miłe Święta. 
    Dzisiaj rano nie usłyszałam budzika - norma. Zadzwonił Seler :) Obudził, ale nie na tyle skutecznie żebym podniosła się z łóżka. na chwilkę oczko mi się przymknęło i otworzyło jak znowu dzwonił -przed 9tą ;)
    Tak wiec Marcin został w domu.
    Zadzwoniłam do mamy - wcale się nie zdziwiła, ze nie wstałam. Przyjechała do Marcinka i tak o ok 13tej popędziłam z Krzysiem do lekarza. Wykazałam się sprytem i wyciągnęłam też kartę dla siebie. Co prawda 2 różne przychodnie, ale blisko siebie.
    Ja oczywiście załapuje wolniej niż większość śmiertelników. Jak już pozajmowaliśmy kolejki i rozsiedliśmy się wygodnie, zaczęłam liczyć ile osób jest przed nami. 1 osoba x 10 min (minimum) - w szybkim rachunku wyszło mi ok 1,5 godz każda kolejka.
    Szybko się ubraliśmy i wyszliśmy ze skupiska wirusów. Jutro pojadę  tam sama, po receptę i wezmę coś dla Smyka. Jak byśmy tam dłużej zostali, to nie od zarazków, ale od samego widoku tych ludzi bym się pochorowała.
    W drodze powrotnej, kupiłam na poczcie kopertę bombelkową - nawet nie było kolejki i wzięłam formularz do listu poleconego. Miałam w planach wziąć to co chce wysłać żeby 2 razy na pocztę nie chodzić, no ale zapomniało mi się .
    Odstawiłam potomka, nawet na naleśnika się załapałam.
    Zapakowałam i zaadresowałam przesyłkę, oczywiście formularz do poleconych zaginął w akcji i popędziłam.
    Na autobus, co to miał co 7 minut jeździć czekałam jakieś 30 - no ale to i tak jak na nasze kochane MPK nieźle. Dojechałam do Sądu i tam przywitał mnie piękny uśmiech miłego ochroniarza, który uprzejmie poinformował mnie ze od 30 min jest zamknięte i zaprasza jutro.
    Postanowiłam ze chociaż jeden punkt z mojego planu musi zostać wykonany. Złapałam tramwaj i pojechałam do Selera. Po drodze zahaczyłam o pocztę - kolejka była na 3 dni stania, wiec tylko wzięłam nowy formularz.
    Dotarłam do sklepu, nacieszyłam się widokiem Sebcia jakieś 6 minut i z powrotem pognałam do domu. Otrzymałam bowiem telefon z informacją - "już po wizycie, muszę wyjść o 17tej"
    Kolejny raz wykazałam się sprytem. wsiadłam w inny tramwaj, żeby podjechać "bliżej" domu, gdzie będę miała więcej środków komunikacji. Nie zauważyłam że ów środek lokomocji ma zmieniona trasę. I pojechał zupełnie nie tam gdzie chciałam, tzn coraz dalej niż bliżej.
    Dotarłam do domu.

    Dzień niby pracowity, raczej wyjeżdżony, szkoda tylko że cały plan został do wykonania na jutro. Mam czas do 13tej - godzina ważności biletu.

    Zapowiada się kolejny zakręcony dzień.
    A teraz miłego wieczoru:)

    5 komentarzy:

    1. Wczoraj się nie udało, ale wiem z pewnych żródeł że dziś wszystko szło migusiem :)))

      OdpowiedzUsuń
    2. życie byłoby nudne, gdyby wszystko zawsze szlo po naszej mysli ;)

      OdpowiedzUsuń
    3. Sebciu, a skąd ty to wiesz;)

      Dzidźejka - masz racje. Tak przynajmniej mam o czym na blogu pisać

      OdpowiedzUsuń
    4. O ja Cie przepraszam!!! To nie na moje nerwy!!! Dlaczego w przychodniach nie umawia sie wizyt telefonicznie (ludzie chyba posiadaja telefony i przychodnia tez) na konkretna godzine? To chyba pozostanie dla mnie slodka tajemnica?
      W dobie telefonow, internetu, GPSow i innych pierdol, zeby wszedzie trzeba bylo chodzic i czekac!!! Ze tak powiem skandal!!!
      Mimo to Wesolych i Radosnych zycze:))))

      OdpowiedzUsuń
    5. Stardust, bo my w Polsce mieszkamy :)
      Buziol

      OdpowiedzUsuń