Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przypadki braci G.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przypadki braci G.. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 lipca 2015

ILUZJA, CZYLI ODCINEK DLA WIDZÓW O SILNYCH NERWACH

Dzisiejszy odcinek zaczniemy od zagadki.
Co widnieje na zamieszczonym obrazku?!

To proszę państwa są jasne skarpetki mojego potomstwa w stanie tzw "poobozowym" namoczonym.
Szczęście że nie miałam tej wątpliwej przyjemności widzieć i czuć wspomnianych.
Panowie się odmeldowali, cali, zdrowi i mega zadowoleni.
Po 3 tygodniach w głębokim lesie, najchętniej by tam jeszcze zostali.
Jeśli zdania nie zmienią, to przyszłoroczne wakacje mam już dla nich zaplanowane.
Wygląda na to że to tylko ja się tu męczyłam. W sensie że dziwną matką jestem. Albo może właśnie zwyczajną?! Brakowało mi ich codziennego słowotoku i ogólnie jakoś nie mogłam sobie miejsca znaleźć. Wszystkie plagi egipskie mnie dopadły z jelitówką włącznie. Dzisiaj na ten przykład musiałam się ewakuować z autobusu w drodze do pracy, co by widowiska nie zrobić. Godzinny spacer dobrze mi zrobił. Teraz mobilizuje siły na jutro.
A potem ...
A potem to już tylko urlop.
Jutro jest mój ostatni dzień użalania się nad sobą.
Potem się podniosę, otrzepię i pójdę do przodu.
A co!

piątek, 3 lipca 2015

UPS EXCUSE ME - CZYLI OFICJALNE ROZPOCZĘCIE WAKACJI

Oficjalnie zaczęłam mini urlop.
Dzieci zakończyły rok szkoły z wynikiem zadowalającym. Zadowalającym mnie, Oni są zachwyceni.
Pogoda cudna, powiedziałabym nawet że jest za ciepło.
Tak, tu na zielonej wyspie jest zbyt wysoka temperatura. Albo to już ten wiek?!
Również sezon głupawki można uznać za rozpoczęty. Nie tylko mi, potomstwu też się odkleja. Najpierw rozmiękło od wilgoci a teraz przesuszone upałem się odkleiło i powyginało. Chociaż może to geny?!
Walizki spakowane.
Bilety wydrukowane.
Polskie lasy - drżyjcie - chłopcy jadą na obóz.
Ja zaraz wracam do pracy.
To będą moje wakacje. W ciszy i spokoju, jak już wywiozę potomstwo.

By MARCIN  - rysowane lewą ręką.
Dowód rzeczowy na potwierdzenie
pokrewieństwa z moja skromną osobą.



A wy bawcie się dobrze!

piątek, 15 maja 2015

ZMARNOWANE SZANSE CZYLI CO BY BYŁO GDYBY

Człowiek uczy się całe życie. Nawet ja.

Potraficie dotknąć całą powierzchnią kciuka do przedramienia?!
Ja i połowa mojego potomstwa umiemy.
Okazuje się że dzięki temu mamy predyspozycje do bycia świetnymi sportowcami, bo jesteśmy bardzo elastyczni i mamy zwiększony zakres ruchów. Jednocześnie większą łatwość do kontuzji, więc powinniśmy mieć wzmocnione mięśnie.
Szkoda że nikt mi wcześniej tego nie powiedział, bo pewnie byłabym akrobatką, pływaczką, skakałabym o tyczce albo najęłabym się w cyrku jako kobieta guma. Teraz to tylko za pocisk armatni mogę robić.


Gdybym tylko wiedziała wcześniej ...

piątek, 27 marca 2015

PACZKĄ DOOKOŁA ŚWIATA, CZYLI POWÓD DLA KTÓREGO NIE POWINNAM ROBIĆ ZAKUPÓW

Zrobiłam zakupy przez internet.
Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz.
Buty potomkowi kupiłam.
Przez roztargnienie swe, wszak innego powodu nie znajduję (wyrosłam i to bardzo z utrudniania życia innym) pomieszałam adresy - płatniczy i dostawy. Mix wyszedł z tego niezły. Paczka bowiem została wysłana do Irlandii na adres polski.
W owym sklepie internetowym rozpoznają już mój charakter pisma, wszak maile ślą się gęsto. W firmie kurierskiej niedługo będą przybijać ze mną 5tkę przez telefon. Jeszcze chwila a poznam wszystkich na infolinii. Dzisiaj już np składali mi życzenia wielkanocne. Nie wiem czy chcieli dać mi do zrozumienia że liczą na to że przed Wielkanocą się nie usłyszymy?!

Wracając do tematu.
Moja paczka była już:

GATWICK - UK
DUBLIN - IRELAND
BRUSSELS - BELGIUM
POZNAŃ - POLAND i tu miałam przez chwilę nadzieję że pracownicy sortowni czy innego miejsca gdzie rozdzielają przesyłki wpadną na pomysł, że jeśli Łódź, bo kraj i ulica może się zgadzać. Nie wpadli.
HANNOVER - GERMANY
BRUSSELS - BELGIUM
DUBLIN - IRELAND - tu byłam pełna nadziei że się w końcu firmy dogadały.
EAST MIDLANDS - UK Tu kupiłam Marianowi nowe buty - w tym samym sklepie - lubię dreszczyk emocji
LEIPZIG - GERMANY - nowe buty Marcina doszły.

Jeszcze chwila i będzie z tego materiał na film. Paczką dookoła świata. Ciekawe tylko czy młody nie wyrośnie z tych butów zanim dotrą.

piątek, 20 marca 2015

ZIELONO MI, CZYLI PIERWSZY DZIEŃ WIOSNY W WYKONANIU POTOMSTWA

Słońce się zaćmiło - w Dublinie raczej przez chmury. Powiedziałabym nawet że trwa nadal.
Nie zmienia to jednak faktu że wiosnę czuć że hej.

Nawet moim dzieciom wiosennie się zrobiło.
Krzyś przyniósł piękny zielony piórnik. Drewniany. Własnej roboty.
Ja w szkole robiłam obieraczki do ryb z kapsla i kawałka deski. Dlaczego nikt nie wpadł na pomysł zrobienia takiego piórnika?! Przynajmniej pożytek by jakiś był, a tak tylko pogłębiono mój wstręt do ryb.

A Marcin zmienia kolor. Na zielony.
Na szczęście nie ze złości.

Pojechaliśmy do szpitala na umówioną wizytę co by mu zdjęli gips, a tu niespodzianka. Założyli mu nowy - tym razem zielony i to nie na 2 a na 3 tyg.

A miało być tak pięknie :)

wtorek, 10 marca 2015

WTORKOWE PODSUMOWANIE TYGODNIA, CZYLI OBY DO WEEKENDU!

W tym tygodniu odhaczyć mogę już kilka ważniejszych zdarzeń.

Wizyta na izbie przyjęć z kostką Marcina.

Telefon z zaproszeniem na kolejną rozmową o pracę. Wygląda na to że wszechświat sobie o mnie przypomniał ... a policja nadal mnie sprawdza. Widać jestem ciekawym przypadkiem.

Nauka w narzeczu mi nieznanym. Zaczynam bowiem mieć wątpliwości czy wykładowym językiem kursu księgowości jest jeden z mi znanych.

Urodzinowy tort dla szwagra. Wygląda na to że się udał, chociaż okaże się jutro, jeśli nie odnotujemy żadnego zgonu albo zatrucia pokarmowego w najbliższym otoczeniu. 
Jeszcze raz wszystkiego najlepszego Krzysiu!


Kolejny telefon ze szpitala. Okazało się że po ponownym obejrzeniu prześwietlenia Marcina kończyny, przez ortopedę specjalistę, zauważono uraz mięśnia.
Mamy się stawić z samego rana, co by mu jednak stopę usztywnili.
Młody po dzisiejszym dniu był gotów odrzucić kule i "iść" - a tu niespodzianka.




Mamy póki co wtorek i marzę o tym żeby już zamknąć listę.
Do końca tygodnia jednak daleko ...



poniedziałek, 9 marca 2015

DZIEŃ KOBIET, CZYLI JAK TO MATKA POŻEGNAŁA SIĘ Z RUMAKOWANIEM

Moje dzieci lubią zaskakiwać.
Wychodzi im to całkiem nieźle.
Po dniu kobiet, kiedy to zaczęło mi brakować leków uspokajających, a mój system nerwowy dyndał na strzępach, Marian zaserwował mi nowa niespodziankę.
O czym marzy matka po w...yczerpującym dniu poprzednim?!
Oczywiście że o relaksie na izbie przyjęć.
Wczoraj grał brat z bratem w piłkę. Nóżka się dziecku "wysmykła" i się "wygła".
Krew nie tryskała, potomek większych zażaleń nie meldował, do kościoła na coniedzielną mszę dokuśtykał, wiec jakoś jego kończyna umknęła mojej uwadze. No dobra, odnotowałam, ale nie zakodowałam na czerwono.
Poranek dnia następnego, kiedy to dziecię już w gotowości do szkoły ...
- Mamo, ty pamiętasz że my dzisiaj mamy zwody?!
- No, coś wspominałeś, a co?
- Jak ja mam biegać?
- Normalnie. A co? - Poczułam się jak bałwan Olaf.
- No bo ja nie bardzo mogę chodzić.

Okazało się że kostka potomka podwoiła swoja objętość.
W kila sekund plany na dzień dzisiejszy zostały pozmieniane i tak to właśnie spędziliśmy całe przedpołudnie w szpitalu, na izbie przyjęć.

Na szczęście okazało się że syn jest w jednym kawałku, a staw skokowy "jedynie" skręcony.
Ku radości potomka, dostał kule i do końca tygodnia ma na nich skakać co by kończyny nie nadwyrężać. I jeszcze coś nam lekarka mówiła o poduszce pod nogą. Że niby hrabia ma leżeć z nogą na wysokościach.

No i skończyło się rumakowanie.
Nie dość że o śniadaniach do łóżka i kwiatach od potomstwa już dawno zapomniałam, to jeszcze teraz poszkodowany do opieki ...

Nie miała baba kłopotu ...


piątek, 13 lutego 2015

CHCESZ ROZBAWIĆ PANA BOGA? POWIEDZ MU JAKIE MASZ PLANY. CZYLI JAK TO MATKA DZIECIOM FERIE ZAPLANOWAŁA

Robotnicy poszli sobie.
Chociaż nie wierzyłam że cokolwiek może się zmienić - temperatura w mieszkaniu utrzymuje się na poziomie takiej, która nie zagraża odmrożeniom. Rano nie doznajemy szoku termicznego.
Nawet syf po ich pracy nie był tak wielki jakiego się spodziewałam.
No rozczarowanie na całej linii :)
Więc jest dobrze!

Ale z innej beczki.
Ostatni dzień w szkole przed feriami.
Planowałam potomstwu rozrywkę. Już w niedziele mieliśmy jechać na północ wyspy. Mieliśmy zobaczyć się ze znajomymi, chłopcy mieli spotkać się z tatą. A nie, przepraszam. Dawca jak się dowiedział że przyjeżdżamy to przestał ze mną gadać więc szanse na spotkanie były minimalne.
Tak, zionę jadem.
Już nawet miałam zaplanowany sposób na zdobycie dodatkowych pieniędzy co by na bilet kolejowy było - a to nie tania impreza.

Tak czy inaczej przyszły tydzień zapowiadał się pięknie.

No i dzisiaj się mi dziecko zagotowało.
Od jakiegoś czasu trąbią ze na wyspie panuje grypa. Wszyscy dookoła już mieli. Nawet ja. Moje potomstwo trzymało się dzielnie.
Aż do dzisiaj.
Tak więc nasze plany poszły się paść.
Chyba że to psikus piątku 13go :)

wtorek, 13 stycznia 2015

LET IT SNOW CZYLI CO ZIELONA WYSPA ROBI Z DZIECI

Temperatura na zewnątrz 3'C
Aplikacja w telefonie pokazuje że odczuwalna -6'C i to by się zgadzało.
Pogoda jak na wyspie. Zimno, wieje. Jak pada to parasola się nie opłaca wyciągać. Ja wyciągnęłam 2 razy - pierwszy i ostatni. Po przejściu 3 metrów już był połamany.
Chyba trzeba by wysłać do Chin informację o wymaganych właściwościach. Ale to kiedy indziej.

Poszła rodzicielka pod szkołę po potomka.
Zaczął padać - UWAGA - śnieg.
Padał całe 15 min. Może nawet i 18.
Dzieci na ten widok oszalały.
Każde wychodzące ze szkoły skakało, piszczało, krzyczało - tak żeby wszyscy którzy nie zauważyli, wiedzieli
PADA ŚNIEG

Byłam przekonana że Marian jako osobnik przez większość życia swego wychowany w Polandii, nie specjalnie się tym przejmie.
W jakże wielkim byłam błędzie.
Podekscytował się tym faktem tak bardzo, ze aż zrobił śnieżkę co by bratu swemu pokazać, wszak ten zagilany w domu pod kołdrą to i okazji na podziwianie cudu pogodowego nie miał.
A jak już zaprezentował ...

- Mamo, schowam ją na pamiątkę, do zamrażalnika.

Kurtyna



Bałwan znaleziony w sieci

piątek, 9 stycznia 2015

KOŃCZ WAŚĆ, WSTYDU OSZCZĘDŹ

No i jak wam się zaczął Nowy rok?!
Mój zaczął się tak, że już mógłby się skończyć!


Święta przeżyliśmy - było w sumie fajowsko - tłumnie, rodzinnie ... tak jak Święta wyglądać powinny.
Nowego Roku z potomstwem nie przegapiliśmy, bo prąd był, choć tego dnia różne dziwne rzeczy się działy. Szczególnie połączenie z internetem było tylko wtedy kiedy miało ochotę.

Tak sobie myślałam (tak, tak, zdarza mi się) że może jednak w tym roku to ja bym sobie odpuściła tego bloga. Ostatnio tak mi szło jak krew z nosa. Bo cóż ja mam pisać, jak u nas nudy, nic się nie dzieje, co najwyżej wkurza ...
No ale z natury gadułą jestem, a że szkoda mi tu potencjalnych odbiorców zmęczyć zanadto i zniechęcić szybko, to pewnie z blogiem tak szybko się nie rozstanę.

Przede wszystkim żyjemy - wszyscy w jednym kawałku.
Marian odpowiednio został napromieniowany - palec jest na właściwym miejscu.
Ma tylko zakaz KOPANIA nogą przez 2 tygodnie co by kość mogła nabrać mocy na kolejne akcje.

I to by było na tyle jeśli chodzi o emocjonujące zdarzenia ...
Cisza przed burzą?!

Na koniec nie omieszkam pochwalić się jakiego to mądrego potomka na własnej krwi wyhodowałam.
Przyszły już wyniki grudniowych egzaminów i powiem szczerze ze jestem dumna i blada. Same A i B, tylko z czegoś jak nasz WOS - C, ale ja też nigdy z politycznych rzeczy mocna nie byłam. Za to potomek wykazuje zadatki na naukowca. Nawet w nagrodę na wycieczce naukowej był z "najlepszymi".

Jeszcze kiedyś będzie o nim głośno!
Pamiętając jak mawiał mój profesor od Psychologii - dzieci dziedziczą inteligencję po matce.
Sami więc rozumiecie że nie mogę się powstrzymać - sama siebie przecież chwalić nie będę.


A wy bądźcie obrzydliwie szczęśliwi w tym Nowym 2015 Roku!

niedziela, 21 grudnia 2014

JAK TO ŚCIANA MARCINOWI WYROSŁA PRZED STOPĄ, CZYLI ŻEBY ŚWIĘTA NIE BYŁY NUDNE

Stworzę chyba serię "1000 przypadków braci G".
Albo zacznę rozmyślania "Co by matka robiła, z wolnym czasem, gdybym potomstwa nie miała?!"
Pewnie dłubałabym łokciem w nosie z nudów i czasu wolnego miałam bym po kokardki.
Na szczęście potomstwo jest i głowy sobie nie mam czasu zaprzątać takimi głupotami.
Chłopcy organizują mi każdą minutę wolnego czasu. Jak tylko wyczują że już, już za momencik wszystko miałabym zrobione ... Wyobraźnie zdecydowanie odziedziczyli po mnie.

Przedświąteczna sobota.
Od rana sprzątanie, zakupy ...
Postanowiliśmy zrobić świąteczne ciasteczka. Zapomniałam tylko że nie mamy mąki ... i masła ... i proszku do pieczenia ... W sumie to miałam tylko cukier, co rzeczą jest dziwna bo tej białej śmierci w zasadzie tylko Krzyś używa i to też jak mu się przypomni o herbacie.
Dokupiłam brakujące produkty w sklepie po sąsiedzku. Jeszcze trochę a zacznę tam w kapciach chodzić. Upiekliśmy ciasteczka, posprzątałam po akcji kuchennej i już, już witała się z gąską...
Usłyszałam śmiech przez łzy Marcina.
Oczywiście kiedy ja ogarniałam pobojowisko w kuchni, chłopcy znaleźli sobie zajęcie, a że twórczy są wyjątkowo, musiało być to coś głupiego.
Mają rzutki, ale nie z ostrymi strzałkami, tylko takie zwykłe, na rzepy (dla bezpieczeństwa). Ubrali się w świąteczne sweterki i udawali że są żywym celem. Do momentu kiedy przed Marcinem wyrosła ściana - złośliwa.
Zamachnął się siarczyście, przypomniał sobie słowa potocznie uznane za wulgarne i wydając dziwne dźwięki przykuśtykał do kuchni.
No dobra, uderzył się. Nie pierwszy i nie ostatni raz.
Upewniłam się tylko czy był przy tym - był.
Po zdjęciu skarpetki, okazało się że najmniejszy palec zmienił swoje ustawienia i stopa lekko opuchła. Po wykorzystaniu koła ratunkowego - telefonu do przyjaciela, postanowiłam pojechać do szpitala. Ten kto tu był, może sobie tylko wyobrazić jak Marian pokonywał schody ...

Naszykowani byliśmy na kilka dobrych godzin siedzenia. Jest to miejsce w którym jakby godziny inaczej płyną. Nikt się nie spieszy, każdy ma czas ...
Pielęgniarka obejrzała stopę potomka, dała leki przeciwbólowe i czekaliśmy na prześwietlenie, lekarza ... Po jakimś czasie doczekaliśmy się zaszczytu spotkania owego. Przyszedł taki w skrzaciej czapce i z wyraźnym zainteresowaniem zapytał się Marcina o przebieg zdarzenia. Po wysłuchaniu historii, stwierdził, że syn ma niezłego kopa, b
o jak to powiedział "to jest bardzo dobre złamanie".
Narysował na stopie strzałkę co by pielęgniarka nie odcięła zdrowego palca, ta z kolei wzięła i go przykleiła plastrem do drugiego i już.
Za 2 dni wizyta w klinice na kontroli. Jak mnie dobrze zdenerwuje to poproszę żeby całego go zagipsowali.
Póki co, potomek stanowczo odmawia przyjmowania leków przeciwbólowych - bo go nie boli, biega po mieszkaniu na pięcie i tylko będę musiała przygotować kąpiel dla księcia, co by stojąc pod prysznicem nie złamał sobie czegoś innego.

Wiedział skubany co zrobić żeby wymigać się od świątecznych zakupów.

czwartek, 20 listopada 2014

QURRITO CZYLI NIESPODZIANEK CIĄG DALSZY

Dzisiaj będzie krótko, ale smacznie.
Od czasu jakiegoś potomek mój straszy napominał o przyprawach przeróżnych.
Zrobił nawet ich listę.
Długą.
Postanowił wypróbować nowo poznany przepis.
Nabyliśmy drogą kupna prawie wszystkie punkty z listy.
W sklepie - po sąsiedzku, piętro niżej.
Przyszliśmy, narobiliśmy hałasu, pośmialiśmy się, wykupiliśmy półkę przypraw, do popicia kupiliśmy szampana i poszliśmy sobie.


Chciałam powiedzieć że zaskoczona byłam niezwykle miło, bo to co poczynił mój syn starszy przy niewielkim udziale młodszego, w moim skromnym odczuciu było zaje ....fajne. Sąsiadka (która miała przyjemność próbować) z miejsca poprosiła o przepis i zapowiedziała w dniu jutrzejszym nalot na nasz ulubiony sklep w celu nabycia niezbędnych składników.
Z pewnością nie kupi szampana, ale pewnie nieźle sobie o nas pomyślą. Chociaż w sumie ... już jakiś czas nas znają to pewnie nic ich nie zdziwi.

Zdecydowanie potomek starszy odziedziczył zmysł kuchenny po dziadku. Ja w jego wieku z tego co pamiętam umiałam zrobić kanapki albo przypalić wodę.


Czy już kiedyś wspominałam że zazdroszczę ich przyszłym żonom?!

Jeśli będą częściej gotować, będę musiała jednego ich oduczyć - kucharz nie zmywa.


wtorek, 18 listopada 2014

NA WŁASNEJ KRWI WYHODOWANY

Dzisiaj, szukałam w czeluściach plecaka potomka mego Jurnala (coś w rodzaju polskiego dzienniczka ucznia) i pustych opakowań po Lunchu. Pod koniec tygodnia w takich zapomnianych opakowaniach różne cuda można znaleźć. Czasem również stają się być aromatyzowane. W pewnym momencie zaczęłam podejrzewać młodego o produkcję broni biologicznej, albo co najmniej nowego życia. Po tygodniu takie torebki to już same z plecaka wychodzą.
Biolog będzie - pomyślałam. Albo weterynarz, bo jak robił plany na co wyda wygrana w Totka - to schronisko! Na jego szczęście ja byłam na nieco wyżej punktowanej pozycji.
W jakże wielkim błędzie byłam.
Oto co na własnej krwi wyhodowałam!


Ja jestem zdecydowaną przeciwniczką testów na zwierzętach.
Młody chyba o tym nie wie.
Swoją drogą, chyba się nudzi na lekcjach w szkole


poniedziałek, 10 listopada 2014

SERYJNY ZABÓJCA, CZYLI JAK TO MATKA ZAKŁAD Z POTOMSTWEM PRZEGRAŁA

Zagadka - podpatrzone z jednej ze społeczności Facebookowych

Zgadnij jaki to film! 

"Seryjny morderca brutalnie zamordował kolesiowi żonę a syna uczynił kaleką.
W dramatycznym zwrocie akcji syn zostaje porwany a ojciec musi namierzyć i gonić
porywacza przez tysiące kilometrów z pomocą psychicznie upośledzonej kobiety."


Potomstwo walczyło pół godziny i nic.
Ja oczywiście odpowiedź znałam, ale pewnie sama bym na to nie wpadła. 
Większość z was (tego jestem pewna) owy film widziała.



"GDZIE JEST NEMO"

Kto na to wpadł ma u mnie kawę. Albo nie, bo będzie mi przykro - jestem na odwyku i łatwo nie jest.
Kto zgadnie sobie sam wybierze. Może być uścisk dłoni na ten przykład.
 
Kiedy już zagadka została rozwiązana, pojawiły się kolejne wątpliwości. 
Kto był seryjnym mordercą?!
Założyłam się z potomstwem o 3 na głowę. Całe szczęście że nie o PlayStation3 jak proponowali wcześniej, bo już bym miała pozamiatane.
Taka to ze mnie znawczyni kinematografii, że pomyliłam seryjnego zabójcę z porywaczem.

Chyba jednak pozostanę przy książkach.

czwartek, 23 października 2014

PIERŚCIONKI, NOŻYCZKI I HALLOWEENOWE ŁAMIANIE ZĘBÓW

Dzisiaj będzie jak zwykle o moich fajnych dzieciach, więc jak zwykle będzie nudno.
... i jeszcze o tym, jak to z tradycjami irlandzkimi jestem do tyłu.

Już nie pamiętam czym się chwaliłam a czym nie. Jak nic, to wszystko wina pogody (chociaż póki co nie narzekam, ale jesień jest jesienią), no bo przecież nie wieku.

Jakich czas temu syn starszy po powrocie ze szkoły
- Dostałem "exelenta" (czyli coś w stylu wyróżnienia) z pracy domowej
- Super
- Jako jedyny z klasy! - zaznaczył dobitnie
- Wow, to z czego to?!
- Siedzisz?! - zapytał że niby w trosce o moje bezpieczeństwo - z ANGIELSKIEGO

Dodam tylko że Krzyś jest jedynym Polakiem w klasie i jednym z 8 obcokrajowców na jakieś 30szt!

Dni temu kilka, oprócz pięknych ocen z testów (nauka, geografia, hiszpański, i nie wiem co jeszcze) przyniosło mi dziecię takie cudeńko.


Projekt z zajęć praktycznych - wieszak na nożyczki.
Ciekawe po kim to zamiłowanie do dłubactwa w drewnie.

Syn młodszy oczywiście nigdy nie pozostaje w tyle.
Dzisiaj mieli w szkole coś co przypominało trochę nasze Andrzejki, tylko data się nie zgadza. To podobno ich halloweenowa tradycja. Każdy dostał po kawałku ciasta zwanego BARM BREAD. Przypomina trochę naszego keksa. Szczęśliwiec, któremu trafi się kawałek z pierścionkiem, wyjdzie za mąż lub się ożeni - w zależności od upodobań - z osoba której podaruje ów pierścionek.
Oczywiście Marcin prawie sobie zęba połamał. Nie na orzechu czy rodzynkach, tylko na pierścionku właśnie. Dalej utrzymuje że poczeka przynajmniej po osiemnastki ... Ale kto go tam wie.

Drogie panie, potencjalne kandydatki, Marian decyzji jeszcze nie podjął. Można matce jego przesyłać drobiazgi w celu przekonania jej. Może zdecyduje się poprzeć waszą kandydaturę, albo chociaż wpisać na listę.
Rodzicielka syna swego lubi:
czekoladę, orzeszki, skarpetki, ciepłe piżamy, kubki, kwiatki ... o alkoholu nie wspominam, bo to dotyczy nieletnich.  Jak coś mi się przypomni to dodam do listy.
Jak to dobrze ze jak nie miałam w tym wieku takich dylematów.

poniedziałek, 6 października 2014

DZIWNA TA JESIEŃ, CZYLI JAK POTOMSTWO POTRAFI MATKĘ ZASKOCZYĆ.

Dziwne zaczynają się poranki.
Za oknem wiatr, deszcz, zimno ...
Ostatnią rzeczą jaką chciałabym zrobić, to wyłonić się spod kołdry.
Z objęć Morfeusza wyrwał mnie dźwięk miksera.
Syn mój ulubiony starszy robił na śniadanie omlety.


I'm loving it!


A z cyklu Marianowy zawrót głowy:
Dnia któregoś w nie tak odległej przeszłości, w drodze do szkoły.
- Mamo, wkurzasz mnie!
- No co ty nie powiesz?! Ty mnie też.
- Świetnie! A wiesz co to oznacza?!
- Co?
- Że jesteś moją MATKĄ!

Pozostawię bez komentarza.

piątek, 3 października 2014

JESIEŃ. PIĘKNA, MOKRA JESIEŃ.

No i zaczęło się.
Pada! I to nie tak przelotnie jak to ma w zwyczaju, tylko regularnie, długo, wkurzająco, upierdliwie ...


Wychodząc z Marianem do szkoły, kurtki przeciwdeszczowej nie wzięłam, bo syn starszy zdążył mi ją zgubić, więc nie jestem w posiadaniu. Nie wzięłam też parasolki - bo tylko była lekka mżawka, jakby coś smarkało. Stwierdziłam że wystarczy mi kaptur w bluzie. Naszykowana jak na rower, bo taki był mój plan, pomaszerowałam z potomkiem.
Wracając trzymałam spodnie żeby mi nie spadły. Okazuje się że gumka nie musi być za luźna żeby walczyć z grawitacją. Wystarczy że się przesiąknie kompletnie wodą.
Ociekająca wodą, wróciłam, rower sobie dzisiaj darowałam. 2gi prysznic w dniu dzisiejszym mam zaliczony.
Teraz będę usiłowała dopłynąć do urzędu.

A poza tym żadnych skarg i zażaleń. Szczególnie na szkołę.
Potomek starszy na ten przykład zapisał się do klubu naukowego i koszykówki.
Kilka dni temu poinformował iż jako jedyny z klasy dostał "exelenta" z pracy domowej ... z angielskiego. Dodam że jest jedynym Polakiem w klasie. Pragnę wierzyć iż  to moje dziecko jest bystre, a nie poziom w klasie niski.

Byle do wiosny!



Zdjęcie znalezione w sieci

środa, 1 października 2014

SAMOOCENA

Co się zmieniło we wrześniu tego roku?!
Moje dzieci znowu pokochały szkołę.

Niewiarygodne

Wczoraj Marian miał bliskie spotkanie z noga od ławki. W klasie w oczach dziewczyn jet zapewne twardzielem, któremu guz urósł, a on nawet się nie skrzywił.
Jak to zobaczyłam ...

- Wow! stary, urosła ci druga głowa!
- Nie, powiększyła mi się przestrzeń mózgowa. Teraz jestem mądrzejszy

Jak to dziecku ud razu samoocena wzrosła.


poniedziałek, 1 września 2014

KONIEC WAKACJI, CZYLI CZAS NA ODPOCZYNEK!

Potomstwo odstawione do placówek oświatowych.
NARESZCIE!
Po 2 miesiącach...
Ciurkiem...
Bez chwili przerwy...
No dobra, z przerwą kiedy to 3 dni byli u dziadka.
Normalnie nie mogę się odnaleźć.
Cisza, spokój, nikt nie dyskutuje ...
W takim stanie nawet naczynia się dziwnie zmywa.

W każdym razie wakacje uważam za oficjalnie zakończone.
Krzysiek pomykał do szkoły już w zeszłym tygodniu. Co by nastolatkom w jakże trudnym dla ich otoczenia czasie, pomóc wypełnić wolne chwile, oraz umożliwić regenerację systemu nerwowego rodzicielce i nie tylko.
Marian dzisiaj.


A ja już od samego rana wypoczęta ... Tak, kurna spać nie mogłam. To znaczy mogłam a i owszem, ale jak to w tym wieku bywa, nawet ja miewam kłopoty z zaśnięciem - ponownym.
Na życzenie potomka starszego, nastawiłam budzik na godzinę 6 rano. W momencie ustawiania, umysł mój był nieco przyćmiony jak sądzę. Przekonałam się o tym dzisiaj, o 5 rano, kiedy to wszyscy domownicy udawali że nie słyszą. Dlaczego o 5?! bo ustawiłam budzenie na polskiej komórce z polską strefą czasową - nie pytajcie dlaczego nie zmieniłam godziny na lokalną, bo to temat co najmniej na rozdział książki.
Tak więc wyłączyłam wyjące urządzenie i ... zasnąć już nie mogłam.
Tak, ja nie mogłam zasnąć. Mówiłam że się starzeje.
Przekręcając się tak z boku na bok, przez me czoło myślą niezmącone przebiegł pomysł. Nawet chwili się nie wahałam. Realizacja nastąpiła natentychmiast.
o 6 rano, poszłam BIEGAĆ!
Tak, właśnie ja - mówiłam już że się starzeję?!
W sumie nieco szumnie nazwałam tę czynność bieganiem.
Sturlałam swoje cielsko, bo początek był w dół. Gdzieś przy domu mojej siostry prawie dostałam zapaści. Po drodze jeszcze rozedma płuc. Dobrze że o tej porze ludzi nie ma na ulicach zbyt wielu, szczególnie we wsi naszej wszyscy śpią.
Podsumowując:
O poranku biegałam 2 razy - dzisiaj - pierwszy i ostatni.
Gdyby mnie gonili - mogliby iść szybkim krokiem, i tak by byli szybsi.
"Przeinterwałowałam" 1,5 km i serio myślałam że umrę. Byłam pewna że zrobiłam z 10 km.

Obiecuję, następnym razem robić na drutach.

czwartek, 21 sierpnia 2014

NIE MIAŁA BABA KŁOPOTU, CZYLI JAK ZAMIESZKAŁ Z NAMI DZIKUS I KREW SIĘ POLAŁA.

Rzeczą oczywistą i powszechnie znaną jest iż kocham zwierzęta, pod warunkiem iż nie mieszkają ze mną. Mi rozrywki dostarcza potomstwo. Uważam że jak na jeden system nerwowy, jest to ilość wystarczająca.
Odkąd pamiętam, młodzież usiłowała mnie namówić - bezskutecznie.
Kilka lat temu, kiedy mieszkaliśmy jeszcze w Irlandii Północnej ...
- Mamo, czy możemy mieć kota?!
- Nie synku, nie możemy. Zobacz, po ogródku chodzą koty.
- A możemy mieć chociaż psa?!
- Nie, psa tez nie. Ale spójrz, te koty w ogrodzie są takie wielkie jak psy.
- A chomika?!
- Nie umiecie posprzątać w swoim pokoju, a po chomiku będziecie?!
- Dobrze że mamy chociaż nasze pająki!

W tym czasie mniej więcej ustaliłam że na pająki najlepszy jest Cif do łazienek.

No i tak się matka broniła i co?


I od poniedziałku mamy nowego mieszkańca. Przyjechał do nas w zielonym autobusie.
Sama w to nie wierzę.
Bestia zwie się JJ (czyt DżejDżej), ale ja tam na niego wołam Dzikus.
Ofiary w postaci pogryzionych palców już były, krew się lała. Jeszcze nie znalazł się śmiałek który by to stworzenie wziął na rękę i pogłaskał. Ktoś chętny?