Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WIEŚ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WIEŚ. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 sierpnia 2014

TWARDZIELEM TRZEBA BYĆ, CZYLI JAK TO MATKA POZBAWIŁA SYNA TROFEUM

Tegoroczny wakacyjny wyjazd pewnie jeszcze długo wspominać będziemy. W każdym razie ja z pewnością. Może dla tego że na wyspie jestem jeszcze śnieżynką i chyba nie do końca czuję się tu jak u siebie. Więc ciągle tęsknię. Nie do miasta, kraju, chociaż może też. Tęsknię do ludzi! Podobno po kilku latach mi przejdzie ... Ja mam nadzieję że nie.
W każdym razie, tegoroczne wakacje pozostawiły trwały ślad również na tyłkach i kolanach potomstwa.

Razu pewnego syn starszy grał z dawno niewidzianym kolegą w tak zwaną "gałę". Zaliczył bramkę "wślizgiem" i pozbawił się okrywy wierzchniej swojego kolana. Widok był osłabiający. Krew się lała, skarpetki zmieniły kolor, dziewczyny piszczały ...
Nie no trochę się zagalopowałam, obyło się bez pisków. Obmyliśmy ranę. Potomek stwierdził że nie jest źle i na żadne szycie nie jedziemy.
Następnego dnia rano jechaliśmy na tydzień, na wieś do mojej przyjaciółki. Ja zostałam odesłana na tylne siedzenie, wszak dziecko nie było w stanie zgiąć nogi w kolanie. Czegóż matka nie zrobi dla potomstwa ...
Po drodze zahaczyliśmy jednak o pogotowie. Co by mieć pewność że mojemu bohaterowi noga nie odpadnie oraz że szczepienie przeciw tężcowe, ciągle działa.
Pan doktor obejrzał przecudnej urody kolano potomka, polecił środek do odkażania ran, uspokoił rodzicielkę i życzył udanych wakacji.
- Gdyby przywiozła pani syna wczoraj, to z pewnością bym szył. Dzisiaj już nie ma co. Będzie tylko wielki strup, a potem blizna.

I tak o to pozbawiłam dziecko swoje trofeum w postaci szwów na kolanie. Chyba że blizną się zadowoli.

Marcin natomiast musi zadowolić się dziurą w spodniach, na szlachetnej części ciała.
Oraz ma nauczkę, jeśli pies ma kość, nawet nie udawaj że idziesz w jego kierunku, bo i tak cię dogoni.
Przez chwile było gorąco, nie powiem i to nie tylko za sprawą temperatury na zewnątrz. Niczego niepodejrzewający Marian szedł w kierunku psa, który to właśnie obdarowany został świńską nogą. Za wszelką cenę bronił swojego skarbu. Kiedy więc z ukrycia zobaczył nadchodzącego Marcina profilaktycznie postanowił go postraszyć i uszczypnąć.
Na szczęście złapał za kieszeń na pupie. Napotkał więc 2 warstwy jeansu. Skończyło się na dziurze w spodniach i siniakach, a świńska noga zmieniła właściciela.
Obaj - Marcin i pies byli szczepieni (według kalendarza szczepień) więc obaj mogą spać spokojnie.


piątek, 16 maja 2014

UPDATE

Zauważyłam dziwną tendencję. Im mniej piszę, tym poczytalność mojego bloga wzrasta ... i to jak. Nie jakieś tam standardowe 150 wejść, a 400. Cóż, chyba czas zamilknąć?!

Ale zanim to nastąpi, chciałam poinformować, że mieszka nam się cudnie. Nadal nie mamy internetu i śmietników, ale to tylko drobnostki.

Z tym internetem to jest tak, że nie mamy własnego, tylko od sąsiadów. Postanowili się ze mną podzielić. Wiecie w wiaderku trochę ...
Bo cały problem polega na tym że pomimo iż mieszkam dosłownie w samym centrum wsi, to nikt nie wie gdzie to jest. Noszzz jest, ale jakby go nie było.
Z firmy dostarczającej internet najpierw przez 2 tygodnie szukali tego miejsca. Wczoraj zadzwonili żeby dowiedzieć się gdzie to jest, bo nie maja pojęcia. Po czym, kolejny telefon, a w słuchawce coś w stylu:
"Droga Pani, nie możemy dać Pni internetu, ale TV i telefon i owszem. Jeśli jednak chciałaby Pani od nas internet, to musi się Pani przeprowadzić np na druga stronę ulicy albo chociażby do budynku obok (wszystko jedno po której stronie)".

Wprost cudnie.

W firmie śmietnikowej też walczą. 
Najpierw usłyszałam że tego terenu nie obsługują i nie umieli mi wytłumaczyć tych 8 śmietników pod moim domem (sąsiadów i sklepu który jest niżej). Przyjęli w końcu zgłoszenie. Po 2 tygodniach wyparowało z systemu, więc złożyłam nowe ...
Cierpliwie czekam i wystawiam swoich znajomych na próbę - tych co to regularnie zabierają mi śmieci.

Poza tym rozpakowałam już kartony, wyprałam wykładziny i zaczyna być tu jak w domu.
Nawet domofon czasem dzwoni - jak ma dobry humor chyba. Albo to może jakaś selekcja odwiedzających?!

Poczta dochodzi - dostałam już pierwszy list ... z banku.

Pamiętacie moje akcje z urzędem?! Co to dokumentów mi przyjąć nie chcieli?!
Przyjęli, wizytę wyznaczyli (9 czerwca). Więc teraz wszyscy grzecznie trzymają kciuki. Bo jak nie, to nie wiem jeszcze do kogo z was się wprowadzimy. Nie to żeby straszyła, ale ryzyko istnieje.
A szkoda by było, bo już nawet firanki sobie uszyłam i brakujący abażur zrobiłam ...


O taki!