Kończy się ....
Wiele rzeczy powoli się kończy. Półrocze na ten przykład, albo rok szkolny - ku radości nieletnich i nie tylko. Kończy się także czas posiadania gipsu przez Mariana na kończynie zwanej prawą górną.
Dziś nastąpi uroczyste rozstanie.
- Chciałabym przyjść z potomkiem na zdjęcie gipsu. Czy mogę jeszcze dzisiaj, czy jest już za późno i lepiej przyjść jutro? - zapytałam grzecznie
- Kochaniutka, a była pani umówiona? - głos w słuchawce zawołał złośliwie.
- Nie, nie byłam - oznajmiłam zgodnie z prawdą - Jednak pamiętam że u Państwa nie trzeba było się umawiać
Z tego co pamiętam, to należało się jedynie zapatrzeć w cierpliwość oraz gadżety do zabijania czasu w poczekalni. Np gry planszowe, książki, paluszki w ilości wystarczającej na 4-5 godzin.
- Kiedyś tak, ale przez Szpital niepowiemktóry już trzeba. A kto panią tu przysłał?
- Pani ze Szpitala niepowiemktórego bo u nich najbliższy termin jest na koniec lipca.
- To my mamy na przyszły tydzień.
- Ale moje dziecko zaczyna się zrastać z nową rękawiczką oraz wyjeżdżamy na wakacje ... Czy mogłaby mi pani cos poradzić ... - poprosiłam, bo wizja Marian przez kolejne tygodnie z gipsem, który nie dość ze zaczyna kształtem przypominać nie wiem co, to kolorem już tylko do kupy błota z trawą i jeszcze czymś wymieszanym jest podobny. Poza tym, jak miałam mu wytłumaczyć, że nie wejdzie do wody przez gips, chociaż palec już się zrósł (chyba - mam taka nadzieję)?!
Warcząca na początku pani, uprzejmie już podała mi numery do pozostałych 3 placówek świadczących takie właśnie "usługi dla ludzkości"
Jeden z nich był do wspomnianego Szpitala niepowiemktórego, następny do Szpitala na końcu Świata a trzeci głuchy.
Korzystając z inteligencji swojej oraz lekkiej podpowiedzi, zadzwoniłam do ..... NFZ z prośbą o pomoc.
Uzyskałam odpowiedź, która średnio mnie zadowoliła, ale ..
Proszę spróbować za chwilę jeszcze raz zadzwonić tam gdzie nie odbierali, albo przejść się do Szpitala niepowiemktórego i poprosić ich o zdjęcie gipsu, ponieważ jest to ich obowiązek jako kontynuacji leczenia. Jeśli odmówią, niech dadzą Pani to na piśmie i wtedy z tym do nas!
Druga propozycja najbardziej mi się podobałam. Oczyma wyobraźni już widziałam ten siwy dym na korytarzu oraz mnie w akcji ...
Tylko że jako szczęśliwa posiadaczka etatu nie mogłam pozwolić sobie na dzień wolny tuż przed zakończeniem miesiąca i przed urlopem. Pomimo wielkich starań, nie mogłam wyobrazić sobie swojej mamy, która kłóci się z panią z rejestracji, robi dym i trzaska drzwiami.
Pozostało zatem zdjęcie gipsu własnoręcznie. Już prawie złapałam się za nożyczki, kiedy przypomniało mi się, że miałam spróbować zadzwonić pod trzeci głuchy numer.
- Halo - odezwał się głos już w połowie pierwszego sygnału. Zaskoczona byłam tak bardzo, ze się prawie zakrztusiłam powietrzem ....
Tak więc idziemy zdjąć gips w cywilizowanych warunkach jeszcze dzisiaj, to jest 2 dni po owym telefonie.
Różne rzeczy słyszałam i osobiście myślałam o naszej służbie zdrowia, W wielu kwestiach zdania na pewno nie zmienię, chociaż bardzo bym chciała. Jedno jest pewne, chyba trochę niektórzy się ich boją, albo chociaż respekt czują?!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chora kasa czyli nasza służba zdrowia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą chora kasa czyli nasza służba zdrowia. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 28 czerwca 2012
środa, 5 października 2011
U FOTOGRAFA
Potomstwo me znane jest z niezwykłej żywotności, radości ogólnej, wyobraźni niezmierzonej i ogólnego zakręcenia. Tę ostatnia cechę mają oczywiście po matce.
To że nie zdąrzę zrobić młodemu zdjęcia do legitymacji, było do przewidzenia. Wszak zawsze można zrobić to później lub kiedy indziej, ale wtedy zazwyczaj jest już za późno oraz tysiąc innych rzeczy nagłych wyskoczy. Jak na ten przykład zdejmowanie gipsu, czy wizyta alarmowa u stomatologa. Swoją drogą, czy wiedzieliście że gips ściąga się 5 godzin?! Nasze placówki medyczne są najlepsze na świecie!
No ale nie o placówkach medycznych i chorej służbie zdrowia miało być.
Wszak brak zdjecia do legitymacji, kiedy informacja wyraźna DO WTORKU, to sprawa poważna.
Marian wizje miał najstraszliwsze. Od pały na wydaleniu ze szkoły kończąc.
Ja oczyma wyobraźni widziałam "szczęśliwą" minę pani sekretarki, na wieść o tym, że "Galińskie" znowu czegoś nie mają, zapomnieli, zgubili, wyprali... Wszak ostatnio już prawie groziła mi śmiercią jak grzecznie poinformowałam że zagubiłam dzieciom karnety na obiady - ZNOWU. 150 uczniów spożywających posiłki nie ma problemów, tylko zawsze MY.
Zapewne na dźwięk naszego nazwiska, pani sekretarce opadaja ręce i rajtuzy falują oraz dostaje dreszczy. No ale w sumie dzięki temu jesteśmy zapamiętywalni :)
Tak czy inaczej problem zdjęcia był. Bo jak pojechać do fotografa, kiedy wracam z pracy po 18tej, a wszystkie mi znane automaty do zdjęć uległy biodegradacji?! Z pomcą przyszla nam NASZA NIANIA. Zabrała krasnali w celu wyżej wymienionym.
Historie z "u fotografa" znam niestety tylko z opowiadań ...
Syn mój artysta, aktor i wszystko inne w jednym przepięknie ustawił się do zdjęcia. Pani fotograf zachwycona była postawą potomka mego, do czasu ...
- To teraz PATRZ na mnie i się uśmiechnij ... PSTRYK
W tym momencie następowało zamiast skupienia, rozluźnienie i Marcin posmarkany musiał pozować jeszcze razy kilka.
W oczekiwaniu na wywołanie zdjęcia
- Zobaczcie chłopcy. Na tym zdjęciu w złotej ramie to jest chyba pani fotograf! - powiedziała nasza Agatka
- No! - odpowiedzieli znudzeni. Po chwili dodali - ale musiała być tu baaaaardzo młoda!
Młodzież latała po pracowni szukając co ciekawszych eksponatów. W pewnym momencie, NASZA NIANIA zauważyła, że panowie z zainteresowaniem, wielkim oraz chichotaniem pod nosem oglądają jeden z albumów położonych zapewne do oglądania. A tam pośród portretów i zdjęć przeróżnych prawie AKT. Co prawda pani na zdjęciu miała szarfy przesłaniające jej walory, ale dzieciom w tym wieku wiecej nie potrzeba. Zadowoleniu nie było końca.
Jak już ów album został zwiniety przez NASZĄ NIANIĘ, chłopcy znaleźli sobie inne zajęcie. Stały tam bowiem różne rekwizyty, jak na ten przykład konie na biegumach. Krzyś wskoczył na mniejszy, Marian na większy i urządzili wyścig po zakładzie. Nasza Agatka czekała tylko na moment, kiedy zostanie wezwana ochrona i wszyscy razem zostaną usunięci.
Były zdjęcia prawie posmarkane, uchachane oraz z nienaturalnym wytrzeszczem oczu, wszak dziecko starało się bardzo.
Nie wiem jakim cudem, ale im się udało.
Zdjęcie wygląda całkiem fajnie, a w zasadzie to syn mój na zdjęciu.
Nie trzeba będzie zanosić do szkoły zdjęcia z przed 4 lat :)
A nasza niania .... jest aniołem :)
To że nie zdąrzę zrobić młodemu zdjęcia do legitymacji, było do przewidzenia. Wszak zawsze można zrobić to później lub kiedy indziej, ale wtedy zazwyczaj jest już za późno oraz tysiąc innych rzeczy nagłych wyskoczy. Jak na ten przykład zdejmowanie gipsu, czy wizyta alarmowa u stomatologa. Swoją drogą, czy wiedzieliście że gips ściąga się 5 godzin?! Nasze placówki medyczne są najlepsze na świecie!
No ale nie o placówkach medycznych i chorej służbie zdrowia miało być.
Wszak brak zdjecia do legitymacji, kiedy informacja wyraźna DO WTORKU, to sprawa poważna.
Marian wizje miał najstraszliwsze. Od pały na wydaleniu ze szkoły kończąc.
Ja oczyma wyobraźni widziałam "szczęśliwą" minę pani sekretarki, na wieść o tym, że "Galińskie" znowu czegoś nie mają, zapomnieli, zgubili, wyprali... Wszak ostatnio już prawie groziła mi śmiercią jak grzecznie poinformowałam że zagubiłam dzieciom karnety na obiady - ZNOWU. 150 uczniów spożywających posiłki nie ma problemów, tylko zawsze MY.
Zapewne na dźwięk naszego nazwiska, pani sekretarce opadaja ręce i rajtuzy falują oraz dostaje dreszczy. No ale w sumie dzięki temu jesteśmy zapamiętywalni :)
Tak czy inaczej problem zdjęcia był. Bo jak pojechać do fotografa, kiedy wracam z pracy po 18tej, a wszystkie mi znane automaty do zdjęć uległy biodegradacji?! Z pomcą przyszla nam NASZA NIANIA. Zabrała krasnali w celu wyżej wymienionym.
Historie z "u fotografa" znam niestety tylko z opowiadań ...
Syn mój artysta, aktor i wszystko inne w jednym przepięknie ustawił się do zdjęcia. Pani fotograf zachwycona była postawą potomka mego, do czasu ...
- To teraz PATRZ na mnie i się uśmiechnij ... PSTRYK
W tym momencie następowało zamiast skupienia, rozluźnienie i Marcin posmarkany musiał pozować jeszcze razy kilka.
W oczekiwaniu na wywołanie zdjęcia
- Zobaczcie chłopcy. Na tym zdjęciu w złotej ramie to jest chyba pani fotograf! - powiedziała nasza Agatka
- No! - odpowiedzieli znudzeni. Po chwili dodali - ale musiała być tu baaaaardzo młoda!
Młodzież latała po pracowni szukając co ciekawszych eksponatów. W pewnym momencie, NASZA NIANIA zauważyła, że panowie z zainteresowaniem, wielkim oraz chichotaniem pod nosem oglądają jeden z albumów położonych zapewne do oglądania. A tam pośród portretów i zdjęć przeróżnych prawie AKT. Co prawda pani na zdjęciu miała szarfy przesłaniające jej walory, ale dzieciom w tym wieku wiecej nie potrzeba. Zadowoleniu nie było końca.
Jak już ów album został zwiniety przez NASZĄ NIANIĘ, chłopcy znaleźli sobie inne zajęcie. Stały tam bowiem różne rekwizyty, jak na ten przykład konie na biegumach. Krzyś wskoczył na mniejszy, Marian na większy i urządzili wyścig po zakładzie. Nasza Agatka czekała tylko na moment, kiedy zostanie wezwana ochrona i wszyscy razem zostaną usunięci.
Były zdjęcia prawie posmarkane, uchachane oraz z nienaturalnym wytrzeszczem oczu, wszak dziecko starało się bardzo.
Nie wiem jakim cudem, ale im się udało.
Zdjęcie wygląda całkiem fajnie, a w zasadzie to syn mój na zdjęciu.
Nie trzeba będzie zanosić do szkoły zdjęcia z przed 4 lat :)
A nasza niania .... jest aniołem :)
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
LEKARZE, PIŁKARZE I PREZYDENCI
Kobieta zmienną jest. Dzieciom też w tej kwestii niczego nie brakuje. Marian jakiś czas temu chciał być śmieciarzem, teraz milczy.
Krzyś po długim czasie niepewności, postanowił zostać piłkarzem. Przyczynił się do tego niewątpliwie fakt iż panowie od lipca zaczęli uczestniczyć w treningach "Orlika". Młodszemu ciężko zapamiętać ta nazwę
- Mamo, kiedy idziemy na SĘPIKI? a może ORZEŁKI?!
Skojarzenia ma w każdym razie poprawne.
Krzysia wkręciło to tak bardzo, że zaczął zastanawiać się nad kierunkiem studiów i uczelnią, co by dla zawodowego piłkarza pasowała ...
Któregoś pięknego dnia po wizycie u pani pediatry, Krzyś wyszedł z gabinetu ze łzami w oczach. Był wściekły i gdyby nie to ze nie przegapiłam żadnego szczepienia obowiązkowego, a nawet i na kilka dodatkowych się załapał, zastanawiałabym się czy to nie wścieklizna (na wściekliznę go nie zaszczepiłam, ale był sprawdzany pod tym kątem w zeszłym roku po tym, jak pewien zaprzyjaźniony pies postanowił skosztować go co nieco).
Wracając do chwili po wizycie.
- Mamo, dlaczego nie pojedziemy na trening?
- Synku, bo masz infekcję i będziesz brał antybiotyk
- Ta, infekcje! -odpowiedział obruszony - nawet kataru nie mam
W tym momencie pociągnął uroczyście nosem. Racje przyznać mu trzeba, że po katarze ogólnie śladu nie ma, ale że łza jedna czy druga zakręciła mu się w oczodole, to od razu trochę smarków zachlupotało mu wesoło.
- Ty się nie znasz!
- Zgadza się. Nie znam się, bo nie jestem lekarzem
- Nie będę brał antybiotyku i będę mógł pojechać na trening.
- Krzysiu, teraz nie weźmiesz leku, przećwiczysz się, to nie ominiesz tylko jednego treningu, ale wogóle będziemy musieli z tego zrezygnować.
- Ona się też nie zna
- Ona, czyli kto?
- No, pani doktor
- Synku, jak będziesz duży, skończysz medycynę, zostaniesz lekarzem, będziesz mógł sam decydować co jest dla ciebie zdrowe, a co nie.
- A właśnie ze nie pójdę na medycynę - wykrzykiwał zapłakany na pół autobusu - nie zostanę lekarzem!. Juz zapomniałaś?! Ja będę PREZYDENTEM.
Czyli że dziecko mam ambitne nad wyraz.
Będzie zawodowym piłkarzem, a jak juz wyrośnie, to zostanie prezydentem.
Jeszcze tylko Marian niech się na coś zdecyduje.
Czuję że czeka mnie przyjemna starość, o ile tylko takowej dożyję
Krzyś po długim czasie niepewności, postanowił zostać piłkarzem. Przyczynił się do tego niewątpliwie fakt iż panowie od lipca zaczęli uczestniczyć w treningach "Orlika". Młodszemu ciężko zapamiętać ta nazwę
- Mamo, kiedy idziemy na SĘPIKI? a może ORZEŁKI?!
Skojarzenia ma w każdym razie poprawne.
Krzysia wkręciło to tak bardzo, że zaczął zastanawiać się nad kierunkiem studiów i uczelnią, co by dla zawodowego piłkarza pasowała ...
Któregoś pięknego dnia po wizycie u pani pediatry, Krzyś wyszedł z gabinetu ze łzami w oczach. Był wściekły i gdyby nie to ze nie przegapiłam żadnego szczepienia obowiązkowego, a nawet i na kilka dodatkowych się załapał, zastanawiałabym się czy to nie wścieklizna (na wściekliznę go nie zaszczepiłam, ale był sprawdzany pod tym kątem w zeszłym roku po tym, jak pewien zaprzyjaźniony pies postanowił skosztować go co nieco).
Wracając do chwili po wizycie.
- Mamo, dlaczego nie pojedziemy na trening?
- Synku, bo masz infekcję i będziesz brał antybiotyk
- Ta, infekcje! -odpowiedział obruszony - nawet kataru nie mam
W tym momencie pociągnął uroczyście nosem. Racje przyznać mu trzeba, że po katarze ogólnie śladu nie ma, ale że łza jedna czy druga zakręciła mu się w oczodole, to od razu trochę smarków zachlupotało mu wesoło.
- Ty się nie znasz!
- Zgadza się. Nie znam się, bo nie jestem lekarzem
- Nie będę brał antybiotyku i będę mógł pojechać na trening.
- Krzysiu, teraz nie weźmiesz leku, przećwiczysz się, to nie ominiesz tylko jednego treningu, ale wogóle będziemy musieli z tego zrezygnować.
- Ona się też nie zna
- Ona, czyli kto?
- No, pani doktor
- Synku, jak będziesz duży, skończysz medycynę, zostaniesz lekarzem, będziesz mógł sam decydować co jest dla ciebie zdrowe, a co nie.
- A właśnie ze nie pójdę na medycynę - wykrzykiwał zapłakany na pół autobusu - nie zostanę lekarzem!. Juz zapomniałaś?! Ja będę PREZYDENTEM.
Czyli że dziecko mam ambitne nad wyraz.
Będzie zawodowym piłkarzem, a jak juz wyrośnie, to zostanie prezydentem.
Jeszcze tylko Marian niech się na coś zdecyduje.
Czuję że czeka mnie przyjemna starość, o ile tylko takowej dożyję
sobota, 24 lipca 2010
Kocertowe powroty
Wróciliśmy.
Naprawili mi syna - mam nadzieję :)
Przyznam się szczerze, że to nie były moje najlepsze wczasy. 3 dni w szpitalu, 2 noce na krześle ...
Hołdy i ukłony w stronę mam, które w takich warunkach muszą dłużej towarzyszyć swoim pociechom.
U mojego ulubionego młodszego syna zdiagnozowano Zastawkę cewki tylnej.
Dla wszystkich mam - jeśli wasz skarb moczy się w nocy zbyt długo, ma nadczynność pęcherza - jak zacznie sikać, to tak co 5 min, często ma "wilgotne" majtki, to nie czekajcie aż z tego wyrośnie. To może być zwykłe niewyćwiczenie, albo coś poważniejszego. W naszym przypadku, gdybyśmy jeszcze sobie poczekali, mogłoby dojść w przyszłości nawet do uszkodzenia nerek.
Nie dajcie się zbyć niedouczonym lekarzom, że wyrośnie. Dręczcie i męczcie. Już zwykłe USG, "przepływ moczu" oraz dobowy bilans płynów, dają odpowiedź.
To by było na tyle z gderania matki o potomstwie swym.
A teraz, spóźnione troszkę życzenia urodzinowe dla KASI.
Rybko, życzymy ci (Ja+ reszta) dużo zdrowia, radości, miłości, humorku takiego, jak nasza pogoda - słoneczna i ciepła. No czego sobie jeszcze chcesz, albo i więcej.
Całuski słodkie ślemy do Ciebie.
Oraz ...
Wszystkim Krzysiom świata, tym których znam i jeszcze nie miałam okazji, małym i dużym.
Przede wszystkim mojemu ulubionemu starszemu synkowi, mojemu ulubionemu szwagrowi, synkowi Nivejki, wiadro słodkich buziaków i worek uścisków z okazji waszego jutrzejszego święta.
środa, 3 marca 2010
siedziałam
- Ale zawieziesz mnie? - zapyałam słodko
- No jasne, że tak. A gdzie dokładnie i o której?
- No do szpitala, na 8, do Zgierza ... Wiem, ze miałeś gipsować sufit przed pracą. Jeśli nie możesz, to jakoś sobie poradzę...
- O której mam być rano?
- Dzięki. Przepraszam, że pokrzyżowałam ci plany. Kocham cię
- W końcu po coś jesteśmy
- W sensie że po to żeby kochać was, czy żebyście mieli kogo wozić?
- W sensie po to, żebyście miały komu krzyżować plany ...
No i jak tu nie kochać?! No nie da się. Po prostu nie potrafię.
Cała akcja z przemieszczaniem się z punktu A do punktu Z, była w związku z pewnym telefonem ...
- W środę o 8 rano, proszę przyjść ze skierowaniem do szpitala X w Zgierzu, Proszę się zgłosić ...
- Wow - pomyślałam. Ze niby w końcu się uda? Że niby w końcu go wytną? Tak po prostu?
- Czyli 8 rano ze skierowaniem, wyznaczymy godzinę. Zrobimy to w środę.
Nie wierzę. Jakieś "Mamy cię"?
Rano, na wpół przytomny Seler odmeldował się u mnie. Po jechaliśmy do Zgierza. Oczywiście nie do końca wiedzieliśmy gdzie, wiec korzystaliśmy z wspaniałej nawigacji w postaci czarno-białej mapy wydrukowanej z internetu. Zazwyczaj kiedy jestem pilotem, nawigatorem, czy kimkolwiek kto pilnuje prawidłowości trasy - błądzę. Zgubiliśmy drogę i tym razem.:) Z małym poślizgiem - dojechaliśmy.
Godzina 8:09
Na gabinecie napis w stylu:
Przyjęcia i umawianie terminów 8:00-9:00
W gabinecie lekarza brak - wyszedł
Przed 9 zostałam poproszona do gabinetu. Obejrzeli, wymacali, "przespelowali" moje nazwisko.
- Proszę iść do Izby przyjęć, przebrać się, a potem do pielęgniarek. Koło południa wyjdzie pani do domu. Dzisiaj wytniemy!
Ale o co chodzi? W sensie że mam się położyć do szpitala? Przecież miałam ustalić godzinę i pojechać do pracy. W co przebrać? Jaka Izba no i jakie schodami w dół? Gdzie są schody? ...
-Sie Pani udało! Dzisiaj przyszła i juz przyjęta. Ma Pani szczęście - pani w rejestracji nie mogła wyjśc z podziwu. W nagrode dostałam piekny zielony fizelinowy jak sądze płaszczyk. Sebus pojechał do pracy, a ja już zlokalizowanymi schodami na oddział.
No i mnie posadzili, na fotelu w korytarzu. Prosili czekać aż się zwolni sala zabiegowa.
Skończyłam czytać książkę, zaczęłam ją czytać od nowa ... Czułam że płaskodupie od siedzenia, postępuje coraz szybciej. Z niekryta radością ustępowałam miejsca pacjentom, którzy to akurat udali się na spacer korytarzem, ale sił im zabrakło .Dwóch miłych starszych Panów na zmianę umilało mi czas ...
Przy okazji podsłuchiwałam pielęgniarki i lekarzy wołających do siebie na korytarzu: "Przetoka już jest?" albo "O której Lewatywa ma iść na stół?" "Grasica idzie według planu"
Czyli ze ja to niby kto? "Implant"?!
O godzinie 14 przyszedł do mnie lekarz i powiedział że jest mu bardzo przykro, ale nie wie ile to jeszcze potrwa. W sumie jak chcę, to mogę sobie wyjść ze szpitala na jakieś 2-3 godzinki ...
Wyszłam, kontrolny tel do Selera. Odłożyłam słuchawkę ...
- Juz Pani wyszła ze szpitala?
- Tak, ale jestem niedaleko
- Proszę jak najszybciej tu przyjść!
Prawie ze schodów zgarnęły mnie pielęgniarki. Dostałam piękną sukienkę i nawet lekarskie butki ...
Pół godziny później było po.
Wcisnęłam się (a raczej mnie wciśnięto z zabiegiem) przed "Grasicę"
Jeszcze trudno mi w to uwierzyć! Tyle miesięcy i nic. Aż tu nagle jeden telefon - i wydłubali.
Chylę czoła.
Tak więc na dobre rozstałam się z IMPLANTEM. Zostawiłam go sobie tylko na pamiątkę. Może oprawię w ramkę i będę opowiadać wnukom?!
To małe coś na zdjęciu obok kolczyka to jest właśnie "TO"
Odzyskałam wiarę w lekarzy. Może stanowią już gatunek na wyginięciu, ale jeszcze są. Należy tylko zaopatrzyć się w świecę, żeby poszukiwania były skuteczniejsze i w dużą ilość meliski do picia.
- No jasne, że tak. A gdzie dokładnie i o której?
- No do szpitala, na 8, do Zgierza ... Wiem, ze miałeś gipsować sufit przed pracą. Jeśli nie możesz, to jakoś sobie poradzę...
- O której mam być rano?
- Dzięki. Przepraszam, że pokrzyżowałam ci plany. Kocham cię
- W końcu po coś jesteśmy
- W sensie że po to żeby kochać was, czy żebyście mieli kogo wozić?
- W sensie po to, żebyście miały komu krzyżować plany ...
No i jak tu nie kochać?! No nie da się. Po prostu nie potrafię.
Cała akcja z przemieszczaniem się z punktu A do punktu Z, była w związku z pewnym telefonem ...
- W środę o 8 rano, proszę przyjść ze skierowaniem do szpitala X w Zgierzu, Proszę się zgłosić ...
- Wow - pomyślałam. Ze niby w końcu się uda? Że niby w końcu go wytną? Tak po prostu?
- Czyli 8 rano ze skierowaniem, wyznaczymy godzinę. Zrobimy to w środę.
Nie wierzę. Jakieś "Mamy cię"?
Rano, na wpół przytomny Seler odmeldował się u mnie. Po jechaliśmy do Zgierza. Oczywiście nie do końca wiedzieliśmy gdzie, wiec korzystaliśmy z wspaniałej nawigacji w postaci czarno-białej mapy wydrukowanej z internetu. Zazwyczaj kiedy jestem pilotem, nawigatorem, czy kimkolwiek kto pilnuje prawidłowości trasy - błądzę. Zgubiliśmy drogę i tym razem.:) Z małym poślizgiem - dojechaliśmy.
Godzina 8:09
Na gabinecie napis w stylu:
Przyjęcia i umawianie terminów 8:00-9:00
W gabinecie lekarza brak - wyszedł
Przed 9 zostałam poproszona do gabinetu. Obejrzeli, wymacali, "przespelowali" moje nazwisko.
- Proszę iść do Izby przyjęć, przebrać się, a potem do pielęgniarek. Koło południa wyjdzie pani do domu. Dzisiaj wytniemy!
Ale o co chodzi? W sensie że mam się położyć do szpitala? Przecież miałam ustalić godzinę i pojechać do pracy. W co przebrać? Jaka Izba no i jakie schodami w dół? Gdzie są schody? ...
-Sie Pani udało! Dzisiaj przyszła i juz przyjęta. Ma Pani szczęście - pani w rejestracji nie mogła wyjśc z podziwu. W nagrode dostałam piekny zielony fizelinowy jak sądze płaszczyk. Sebus pojechał do pracy, a ja już zlokalizowanymi schodami na oddział.
No i mnie posadzili, na fotelu w korytarzu. Prosili czekać aż się zwolni sala zabiegowa.
Skończyłam czytać książkę, zaczęłam ją czytać od nowa ... Czułam że płaskodupie od siedzenia, postępuje coraz szybciej. Z niekryta radością ustępowałam miejsca pacjentom, którzy to akurat udali się na spacer korytarzem, ale sił im zabrakło .Dwóch miłych starszych Panów na zmianę umilało mi czas ...
Przy okazji podsłuchiwałam pielęgniarki i lekarzy wołających do siebie na korytarzu: "Przetoka już jest?" albo "O której Lewatywa ma iść na stół?" "Grasica idzie według planu"
Czyli ze ja to niby kto? "Implant"?!
O godzinie 14 przyszedł do mnie lekarz i powiedział że jest mu bardzo przykro, ale nie wie ile to jeszcze potrwa. W sumie jak chcę, to mogę sobie wyjść ze szpitala na jakieś 2-3 godzinki ...
Wyszłam, kontrolny tel do Selera. Odłożyłam słuchawkę ...
- Juz Pani wyszła ze szpitala?
- Tak, ale jestem niedaleko
- Proszę jak najszybciej tu przyjść!
Prawie ze schodów zgarnęły mnie pielęgniarki. Dostałam piękną sukienkę i nawet lekarskie butki ...
Pół godziny później było po.
Wcisnęłam się (a raczej mnie wciśnięto z zabiegiem) przed "Grasicę"
Jeszcze trudno mi w to uwierzyć! Tyle miesięcy i nic. Aż tu nagle jeden telefon - i wydłubali.
Chylę czoła.
Tak więc na dobre rozstałam się z IMPLANTEM. Zostawiłam go sobie tylko na pamiątkę. Może oprawię w ramkę i będę opowiadać wnukom?!
To małe coś na zdjęciu obok kolczyka to jest właśnie "TO"
Odzyskałam wiarę w lekarzy. Może stanowią już gatunek na wyginięciu, ale jeszcze są. Należy tylko zaopatrzyć się w świecę, żeby poszukiwania były skuteczniejsze i w dużą ilość meliski do picia.
czwartek, 21 stycznia 2010
Procedury
Procedury, dziury, szuje, muje, dzikie węże ...
- W katalogu Porad zabiegowo- diagnostycznych nie ma procedury mówiącej o możliwości sfinansowania przez NFZ wyjęcia implanta -powiedział jakiś specjalista, którego nazwiska nie wymienię, po moim desperackim telefonie do NFZ - ale mogę podać pani adres placówki, która powinna pani pomóc - odpłatnie
Koncert życzeń:
100 lat dla Krzysia - syna mego z okazji 8-ych Urodzinek
Synku rośnij zdrowo i szczęśliwie.
Wszystkiego naj dla naszych i cudzych BABĆ
a szczególnie dla Jadzi, Iwonki, Marzenki ... Zdrówka i radości z wnucząt
- nie chce kataru
- na imieniny - za miesiąc - nie chce implanta.
Przyjmuję więc dobrowolne datki - koszt zabiegu 150 zł
Prywatnie da się to wyjąć choćby w przyszłym tygodniu- dziwne ?!
- W katalogu Porad zabiegowo- diagnostycznych nie ma procedury mówiącej o możliwości sfinansowania przez NFZ wyjęcia implanta -powiedział jakiś specjalista, którego nazwiska nie wymienię, po moim desperackim telefonie do NFZ - ale mogę podać pani adres placówki, która powinna pani pomóc - odpłatnie
Koncert życzeń:
100 lat dla Krzysia - syna mego z okazji 8-ych Urodzinek
Synku rośnij zdrowo i szczęśliwie.
Wszystkiego naj dla naszych i cudzych BABĆ
a szczególnie dla Jadzi, Iwonki, Marzenki ... Zdrówka i radości z wnucząt
- nie chce kataru
- na imieniny - za miesiąc - nie chce implanta.
Przyjmuję więc dobrowolne datki - koszt zabiegu 150 zł
Prywatnie da się to wyjąć choćby w przyszłym tygodniu- dziwne ?!
środa, 20 stycznia 2010
sprzyjające warunki
Dzień ostatniej szansy dla chirurgów Łódzkich, na wyjście z twarzą
Miałam dzisiaj zadzwonić w sprawie nieszczęsnego IMPLANTA. Oczekiwałam konkretnej odpowiedzi :
- tak, wytniemy i kiedy
albo:
- niestety nie, bo ...
- Proszę o kontakt w przyszłym tygodniu. Nie wykluczone że wytniemy, ale musimy poczekać na bardziej sprzyjające warunki - usłyszałam w słuchawce
Odpowiedź jaką uzyskałam sprawiła ze opadło mi wszystko co jeszcze mogło.
Zastanawiam się tylko co lekarz miał na myśli mówiąc "sprzyjające warunki"
Ze niby będziemy czekać aż śniegi stopnieją - do wiosny, czy poczekamy aż uzbieram pokaźną kopertę zapomogi dla niedouczonych lekarzy?!
Jeśli czeka na to 2gie, to niestety, tu zabrzmi moje stanowcze NIE
Choćby skały srały i żabami padało NIE DAJE - NIE BIORE.
A tak poza tym, to jestem pociągająca - znowu.
Boli mnie wszystko co może.:)
Ale, są też powody do uśmiechu.
Dzisiaj mój prywatny, osobisty Seler ma imieniny. Kochany Sebciu vel Seler życzę ci samych wspaniałości, słodkości, radości i słoneczka.
Niech śnieg topi się na twojej drodze i żaden puchowy płatek ani kropla deszczu, nie ważą się przysiąść na twoim ramieniu.
Życzę ci dnia bez "upierdów" w pracy i miłego wieczoru ;)
Miałam dzisiaj zadzwonić w sprawie nieszczęsnego IMPLANTA. Oczekiwałam konkretnej odpowiedzi :
- tak, wytniemy i kiedy
albo:
- niestety nie, bo ...
- Proszę o kontakt w przyszłym tygodniu. Nie wykluczone że wytniemy, ale musimy poczekać na bardziej sprzyjające warunki - usłyszałam w słuchawce
Odpowiedź jaką uzyskałam sprawiła ze opadło mi wszystko co jeszcze mogło.
Zastanawiam się tylko co lekarz miał na myśli mówiąc "sprzyjające warunki"
Ze niby będziemy czekać aż śniegi stopnieją - do wiosny, czy poczekamy aż uzbieram pokaźną kopertę zapomogi dla niedouczonych lekarzy?!
Jeśli czeka na to 2gie, to niestety, tu zabrzmi moje stanowcze NIE
Choćby skały srały i żabami padało NIE DAJE - NIE BIORE.
A tak poza tym, to jestem pociągająca - znowu.
Boli mnie wszystko co może.:)
Ale, są też powody do uśmiechu.Dzisiaj mój prywatny, osobisty Seler ma imieniny. Kochany Sebciu vel Seler życzę ci samych wspaniałości, słodkości, radości i słoneczka.
Niech śnieg topi się na twojej drodze i żaden puchowy płatek ani kropla deszczu, nie ważą się przysiąść na twoim ramieniu.
Życzę ci dnia bez "upierdów" w pracy i miłego wieczoru ;)
poniedziałek, 18 stycznia 2010
O IMPLANCIE I ZALOTACH NA KIBEL
Już nie mam siły o nim pisać.
Nie lubię go, nie chce i już.
Chodzi o "Implanta" co to szuka różnych sposobów, żeby go tylko ze mnie nie wyciągnąć.
Używa chyba tajemnych sztuczek, którymi wpływa na otoczenie.
I tkwi w moim ramieniu, wcale nie chciany.
Dzisiaj miałam kolejną wizytę u chirurga, tym razem już taką z litości. A może dla świętego spokoju?!
Pan doktor obejrzał mnie 3 minuty.
- Wyjecie tego nie będzie takie proste. Wie Pani o tym?
Następny znawca się znalazł.
Pomarudził coś jeszcze ze nie dobrze że od rana nie mam czasu ...
W mordę misia, przecież ktoś w tym kraju musi pracować, tak?
- Dlaczego nie wyjęła pani tego w Irlandii?? - zapytał
- Bo mi się nie chciało - pomyślałam.
Dostałam skierowanie do szpitala w Zgierzu (dobrze że nie do Gdańska, bo bym się pewnie po pracy nie wyrobiła). Mam tylko nadzieję że się nie pomylę i nie trafię do szpitala psychiatrycznego. Jak bym tam zaczęła tłumaczyć ze mam coś jak zapałkę w ramieniu i chcę ją wyjąć, ale jej jakby nie widać na RTG, to czuję, że czekało by mnie dłuuuugie leczenie na oddziale zamkniętym. Mam zadzwonić w środę. Jeśli pan "głowa szpitala" się zgodzi, to powie mi kiedy na zabieg.
Obawiam się tylko ze nic z tego nie będzie. Nie miałam ze sobą pękatej koperty, ani nawet bombonierki z likierem - nie wiem jak mogłam.
No, ale zobaczymy.
W każdym razie Pan Grzegorz z rejestracji ma u mnie kawę. To on "załatwił" mi ta wizytę.
Wiecie co jeszcze zrobił ?! - dał mi klucze do toalety dla personelu, bo powiedział że w tej dla pacjentów strasznie śmierdzi i lepiej żebym tam nie szła.
Panie Grzesiu - bardzo dziękuje ;)
Rwanie na kibel - nieźle co?
Oczywiście, to było z życzliwości, a ja sobie tylko humor poprawiam. Do toalety poszłam sama - bo jak coś to tylko z Selerem w duecie ;)
Instrukcja wyjęcia implanta jest mniej więcej taka:
Nie lubię go, nie chce i już.
Chodzi o "Implanta" co to szuka różnych sposobów, żeby go tylko ze mnie nie wyciągnąć.
Używa chyba tajemnych sztuczek, którymi wpływa na otoczenie.
I tkwi w moim ramieniu, wcale nie chciany.
Dzisiaj miałam kolejną wizytę u chirurga, tym razem już taką z litości. A może dla świętego spokoju?!
Pan doktor obejrzał mnie 3 minuty.
- Wyjecie tego nie będzie takie proste. Wie Pani o tym?
Następny znawca się znalazł.
Pomarudził coś jeszcze ze nie dobrze że od rana nie mam czasu ...
W mordę misia, przecież ktoś w tym kraju musi pracować, tak?
- Dlaczego nie wyjęła pani tego w Irlandii?? - zapytał
- Bo mi się nie chciało - pomyślałam.
Dostałam skierowanie do szpitala w Zgierzu (dobrze że nie do Gdańska, bo bym się pewnie po pracy nie wyrobiła). Mam tylko nadzieję że się nie pomylę i nie trafię do szpitala psychiatrycznego. Jak bym tam zaczęła tłumaczyć ze mam coś jak zapałkę w ramieniu i chcę ją wyjąć, ale jej jakby nie widać na RTG, to czuję, że czekało by mnie dłuuuugie leczenie na oddziale zamkniętym. Mam zadzwonić w środę. Jeśli pan "głowa szpitala" się zgodzi, to powie mi kiedy na zabieg.
Obawiam się tylko ze nic z tego nie będzie. Nie miałam ze sobą pękatej koperty, ani nawet bombonierki z likierem - nie wiem jak mogłam.
No, ale zobaczymy.
W każdym razie Pan Grzegorz z rejestracji ma u mnie kawę. To on "załatwił" mi ta wizytę.
Wiecie co jeszcze zrobił ?! - dał mi klucze do toalety dla personelu, bo powiedział że w tej dla pacjentów strasznie śmierdzi i lepiej żebym tam nie szła.
Panie Grzesiu - bardzo dziękuje ;)
Rwanie na kibel - nieźle co?
Oczywiście, to było z życzliwości, a ja sobie tylko humor poprawiam. Do toalety poszłam sama - bo jak coś to tylko z Selerem w duecie ;)
Instrukcja wyjęcia implanta jest mniej więcej taka:
- wyczuć intruza pod skórą
- odkazić "okolice"
- zaznaczyć
- znieczulić
- zrobić 2-3 mm nacięcie
- wyjąć pęsetą
- upewnić się że wszystko wyjęte
- zalepić plastrem
środa, 13 stycznia 2010
13go ...
- Data zabiegu 13.01.2010 godzina 16:00
- Świetna data - odpowiedziałam
- Niech się Pani nie martwi, jeszcze żadem pacjent nam nie zszedł 13 go - odpowiedział dowcipnie pan w rejestracji.
Już wiem dlaczego
Na dzień 13go, wzięłam urlop, wszak "kroić" mnie maja i trzeba się do tego psychicznie przygotować.
Pokonałam przeszkody komunikacyjne. Dotarłam na miejsce o czasie. Wyciągnęłam kartę, kupiłam i założyłam "buty ochronne" i grzecznie usidłam, czekając na swoją kolej.
- Niech się pani wcześniej pokaże Pani doktor - krzyknął ktoś za mną z rejestracji.
Uczyniłam co kazano. Przeprosiłam pacjentów w kilometrowej kolejce i wcisnęłam się do lekarza.
- Pani doktor, jestem na zabieg. Czy mam poczekać w poczekalni? - zameldowałam, zapytałam
- Proszę wejść. Musimy porozmawiać. Muszę Pani wyjaśnić dlaczego nie zrobimy zabiegu.
W tym momencie ciśnienie mi się delikatnie podniosło, nóż w kieszeni otworzył, w myślach przypomniałam sobie wszystkie mi znane przekleństwa ..
Przez ostatni miesiąc, mieli problem, bo nie wiedzieli jak. Wydrukowałam już instrukcje obrazkową.
Pojawiła się nowy problem: nie można tego sklasyfikować, chora kasa za to nie zapłaci.
Rozbawił mnie tekst lekarki:
- Proszę Pani, to nie problem wyciągnąć implant, nie takie ciała obce usuwaliśmy.
Top ja się k.....wa pytam, po jakiego h.....ja oni tyle razy kazali mi przychodzić, kupić znieczulenie (dostałam receptę na całe opakowanie 10szt - jakby mnie mieli całą znieczulać - kupiłam 2 szt), marnować czas na szukanie instrukcji, skoro wiedzą jak. Jak by nie mogli od razu mi powiedzieć ze nie wytną i już.
Polak potrafi po prostu znaleźć problem.
Okazało się że nawet jak ja za to zapłacę, to mi nie wytną, bo to państwowa przychodnia.
Mam udać się do lekarza pierwszego kontaktu po skierowanie do poradni w CZMP. Niestety nie dają głowy czy tam mi wytną. Możliwe że będę musiała zrobić to prywatnie.
Ostatni ratunek w tym, że uda mi się skorzystać z "przysługi" pewnego lekarza owej przychodni, któremu może uda się to pod coś podciągnąć. Okaże się w pon albo wt. Jeśli nie, impreza imieninowo (Sebcia) - urodzinowa (Krzysia) będzie krwawą.
Planuje upić się i wydłubać to g....no.
Wracając do domu zahaczyłam o galerie i kilka sklepów. Miałam zamiar w celu poprawienia humoru i trochę zdrowia, nabyć drogą kupna jakieś buty.
Zdrowia, bo zamszowe buty nie zdają egzaminu na śniegu i jeszcze nie zdążę wyjść z domu, a już mam skarpetki mokre do kostek.
Odwiedziłam w sumie 9 sklepów i d...pa zbita. Jeśli już się coś nadawało, to kosztowało 5 razy tyle ile byłam w stanie zapłacić, albo nie było kajaków ( mojego rozmiaru), a tak to wspaniałe kozaki na 15cm obcasie ...
Nie nauczyłam się chodzić na szczudłach.
W rezultacie, kupiłam sobie 5 par skarpet żebym mogła częściej zmieniać.
- Świetna data - odpowiedziałam
- Niech się Pani nie martwi, jeszcze żadem pacjent nam nie zszedł 13 go - odpowiedział dowcipnie pan w rejestracji.
Już wiem dlaczego
Na dzień 13go, wzięłam urlop, wszak "kroić" mnie maja i trzeba się do tego psychicznie przygotować.
Pokonałam przeszkody komunikacyjne. Dotarłam na miejsce o czasie. Wyciągnęłam kartę, kupiłam i założyłam "buty ochronne" i grzecznie usidłam, czekając na swoją kolej.
- Niech się pani wcześniej pokaże Pani doktor - krzyknął ktoś za mną z rejestracji.
Uczyniłam co kazano. Przeprosiłam pacjentów w kilometrowej kolejce i wcisnęłam się do lekarza.
- Pani doktor, jestem na zabieg. Czy mam poczekać w poczekalni? - zameldowałam, zapytałam
- Proszę wejść. Musimy porozmawiać. Muszę Pani wyjaśnić dlaczego nie zrobimy zabiegu.
W tym momencie ciśnienie mi się delikatnie podniosło, nóż w kieszeni otworzył, w myślach przypomniałam sobie wszystkie mi znane przekleństwa ..
Przez ostatni miesiąc, mieli problem, bo nie wiedzieli jak. Wydrukowałam już instrukcje obrazkową.
Pojawiła się nowy problem: nie można tego sklasyfikować, chora kasa za to nie zapłaci.
Rozbawił mnie tekst lekarki:
- Proszę Pani, to nie problem wyciągnąć implant, nie takie ciała obce usuwaliśmy.
Top ja się k.....wa pytam, po jakiego h.....ja oni tyle razy kazali mi przychodzić, kupić znieczulenie (dostałam receptę na całe opakowanie 10szt - jakby mnie mieli całą znieczulać - kupiłam 2 szt), marnować czas na szukanie instrukcji, skoro wiedzą jak. Jak by nie mogli od razu mi powiedzieć ze nie wytną i już.
Polak potrafi po prostu znaleźć problem.
Okazało się że nawet jak ja za to zapłacę, to mi nie wytną, bo to państwowa przychodnia.
Mam udać się do lekarza pierwszego kontaktu po skierowanie do poradni w CZMP. Niestety nie dają głowy czy tam mi wytną. Możliwe że będę musiała zrobić to prywatnie.
Ostatni ratunek w tym, że uda mi się skorzystać z "przysługi" pewnego lekarza owej przychodni, któremu może uda się to pod coś podciągnąć. Okaże się w pon albo wt. Jeśli nie, impreza imieninowo (Sebcia) - urodzinowa (Krzysia) będzie krwawą.
Planuje upić się i wydłubać to g....no.
Wracając do domu zahaczyłam o galerie i kilka sklepów. Miałam zamiar w celu poprawienia humoru i trochę zdrowia, nabyć drogą kupna jakieś buty.
Zdrowia, bo zamszowe buty nie zdają egzaminu na śniegu i jeszcze nie zdążę wyjść z domu, a już mam skarpetki mokre do kostek.
Odwiedziłam w sumie 9 sklepów i d...pa zbita. Jeśli już się coś nadawało, to kosztowało 5 razy tyle ile byłam w stanie zapłacić, albo nie było kajaków ( mojego rozmiaru), a tak to wspaniałe kozaki na 15cm obcasie ...
Nie nauczyłam się chodzić na szczudłach.
W rezultacie, kupiłam sobie 5 par skarpet żebym mogła częściej zmieniać.
czwartek, 7 stycznia 2010
implant cd czyli o naszej służbie zdrowia i chorej kasie
Myślałam ze pominę dalszy ciąg tej historii, ale nie mogę,
Wczoraj byłam z kolejną wizytą u chirurga, w sprawie wspominanego wcześniej implantu (a ?).
Przez okres Świąt, miałam się czegoś dowiedzieć, tzn jak to wydłubać. Nie rozumiem tylko dlaczego ja. No ale nasze służby zdrowia nikt nie rozumie.
- 16:45, tylko proszę przyjść pół godziny wcześniej - usłyszałam miły głos w słuchawce. W końcu się dodzwoniłam. Po 2 dniach, ktoś raczył odebrać.
Pokonując śniegi, zaspy, problemy komunikacyjne, dotarłam na czas.
Muszę przyznać że popołudnie było urocze. Śnieg delikatnie prószył, a zaspy mieniły się kolorami w blasku chowającego się słońca ... I to był jedyny pozytyw mojej wycieczki.
W przychodni, okazało się że jest kolejka jak stąd do Krakowa. Na szczęście miałam ze sobą książkę
-Chwila dla mnie - pomyślałam oddając się lekturze. Tylko że skupić się w takim miejscu jest gorzej niż w zatłoczonym autobusie. Co chwilę, ciszę przerywał dźwięk czyjejś komórki, albo głośne komentarze na tempo pracy. Nasłuchałam się również o dnie moczanowej, ręce pociętej siekierą, pękniętym dysku, ropniu pod kolanem i ochraniaczach które nie wiadomo po co są.
Z nosem w książce udawałam ze mnie tam nie ma, żeby tylko nie zostać wciągniętą w jakąś dyskusję.
Po blisko 2 godzinach czekania, przyszła moja kolej.
Pani doktor szybko przypomniała sobie o co ze mną chodzi. Powiedziała że znaleźli coś w internecie i pokazał mi wydrukowaną stronę z przeróżnymi informacjami. Brakowało tam tylko choćby zdania o tym jak to coś wyciągnąć. Informacje zebrane przeze mnie były pełniejsze, chociaż chyba nie o to im chodziło.
Po minucie cmokania, wzdychania - że się niby zastanawiała czy coś - zapadła decyzja.
- Wytniemy, tzn spróbujemy. jak się nie uda to skierujemy Panią na jakiś oddział. Powiedziała panie doktor - Oczywiscie nie dzisiaj, bo to musimy się na zabieg umówić i wpisać do grafika ...
Termin za tydzień. Zabieg nie powinien trwać dłużej niż 5 minut.
Na ustalenie terminu i krótką, nic nie wnoszącą rozmowę zmarnowałam 2 godziny ...
Żeby ustalić termin - pani ma zeszyt w gabinecie zabiegowym - musiałam kupić ochraniacze.
- Proszę się jeszcze wrócić do lekarza po receptę na znieczulenie, bo my nie mamy - powiedział pan z rejestracji - NFZ nie pozwala nam mieć własnego.
Dobrze że nie muszę mieć własnego skalpela i nie będę płaciła za wynajęcie sali zabiegowej.
Tylko pytam się grzecznie - to na co idą nasze niemałe składki ?
Wczoraj byłam z kolejną wizytą u chirurga, w sprawie wspominanego wcześniej implantu (a ?).
Przez okres Świąt, miałam się czegoś dowiedzieć, tzn jak to wydłubać. Nie rozumiem tylko dlaczego ja. No ale nasze służby zdrowia nikt nie rozumie.
- 16:45, tylko proszę przyjść pół godziny wcześniej - usłyszałam miły głos w słuchawce. W końcu się dodzwoniłam. Po 2 dniach, ktoś raczył odebrać.
Pokonując śniegi, zaspy, problemy komunikacyjne, dotarłam na czas.
Muszę przyznać że popołudnie było urocze. Śnieg delikatnie prószył, a zaspy mieniły się kolorami w blasku chowającego się słońca ... I to był jedyny pozytyw mojej wycieczki.
W przychodni, okazało się że jest kolejka jak stąd do Krakowa. Na szczęście miałam ze sobą książkę
-Chwila dla mnie - pomyślałam oddając się lekturze. Tylko że skupić się w takim miejscu jest gorzej niż w zatłoczonym autobusie. Co chwilę, ciszę przerywał dźwięk czyjejś komórki, albo głośne komentarze na tempo pracy. Nasłuchałam się również o dnie moczanowej, ręce pociętej siekierą, pękniętym dysku, ropniu pod kolanem i ochraniaczach które nie wiadomo po co są.
Z nosem w książce udawałam ze mnie tam nie ma, żeby tylko nie zostać wciągniętą w jakąś dyskusję.
Po blisko 2 godzinach czekania, przyszła moja kolej.
Pani doktor szybko przypomniała sobie o co ze mną chodzi. Powiedziała że znaleźli coś w internecie i pokazał mi wydrukowaną stronę z przeróżnymi informacjami. Brakowało tam tylko choćby zdania o tym jak to coś wyciągnąć. Informacje zebrane przeze mnie były pełniejsze, chociaż chyba nie o to im chodziło.
Po minucie cmokania, wzdychania - że się niby zastanawiała czy coś - zapadła decyzja.
- Wytniemy, tzn spróbujemy. jak się nie uda to skierujemy Panią na jakiś oddział. Powiedziała panie doktor - Oczywiscie nie dzisiaj, bo to musimy się na zabieg umówić i wpisać do grafika ...
Termin za tydzień. Zabieg nie powinien trwać dłużej niż 5 minut.
Na ustalenie terminu i krótką, nic nie wnoszącą rozmowę zmarnowałam 2 godziny ...
Żeby ustalić termin - pani ma zeszyt w gabinecie zabiegowym - musiałam kupić ochraniacze.
- Proszę się jeszcze wrócić do lekarza po receptę na znieczulenie, bo my nie mamy - powiedział pan z rejestracji - NFZ nie pozwala nam mieć własnego.
Dobrze że nie muszę mieć własnego skalpela i nie będę płaciła za wynajęcie sali zabiegowej.
Tylko pytam się grzecznie - to na co idą nasze niemałe składki ?
czwartek, 17 grudnia 2009
Majtki opadają ...
Dzisiaj będzie nie o zaśnieżonych drogach, nie o korkach na ulicach. Nie będzie też słowa o nieprzyzwoicie niskiej temperaturze na dworze. Nie będzie również o wspaniałych pomysłach mego potomstwa, ani o bieliźnie, jak w tytule.
Dzisiaj o naszej ulubionej służbie zdrowia i historii mej, która jeszcze nie ma zapisanego końca.
Przez kilka lat mych ostatnich, mieszkałam na "zielonej wyspie" - to wiecie.
Tam miałam założony pewien implant. Termin jego wyjęcia to luty 2011, wiec można by pomyśleć że czasu mam sporo. Postanowiłam jednak usunąć to coś, bo nie działa jak powinno, wręcz przeciwnie.
Dla ścisłości - założyła mi go pielęgniarka w przychodni "lekarzy pierwszego kontaktu".
Tak więc udałam się do swojego lekarza rodzinnego (w Łodzi oczywiście ), ten stwierdził że nie zajmuje się takimi rzeczami i odesłał mnie do Ginekologa. Co było potem? - Zostałam odesłana znowu do Lekarza Rodzinnego, ponieważ lekarz dowcipny, również się tym nie zajmuje. Tam, bardzo miła Pani doktor wypisała mi łaskawie skierowanie do chirurga.
W tak zwanym międzyczasie, próbowałam dowiedzieć się czegoś o możliwościach wydobycia niechcianego przedmiotu ze swego ramienia.
Korzystając ze znajomości znajomej swej (ma kontakt z chirurgami, w związku ze specyfiką swojej pracy), dowiedziałam się że raczej nie znajdę nikogo kto by się tego podjął, bo nie wiedzą jak. Chyba że prywatnie (nie chce wiedzieć nawet za ile), to wtedy już będą wiedzieli - pieniądze jednak uczą.
Jest również opcja chirurgii ginekologicznej (cały czas mówimy i "zapałce" w moim ramieniu), ale wtedy będę musiała dłuuuugo czekać i też nie wiadomo czy się da.
Tak więc po tych optymistycznych wiadomościach "po znajomości", postanowiłam mimo wszystko udac się do chirurga ogólnego. Wizyta w końcu była umówiona.
Przy okazji, dowiedziałam się, że legitymacja ubezpieczeniowa jest ważna miesiąc, a nie dwa, jak zostałam poinformowana tydzień wcześniej u pediatry. Wszystko się tak szybko zmienia ...;)
Zostałam przyjęta przez bardzo miła Panią doktor, która generalnie nie wiedziała "o czym do niej rozmawiam". Jak już zaskoczyła, usilnie próbowała znaleźć jakieś informacje jak to wydłubać na karcie od implanta, gdzie jest tylko napisane, kiedy i gdzie mi to wsadzili, i kiedy bezwzględnie muszę to wyjąć.
Jak i tam nic nie znalazła, zaczęła się denerwować dlaczego właściwie nie załatwił tego ginekolog i w sumie to powinna mnie do niego spowrotem odesłać.
Skonsultowała się ze swoimi kolegami i nikt nic nie wiedział. Wysłano mnie na prześwietlenie rentgenowskie. Pan doktor stwierdził pokazując mi zdjęcie - "Jest, ale jakby go nie było" (na zdjęciu nie było nawet pół cienia). Dobrze że paskudztwo to jest wyczuwane pod palcem, bo skłonni by pomyśleć że świrnięta jestem i skierowanie do psychiatryka bym dostała.
Pani doktor załamała ręce. Zastanawiała się jak to wyciągnąć, skoro nie widać (nie widać bo pod skórą i warstwą tłuszczyku schowane). i w zasadzie mało wyczuwalne. Uświadomiłam więc panią, że widocznie nie pomacała mnie zbyt dokładnie, bo nie dość że wyczuwam, to jeszcze początek i koniec umiem określić. No i zaczęło się. Ponowne obmacywanie. Przez moment czułam się jak eksponat muzealny. Wszyscy chcieli mnie zobaczyć i dotknąć. W sumie nie pomyślałam o opłatach. W końcu za dotykanie się płaci, chyba że się ma specjalną taryfę, a ci takiej nie mieli.
W przychodni spędziłam blisko 2 godziny. Diagnoza: Nie wiemy czy się da wyciągnąć tak po prostu. Proszę przyjść po nowym roku. Jeśli by mogła się Pani czegoś dowiedzieć ... z czego to jest i jak to wyjąć ...
Z tego co pamiętam uczelnia którą kończyłam to Uniwersytet Łódzki, a nie Akademia Medyczna. Chociaż, jestem tak zakręcona że i to mogłam pomylić. Może faktycznie mam dyplom lekarza, a nie belfra.
A tak poważnie, to majtki opadają. Cały czas myślałam, że nasza służba zdrowia jest "słaba", bo nie ma pieniędzy, brakuje sprzętu ... wygląda na to że i z wiedzą nie jest u nas najlepiej.
Teraz powinnam zadzwonić do przychodni na wyspę i powiedzieć, że mój chirurg nie wie co to jest i jak to wyjąć i poproszę o informacje?!
Może powinnam poprosić o maila z instrukcją obrazkową.
Wstyd :(
Subskrybuj:
Posty (Atom)


: