poniedziałek, 17 czerwca 2013

NA MIANO WYLUZOWANEJ MATKI TRZEBA SOBIE ZASŁUŻYĆ, CZYLI JAK WZMOCNIĆ DOZNANIA.

Uzyskać tytuł WYLUZOWANEJ matki do czegoś zobowiązuje.
No nie jest tak?!
Tak więc staram się stanąć jak najbliżej ustawionej porzeczki i powierzone mi niełatwe zadania wykonywać z należyta dla nich powaga i sumiennością.
Nie wypada na ten przykład spędzić weekendu na kanapie przed telewizorem. No chyba że za oknem byłoby nazbyt wilgotno, albo kontakt z otoczeniem groziłby odmrożeniem wszystkiego na raz. Ostatnio jednak pogoda zagraża raczej przegrzaniu się zwojów z następstwem rozwarstwienia się powłok mózgowych, jeśli takowe występują (jeśli nie, to właśnie je wymyśliłam), od zbyt wysokiej temperatury.
Tak wiec pomysł podrzucony przez koleżankę złapany został w locie - bez wcześniejszego dogłębnego przemyślenia.
Piknik w parku - na ZDROWIU. Kto w Łodzi był ten wie.
Dużo przestrzeni, krzaczorów, polanek, straganów, bajorka nawet jakieś są. Używane są co prawda wyłącznie jako wylęgarnią komarów. Wejście do nich bowiem grozi solidną utratą zdrowia, ale są. No i jest jeszcze ZOO, do którego przy temperaturze otoczenia powyżej 25'C staram się nie chodzić. Mój zmysł powonienia jest nazbyt wrażliwy.
Najważniejszą atrakcją owego terenu jest LUNAPARK.
Jest to miejsce, w którym stykają się co najmniej 2 epoki. Jak widzę te wszystkie karuzele, kolejki, strzelnice - cofam się do czasów mojego dzieciństwa, czyli do czasów dawno temu i nie prawda.. Nie zmieniło się nic. Nawet farba na "wozach" jest z przed 30 lat, a przynajmniej taką udaje, jeśli był to zabieg celowy. Z rzeczywistością można się spotkać ... przy KASIE. Przyznam, iż nie jest to jedno z tych spotkań, które wspomina się po latach. Raczej rodzice pociech swych marzą, aby potomstwo usunęło ten fragment z pamięci oraz wykasowało ze słownika słowo WESOŁE MIASTECZKO czy inne, bliskoznaczne. Sami natomiast śnią tylko w nocnych koszmarach o tym zderzeniu.

Wracając do realizacji planów.
W piękne sobotnie przedpołudnie wybraliśmy się - potomstwo i ja. Zabrawszy wszystko co niezbędne. Kocyk, prowiant suchy i mokry. Nawet talerzyki przecudnej urody papierowe, zielone spakowałam. Była piłka i cała masa różnych różności.
Atrakcje pojawiły się już na początku.  Żeby zaoszczędzić sobie drogi, postanowiłam że podjedziemy tramwajem. Zostałby wtedy do przejścia przystanek. Podjechaliśmy. Oczywiście wsiedliśmy w zły tramwaj. Nie nazywałabym się M.Sz-G gdyby wszystko poszło zgodnie z planem.  Owa przejażdżka poskutkowała tym, że do przejścia mieliśmy nie jeden, 3 przystanki.
Ze znajomymi spotkaliśmy się przed wejściem do miejsca na "L" albo na "W" -brrrr
Miało to być szybki pół godzinki i potem zabawa na łące.
Po blisko 2 godzinach, kiedy to pełnoletnia część wyprawy miała już atrakcji po kokardki, a młodzież raczej niezbyt, trzeba było coś wymyślić. Kto stanął na wysokości zadania - oczywiście ja. Jak się okazało, moje działania są dalekosiężne i z boku mogą wydawać się jak bardzo przemyślane (to tylko pozory, wszak jest to funkcja nie do końca przeze mnie opanowana).
Otóż przed wyjściem nakarmiłam dzieci kapustką a'la bigos. Po kilku godzinach na karuzelach, kolejkach i innych zaczął działać w celu niedoprowadzenia matki dzieci mych do bankructwa.
Taka o to karuzela "parasolka" w zestawieniu z Marianem ...
I żeby nikt mi nie powiedział że atrakcji moje dzieci mają mało.
 Kulturalnie paw został puszczony - nikt postronny nie ucierpiał w zdarzeniu. Potomek po zczołganiu się z karuzeli stwierdził że w sumie to już możemy wracać.
Dziwne że kolejka górska w zasadzie nie zrobiła na mim wrażenia. A już na pewno nie takiego.

Na polance spędziliśmy kolejne pół godzinki. Dłużnej się nie dało.  Krwiożercze latające bestie chciały zeżreć nas żywcem. Nie dało się poczytać, pograć w szachy. Nawet gra w piłkę była utrudniona.  Wytresowane paskudy. Nie wydajesz kasy, to wypad z parku.

Po sobotnim popołudniu Marianowi zostało wspomnienie, mnie przeciąg w portfelu, a Krzysiowi ślad na powiece po pocałunku latającej bestii. Wygląda jak jednooki Bill. Dziś jest już lepiej, ale wczoraj jego jedno z oczu było "out of service".
Za tydzień kolejna porcja emocji. Jeszcze nie wiem jaka, ale coś wymyślę.

To było o sobocie.
O niedzieli jeszcze nie jestem w stanie mówić. Nawet pisać. Opowiem przy okazji.
Na samą myśl bowiem mam zakwasy wszędzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz