Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marian. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marian. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 12 listopada 2019

ESEJ O KRZEŚLE CZYLI MATYLDA W ROLI GŁÓWNEJ

Mam napisać esej o krześle. Rozumiecie? O krzesle!
No dobra, zdanie o projektancie, może dwa. Słówko o epoce, bo to ma być z przed 1900 roku.
krowa MATYLDA by M.G.
Ale cóż można napisac o krzesle? Ileż można opisywac materiał z którego zostało zrobione i technikę.
Nigdy  nie miałam problemu z pisaniem, chociaz ostatnio to chyba bardziej fizyczna niż umysłowa się zrobiłam.
Jakby mi kazali takie stare na ten przykład przerobić- to z ogromna przyjemnością. Ale pisac?! Ja chyba jednak nie wydam tej ksiązki. O zaliczeniu projektu na uczelni nie wspomnę.
Ja już sobie wymyśliłam jak owo siedzisko możnaby przerobić. Zleciłam nawet Marianowi opracowanie wzoru na materiale który zostanie użyty do obicia. Stary "Ludwik" będzie przyodziany w łaty, wszak krowa Matylda występuje tutaj w roli głównej, Żeby nie było że tylko lamparcie centki mogą być ozdobą.

1200 słów o krześle!!!

piątek, 3 lipca 2015

UPS EXCUSE ME - CZYLI OFICJALNE ROZPOCZĘCIE WAKACJI

Oficjalnie zaczęłam mini urlop.
Dzieci zakończyły rok szkoły z wynikiem zadowalającym. Zadowalającym mnie, Oni są zachwyceni.
Pogoda cudna, powiedziałabym nawet że jest za ciepło.
Tak, tu na zielonej wyspie jest zbyt wysoka temperatura. Albo to już ten wiek?!
Również sezon głupawki można uznać za rozpoczęty. Nie tylko mi, potomstwu też się odkleja. Najpierw rozmiękło od wilgoci a teraz przesuszone upałem się odkleiło i powyginało. Chociaż może to geny?!
Walizki spakowane.
Bilety wydrukowane.
Polskie lasy - drżyjcie - chłopcy jadą na obóz.
Ja zaraz wracam do pracy.
To będą moje wakacje. W ciszy i spokoju, jak już wywiozę potomstwo.

By MARCIN  - rysowane lewą ręką.
Dowód rzeczowy na potwierdzenie
pokrewieństwa z moja skromną osobą.



A wy bawcie się dobrze!

piątek, 3 kwietnia 2015

RADOSNYCH ŚWIĄT

Cudownych, rodzinnych Świąt wam życzę kochani.


Słońca za oknem i radości.


Moje w tym roku będą dziwne - bez dzieci :(

piątek, 20 marca 2015

ZIELONO MI, CZYLI PIERWSZY DZIEŃ WIOSNY W WYKONANIU POTOMSTWA

Słońce się zaćmiło - w Dublinie raczej przez chmury. Powiedziałabym nawet że trwa nadal.
Nie zmienia to jednak faktu że wiosnę czuć że hej.

Nawet moim dzieciom wiosennie się zrobiło.
Krzyś przyniósł piękny zielony piórnik. Drewniany. Własnej roboty.
Ja w szkole robiłam obieraczki do ryb z kapsla i kawałka deski. Dlaczego nikt nie wpadł na pomysł zrobienia takiego piórnika?! Przynajmniej pożytek by jakiś był, a tak tylko pogłębiono mój wstręt do ryb.

A Marcin zmienia kolor. Na zielony.
Na szczęście nie ze złości.

Pojechaliśmy do szpitala na umówioną wizytę co by mu zdjęli gips, a tu niespodzianka. Założyli mu nowy - tym razem zielony i to nie na 2 a na 3 tyg.

A miało być tak pięknie :)

wtorek, 10 marca 2015

WTORKOWE PODSUMOWANIE TYGODNIA, CZYLI OBY DO WEEKENDU!

W tym tygodniu odhaczyć mogę już kilka ważniejszych zdarzeń.

Wizyta na izbie przyjęć z kostką Marcina.

Telefon z zaproszeniem na kolejną rozmową o pracę. Wygląda na to że wszechświat sobie o mnie przypomniał ... a policja nadal mnie sprawdza. Widać jestem ciekawym przypadkiem.

Nauka w narzeczu mi nieznanym. Zaczynam bowiem mieć wątpliwości czy wykładowym językiem kursu księgowości jest jeden z mi znanych.

Urodzinowy tort dla szwagra. Wygląda na to że się udał, chociaż okaże się jutro, jeśli nie odnotujemy żadnego zgonu albo zatrucia pokarmowego w najbliższym otoczeniu. 
Jeszcze raz wszystkiego najlepszego Krzysiu!


Kolejny telefon ze szpitala. Okazało się że po ponownym obejrzeniu prześwietlenia Marcina kończyny, przez ortopedę specjalistę, zauważono uraz mięśnia.
Mamy się stawić z samego rana, co by mu jednak stopę usztywnili.
Młody po dzisiejszym dniu był gotów odrzucić kule i "iść" - a tu niespodzianka.




Mamy póki co wtorek i marzę o tym żeby już zamknąć listę.
Do końca tygodnia jednak daleko ...



poniedziałek, 9 marca 2015

DZIEŃ KOBIET, CZYLI JAK TO MATKA POŻEGNAŁA SIĘ Z RUMAKOWANIEM

Moje dzieci lubią zaskakiwać.
Wychodzi im to całkiem nieźle.
Po dniu kobiet, kiedy to zaczęło mi brakować leków uspokajających, a mój system nerwowy dyndał na strzępach, Marian zaserwował mi nowa niespodziankę.
O czym marzy matka po w...yczerpującym dniu poprzednim?!
Oczywiście że o relaksie na izbie przyjęć.
Wczoraj grał brat z bratem w piłkę. Nóżka się dziecku "wysmykła" i się "wygła".
Krew nie tryskała, potomek większych zażaleń nie meldował, do kościoła na coniedzielną mszę dokuśtykał, wiec jakoś jego kończyna umknęła mojej uwadze. No dobra, odnotowałam, ale nie zakodowałam na czerwono.
Poranek dnia następnego, kiedy to dziecię już w gotowości do szkoły ...
- Mamo, ty pamiętasz że my dzisiaj mamy zwody?!
- No, coś wspominałeś, a co?
- Jak ja mam biegać?
- Normalnie. A co? - Poczułam się jak bałwan Olaf.
- No bo ja nie bardzo mogę chodzić.

Okazało się że kostka potomka podwoiła swoja objętość.
W kila sekund plany na dzień dzisiejszy zostały pozmieniane i tak to właśnie spędziliśmy całe przedpołudnie w szpitalu, na izbie przyjęć.

Na szczęście okazało się że syn jest w jednym kawałku, a staw skokowy "jedynie" skręcony.
Ku radości potomka, dostał kule i do końca tygodnia ma na nich skakać co by kończyny nie nadwyrężać. I jeszcze coś nam lekarka mówiła o poduszce pod nogą. Że niby hrabia ma leżeć z nogą na wysokościach.

No i skończyło się rumakowanie.
Nie dość że o śniadaniach do łóżka i kwiatach od potomstwa już dawno zapomniałam, to jeszcze teraz poszkodowany do opieki ...

Nie miała baba kłopotu ...


wtorek, 13 stycznia 2015

LET IT SNOW CZYLI CO ZIELONA WYSPA ROBI Z DZIECI

Temperatura na zewnątrz 3'C
Aplikacja w telefonie pokazuje że odczuwalna -6'C i to by się zgadzało.
Pogoda jak na wyspie. Zimno, wieje. Jak pada to parasola się nie opłaca wyciągać. Ja wyciągnęłam 2 razy - pierwszy i ostatni. Po przejściu 3 metrów już był połamany.
Chyba trzeba by wysłać do Chin informację o wymaganych właściwościach. Ale to kiedy indziej.

Poszła rodzicielka pod szkołę po potomka.
Zaczął padać - UWAGA - śnieg.
Padał całe 15 min. Może nawet i 18.
Dzieci na ten widok oszalały.
Każde wychodzące ze szkoły skakało, piszczało, krzyczało - tak żeby wszyscy którzy nie zauważyli, wiedzieli
PADA ŚNIEG

Byłam przekonana że Marian jako osobnik przez większość życia swego wychowany w Polandii, nie specjalnie się tym przejmie.
W jakże wielkim byłam błędzie.
Podekscytował się tym faktem tak bardzo, ze aż zrobił śnieżkę co by bratu swemu pokazać, wszak ten zagilany w domu pod kołdrą to i okazji na podziwianie cudu pogodowego nie miał.
A jak już zaprezentował ...

- Mamo, schowam ją na pamiątkę, do zamrażalnika.

Kurtyna



Bałwan znaleziony w sieci

piątek, 9 stycznia 2015

KOŃCZ WAŚĆ, WSTYDU OSZCZĘDŹ

No i jak wam się zaczął Nowy rok?!
Mój zaczął się tak, że już mógłby się skończyć!


Święta przeżyliśmy - było w sumie fajowsko - tłumnie, rodzinnie ... tak jak Święta wyglądać powinny.
Nowego Roku z potomstwem nie przegapiliśmy, bo prąd był, choć tego dnia różne dziwne rzeczy się działy. Szczególnie połączenie z internetem było tylko wtedy kiedy miało ochotę.

Tak sobie myślałam (tak, tak, zdarza mi się) że może jednak w tym roku to ja bym sobie odpuściła tego bloga. Ostatnio tak mi szło jak krew z nosa. Bo cóż ja mam pisać, jak u nas nudy, nic się nie dzieje, co najwyżej wkurza ...
No ale z natury gadułą jestem, a że szkoda mi tu potencjalnych odbiorców zmęczyć zanadto i zniechęcić szybko, to pewnie z blogiem tak szybko się nie rozstanę.

Przede wszystkim żyjemy - wszyscy w jednym kawałku.
Marian odpowiednio został napromieniowany - palec jest na właściwym miejscu.
Ma tylko zakaz KOPANIA nogą przez 2 tygodnie co by kość mogła nabrać mocy na kolejne akcje.

I to by było na tyle jeśli chodzi o emocjonujące zdarzenia ...
Cisza przed burzą?!

Na koniec nie omieszkam pochwalić się jakiego to mądrego potomka na własnej krwi wyhodowałam.
Przyszły już wyniki grudniowych egzaminów i powiem szczerze ze jestem dumna i blada. Same A i B, tylko z czegoś jak nasz WOS - C, ale ja też nigdy z politycznych rzeczy mocna nie byłam. Za to potomek wykazuje zadatki na naukowca. Nawet w nagrodę na wycieczce naukowej był z "najlepszymi".

Jeszcze kiedyś będzie o nim głośno!
Pamiętając jak mawiał mój profesor od Psychologii - dzieci dziedziczą inteligencję po matce.
Sami więc rozumiecie że nie mogę się powstrzymać - sama siebie przecież chwalić nie będę.


A wy bądźcie obrzydliwie szczęśliwi w tym Nowym 2015 Roku!

niedziela, 21 grudnia 2014

JAK TO ŚCIANA MARCINOWI WYROSŁA PRZED STOPĄ, CZYLI ŻEBY ŚWIĘTA NIE BYŁY NUDNE

Stworzę chyba serię "1000 przypadków braci G".
Albo zacznę rozmyślania "Co by matka robiła, z wolnym czasem, gdybym potomstwa nie miała?!"
Pewnie dłubałabym łokciem w nosie z nudów i czasu wolnego miałam bym po kokardki.
Na szczęście potomstwo jest i głowy sobie nie mam czasu zaprzątać takimi głupotami.
Chłopcy organizują mi każdą minutę wolnego czasu. Jak tylko wyczują że już, już za momencik wszystko miałabym zrobione ... Wyobraźnie zdecydowanie odziedziczyli po mnie.

Przedświąteczna sobota.
Od rana sprzątanie, zakupy ...
Postanowiliśmy zrobić świąteczne ciasteczka. Zapomniałam tylko że nie mamy mąki ... i masła ... i proszku do pieczenia ... W sumie to miałam tylko cukier, co rzeczą jest dziwna bo tej białej śmierci w zasadzie tylko Krzyś używa i to też jak mu się przypomni o herbacie.
Dokupiłam brakujące produkty w sklepie po sąsiedzku. Jeszcze trochę a zacznę tam w kapciach chodzić. Upiekliśmy ciasteczka, posprzątałam po akcji kuchennej i już, już witała się z gąską...
Usłyszałam śmiech przez łzy Marcina.
Oczywiście kiedy ja ogarniałam pobojowisko w kuchni, chłopcy znaleźli sobie zajęcie, a że twórczy są wyjątkowo, musiało być to coś głupiego.
Mają rzutki, ale nie z ostrymi strzałkami, tylko takie zwykłe, na rzepy (dla bezpieczeństwa). Ubrali się w świąteczne sweterki i udawali że są żywym celem. Do momentu kiedy przed Marcinem wyrosła ściana - złośliwa.
Zamachnął się siarczyście, przypomniał sobie słowa potocznie uznane za wulgarne i wydając dziwne dźwięki przykuśtykał do kuchni.
No dobra, uderzył się. Nie pierwszy i nie ostatni raz.
Upewniłam się tylko czy był przy tym - był.
Po zdjęciu skarpetki, okazało się że najmniejszy palec zmienił swoje ustawienia i stopa lekko opuchła. Po wykorzystaniu koła ratunkowego - telefonu do przyjaciela, postanowiłam pojechać do szpitala. Ten kto tu był, może sobie tylko wyobrazić jak Marian pokonywał schody ...

Naszykowani byliśmy na kilka dobrych godzin siedzenia. Jest to miejsce w którym jakby godziny inaczej płyną. Nikt się nie spieszy, każdy ma czas ...
Pielęgniarka obejrzała stopę potomka, dała leki przeciwbólowe i czekaliśmy na prześwietlenie, lekarza ... Po jakimś czasie doczekaliśmy się zaszczytu spotkania owego. Przyszedł taki w skrzaciej czapce i z wyraźnym zainteresowaniem zapytał się Marcina o przebieg zdarzenia. Po wysłuchaniu historii, stwierdził, że syn ma niezłego kopa, b
o jak to powiedział "to jest bardzo dobre złamanie".
Narysował na stopie strzałkę co by pielęgniarka nie odcięła zdrowego palca, ta z kolei wzięła i go przykleiła plastrem do drugiego i już.
Za 2 dni wizyta w klinice na kontroli. Jak mnie dobrze zdenerwuje to poproszę żeby całego go zagipsowali.
Póki co, potomek stanowczo odmawia przyjmowania leków przeciwbólowych - bo go nie boli, biega po mieszkaniu na pięcie i tylko będę musiała przygotować kąpiel dla księcia, co by stojąc pod prysznicem nie złamał sobie czegoś innego.

Wiedział skubany co zrobić żeby wymigać się od świątecznych zakupów.

niedziela, 23 listopada 2014

100 LAT, CZYLI 10% WYROKU JUŻ ZA NAMI

Mam najfajniejsze dzieci na świecie!
Lepszych nie mogłabym sobie wymarzyć.
Tego jak bardzo jestem z nich dumna, nie da się opisać w żaden sposób.
Każdy kto ich nie poznał osobiście, może tylko żałować!

Dzisiaj, jeden z najważniejszych facetów w moim życiu obchodzi swoje urodziny.
Od 10 lat mam przyjemność być mamą Marcina!
Wszystkiego najlepszego synku!


wtorek, 18 listopada 2014

NA WŁASNEJ KRWI WYHODOWANY

Dzisiaj, szukałam w czeluściach plecaka potomka mego Jurnala (coś w rodzaju polskiego dzienniczka ucznia) i pustych opakowań po Lunchu. Pod koniec tygodnia w takich zapomnianych opakowaniach różne cuda można znaleźć. Czasem również stają się być aromatyzowane. W pewnym momencie zaczęłam podejrzewać młodego o produkcję broni biologicznej, albo co najmniej nowego życia. Po tygodniu takie torebki to już same z plecaka wychodzą.
Biolog będzie - pomyślałam. Albo weterynarz, bo jak robił plany na co wyda wygrana w Totka - to schronisko! Na jego szczęście ja byłam na nieco wyżej punktowanej pozycji.
W jakże wielkim błędzie byłam.
Oto co na własnej krwi wyhodowałam!


Ja jestem zdecydowaną przeciwniczką testów na zwierzętach.
Młody chyba o tym nie wie.
Swoją drogą, chyba się nudzi na lekcjach w szkole


czwartek, 23 października 2014

PIERŚCIONKI, NOŻYCZKI I HALLOWEENOWE ŁAMIANIE ZĘBÓW

Dzisiaj będzie jak zwykle o moich fajnych dzieciach, więc jak zwykle będzie nudno.
... i jeszcze o tym, jak to z tradycjami irlandzkimi jestem do tyłu.

Już nie pamiętam czym się chwaliłam a czym nie. Jak nic, to wszystko wina pogody (chociaż póki co nie narzekam, ale jesień jest jesienią), no bo przecież nie wieku.

Jakich czas temu syn starszy po powrocie ze szkoły
- Dostałem "exelenta" (czyli coś w stylu wyróżnienia) z pracy domowej
- Super
- Jako jedyny z klasy! - zaznaczył dobitnie
- Wow, to z czego to?!
- Siedzisz?! - zapytał że niby w trosce o moje bezpieczeństwo - z ANGIELSKIEGO

Dodam tylko że Krzyś jest jedynym Polakiem w klasie i jednym z 8 obcokrajowców na jakieś 30szt!

Dni temu kilka, oprócz pięknych ocen z testów (nauka, geografia, hiszpański, i nie wiem co jeszcze) przyniosło mi dziecię takie cudeńko.


Projekt z zajęć praktycznych - wieszak na nożyczki.
Ciekawe po kim to zamiłowanie do dłubactwa w drewnie.

Syn młodszy oczywiście nigdy nie pozostaje w tyle.
Dzisiaj mieli w szkole coś co przypominało trochę nasze Andrzejki, tylko data się nie zgadza. To podobno ich halloweenowa tradycja. Każdy dostał po kawałku ciasta zwanego BARM BREAD. Przypomina trochę naszego keksa. Szczęśliwiec, któremu trafi się kawałek z pierścionkiem, wyjdzie za mąż lub się ożeni - w zależności od upodobań - z osoba której podaruje ów pierścionek.
Oczywiście Marcin prawie sobie zęba połamał. Nie na orzechu czy rodzynkach, tylko na pierścionku właśnie. Dalej utrzymuje że poczeka przynajmniej po osiemnastki ... Ale kto go tam wie.

Drogie panie, potencjalne kandydatki, Marian decyzji jeszcze nie podjął. Można matce jego przesyłać drobiazgi w celu przekonania jej. Może zdecyduje się poprzeć waszą kandydaturę, albo chociaż wpisać na listę.
Rodzicielka syna swego lubi:
czekoladę, orzeszki, skarpetki, ciepłe piżamy, kubki, kwiatki ... o alkoholu nie wspominam, bo to dotyczy nieletnich.  Jak coś mi się przypomni to dodam do listy.
Jak to dobrze ze jak nie miałam w tym wieku takich dylematów.

poniedziałek, 6 października 2014

DZIWNA TA JESIEŃ, CZYLI JAK POTOMSTWO POTRAFI MATKĘ ZASKOCZYĆ.

Dziwne zaczynają się poranki.
Za oknem wiatr, deszcz, zimno ...
Ostatnią rzeczą jaką chciałabym zrobić, to wyłonić się spod kołdry.
Z objęć Morfeusza wyrwał mnie dźwięk miksera.
Syn mój ulubiony starszy robił na śniadanie omlety.


I'm loving it!


A z cyklu Marianowy zawrót głowy:
Dnia któregoś w nie tak odległej przeszłości, w drodze do szkoły.
- Mamo, wkurzasz mnie!
- No co ty nie powiesz?! Ty mnie też.
- Świetnie! A wiesz co to oznacza?!
- Co?
- Że jesteś moją MATKĄ!

Pozostawię bez komentarza.

środa, 1 października 2014

SAMOOCENA

Co się zmieniło we wrześniu tego roku?!
Moje dzieci znowu pokochały szkołę.

Niewiarygodne

Wczoraj Marian miał bliskie spotkanie z noga od ławki. W klasie w oczach dziewczyn jet zapewne twardzielem, któremu guz urósł, a on nawet się nie skrzywił.
Jak to zobaczyłam ...

- Wow! stary, urosła ci druga głowa!
- Nie, powiększyła mi się przestrzeń mózgowa. Teraz jestem mądrzejszy

Jak to dziecku ud razu samoocena wzrosła.


czwartek, 21 sierpnia 2014

NIE MIAŁA BABA KŁOPOTU, CZYLI JAK ZAMIESZKAŁ Z NAMI DZIKUS I KREW SIĘ POLAŁA.

Rzeczą oczywistą i powszechnie znaną jest iż kocham zwierzęta, pod warunkiem iż nie mieszkają ze mną. Mi rozrywki dostarcza potomstwo. Uważam że jak na jeden system nerwowy, jest to ilość wystarczająca.
Odkąd pamiętam, młodzież usiłowała mnie namówić - bezskutecznie.
Kilka lat temu, kiedy mieszkaliśmy jeszcze w Irlandii Północnej ...
- Mamo, czy możemy mieć kota?!
- Nie synku, nie możemy. Zobacz, po ogródku chodzą koty.
- A możemy mieć chociaż psa?!
- Nie, psa tez nie. Ale spójrz, te koty w ogrodzie są takie wielkie jak psy.
- A chomika?!
- Nie umiecie posprzątać w swoim pokoju, a po chomiku będziecie?!
- Dobrze że mamy chociaż nasze pająki!

W tym czasie mniej więcej ustaliłam że na pająki najlepszy jest Cif do łazienek.

No i tak się matka broniła i co?


I od poniedziałku mamy nowego mieszkańca. Przyjechał do nas w zielonym autobusie.
Sama w to nie wierzę.
Bestia zwie się JJ (czyt DżejDżej), ale ja tam na niego wołam Dzikus.
Ofiary w postaci pogryzionych palców już były, krew się lała. Jeszcze nie znalazł się śmiałek który by to stworzenie wziął na rękę i pogłaskał. Ktoś chętny?


piątek, 8 sierpnia 2014

TWARDZIELEM TRZEBA BYĆ, CZYLI JAK TO MATKA POZBAWIŁA SYNA TROFEUM

Tegoroczny wakacyjny wyjazd pewnie jeszcze długo wspominać będziemy. W każdym razie ja z pewnością. Może dla tego że na wyspie jestem jeszcze śnieżynką i chyba nie do końca czuję się tu jak u siebie. Więc ciągle tęsknię. Nie do miasta, kraju, chociaż może też. Tęsknię do ludzi! Podobno po kilku latach mi przejdzie ... Ja mam nadzieję że nie.
W każdym razie, tegoroczne wakacje pozostawiły trwały ślad również na tyłkach i kolanach potomstwa.

Razu pewnego syn starszy grał z dawno niewidzianym kolegą w tak zwaną "gałę". Zaliczył bramkę "wślizgiem" i pozbawił się okrywy wierzchniej swojego kolana. Widok był osłabiający. Krew się lała, skarpetki zmieniły kolor, dziewczyny piszczały ...
Nie no trochę się zagalopowałam, obyło się bez pisków. Obmyliśmy ranę. Potomek stwierdził że nie jest źle i na żadne szycie nie jedziemy.
Następnego dnia rano jechaliśmy na tydzień, na wieś do mojej przyjaciółki. Ja zostałam odesłana na tylne siedzenie, wszak dziecko nie było w stanie zgiąć nogi w kolanie. Czegóż matka nie zrobi dla potomstwa ...
Po drodze zahaczyliśmy jednak o pogotowie. Co by mieć pewność że mojemu bohaterowi noga nie odpadnie oraz że szczepienie przeciw tężcowe, ciągle działa.
Pan doktor obejrzał przecudnej urody kolano potomka, polecił środek do odkażania ran, uspokoił rodzicielkę i życzył udanych wakacji.
- Gdyby przywiozła pani syna wczoraj, to z pewnością bym szył. Dzisiaj już nie ma co. Będzie tylko wielki strup, a potem blizna.

I tak o to pozbawiłam dziecko swoje trofeum w postaci szwów na kolanie. Chyba że blizną się zadowoli.

Marcin natomiast musi zadowolić się dziurą w spodniach, na szlachetnej części ciała.
Oraz ma nauczkę, jeśli pies ma kość, nawet nie udawaj że idziesz w jego kierunku, bo i tak cię dogoni.
Przez chwile było gorąco, nie powiem i to nie tylko za sprawą temperatury na zewnątrz. Niczego niepodejrzewający Marian szedł w kierunku psa, który to właśnie obdarowany został świńską nogą. Za wszelką cenę bronił swojego skarbu. Kiedy więc z ukrycia zobaczył nadchodzącego Marcina profilaktycznie postanowił go postraszyć i uszczypnąć.
Na szczęście złapał za kieszeń na pupie. Napotkał więc 2 warstwy jeansu. Skończyło się na dziurze w spodniach i siniakach, a świńska noga zmieniła właściciela.
Obaj - Marcin i pies byli szczepieni (według kalendarza szczepień) więc obaj mogą spać spokojnie.


sobota, 7 czerwca 2014

ABSTRAHUJĄC ...

Z rozmów z synem ...
- Ale wiesz, ABSTRAHUJĄC ...
- że co? - ocknęłam się z zamyślenia, wszak słowo takie w ustach 9 latka chyba nie jest codziennością.
- No ABSTRAHUJĄC ...
- Wow, takie słowa. Skąd wiesz co to znaczy?
- Nie wiem. A co to znaczy? Kupa?!
- No nie do końca, raczej bardzo nie. To jeśli nie wiesz, jak to możliwe że użyłeś go we właściwym miejscy w zdaniu?
- Bo ABSTRAHUJĄC to taki kanał na You tube ...

Ok, fałszywy alarm.
Moje dziecię jest normalne.

A tak zupełnie z innej beczki, abstrahując znaczy się.
Żeby była jasność. Jak już kiedyś mi się zemrze, to mają sobie wziąć co chcą i potem spalić, bo nie znoszę robali.
Oraz nie pisze tego z powodu jakiegoś tam kryzysu wieku średniego związanego z cyfrą która właśnie przeskoczyła mi w kalendarzu, czy coś tam. Nie, zupełnie nie.
Od jakiegoś czasu jestem "świadomym dawcą". Nawet zamówiłam sobie bransoletkę ze znakiem dawcy, grupą krwi i karty ICE dla mnie i dzieci (na takiej karcie można umieścić nr do osoby, która ma zostać zawiadomiona w przypadku nieszczęśliwego wypadku, kiedy to delikwent odmawia współpracy) . Chłopcy noszą je w plecaku, ja w dokumentach. Mam nadzieję że nikt nie będzie musiał się przekonać, że właśnie do niego podałam nr tel ;) Taki psikus :)
Mam nadzieję że również z tymi organami poczekają aż zejdę z tego świata, że nikt mnie nie sprzeda na części przedwcześnie. W razie czego mam zapisane numery na karcie ICE ...


sobota, 17 maja 2014

FORMAT

Puzzlowe szaleństwo opanowało wieś. No może nie całą. W każdym razie mieszkanie moje i siostry z pewnością.
Po kamykach, na których to polegliśmy (ułożę je kiedyś, jak tylko do wprawy dojdę), postanowiłam nie poddawać się i zapewniać potomstwu i sobie wystarczający poziom rozrywki.
Potomstwo dostało puzzle - dzikie zwierzęta. Cudny obrazek, ale ... 3 D. Jak się okazało, jest to pewne utrudnienie.
- Syn, co to za plama?
- Mamo, ta plama to kot na drzewie. Załóż okulary i zobaczysz.


Oczywiście nie zwykłe okulary tylko takie specjalne, dołączone do zestawu co to noszącemu się w głowie od nich kręci. Ale faktycznie, w nich obrazek zaczyna nabierać sensu.
1 wieczór i poranek i daliśmy radę. W zasadzie to Marcin, bo mój wzrok nie bardzo mógł sobie poradzić z tym wyzwaniem.

Teraz mamy zestaw 10 ... układają wszyscy. Moja siostra u siebie, my u siebie. Nam idzie gorzej - jakoś nie mamy kiedy  przysiąść do tego. 
- Mamo, czy ty nie możesz kiedyś kupić jakichś prostszych puzzli?
- Takich z księżniczkami na przykład?
- Nie, ale takich wiesz prostszych, a nie od razu 500 szt. Nasze mózgi nie są jeszcze gotowe na takie wyzwanie. Musimy się najpierw sformatować a potem wstawić jakiś dodatkowy dysk ...



Dostrajamy się:)



wtorek, 22 kwietnia 2014

JAK TO MATKA POTRAFI USZCZĘŚLIWIĆ POTOMSTWO

Wielkanoc 2014 przejdzie do historii (naszej) to pewne. A już na pewno długo o niej nie zapomnimy.
Jak to powiedziała Kalina, jelitówka w ty roku stwierdziła iż "święta trzeba celebrować przede wszystkim szybkim pasażem ... jelitowym". Cudne stwierdzenie, na które przy tak niskim poziomie elektrolitów w organizmie nie wpadłam samodzielnie. Bo dopadło i mnie. Ocalała jedynie Tośka, za co należy jej się medal. Wszak gdy w domu jest 8 szt, ciężko jest ujść z życiem.
Marian za nią nadrobił.
Poniedziałek zapowiadał się uroczo, pogodnie i niemalże smacznie.  Zapowiadał się, bo ciąg dalszy to już była karetka, szpital ... I Marian z podejrzeniem zapalenia wyrostka.
Okazało się, że to tylko złośliwa grypa pokazała swoje drugie oblicze i wszystko zaczęło się od nowa.

Żal się matce syna zrobiło. Postanowiła umilić potomkowi czas spędzony w domu i kupiła mu PUZZLE. Z miłości i bez odrobiny złośliwości. Jedynie z sentymentem do kamyków.
Bardzo chciał i bardzo się cieszył ... ale radość nie trwała długo.
Pierwszy grymas pokazał się gdy zobaczył wzór

Kolejny, kiedy zobaczył wielkość puzzli.

I tak o to po godzinie mamy już ramkę.

Potomstwo zrezygnowało (wszystkie 2 szt), na polu walki zostałam sama z Dorotką. Dobrze że wino uszło z życiem przez święta. Będziemy miały zajęcie i to myślę że na nie jeden wieczór.

No i będę musiała rozejrzeć się za bardziej humanitarnym wzorem do układania


czwartek, 27 lutego 2014

BO KIEDYŚ MUSI BYĆ TEN PIERWSZY RAZ

Moje dzieci są aniołami - żadna nowość. Tylko że skrzydła zostawiają pod poduszkami i wkładają je do snu - żeby było cieplej.
Dzisiaj po raz pierwszy w naszej wyspiarskiej karierze zostałam wezwana na rozmowę do nauczyciela. Uwaga! Marcina!
W zasadzie rozmawiałam z wychowawcami obydwu, ale to pan Lynch prosił o rozmowę.
To chyba wina rozprężenia materiału po feriach.
Panowie ześwirowali w akompaniamencie innych - irlandzkich i polskich dzieci.
Na szczęście odbyło się bez ofiar. Skończyło się na uwagach.
Najcudniejsze w tym wszystkim było to (dziwne określenie, zważywszy na to, że sytuacja była poważna), że Marcin zapłakany wyszedł ze szkoły nie dlatego że napsocił, tylko dlatego że Martwił się o Krzysia.
Wychowawca pierworodnego bronił go ze wszystkich sił, tłumacząc że prawie nie jest winny, tylko że był obecny ... Albo młody mu wyjątkowo leży jako pilny, spokojny i uprzejmy uczeń  (tak, tak, to ten sam Krzyś), albo ja wyglądam na domową terrorystkę i bał się konsekwencji jakie mogę wyciągnąć w domu.
Na szczęście skończyło się tylko na konkretnej rozmowie. Bez zbędnych kazań i kar.
Kiedyś musi być ten pierwszy raz na uwagi synów dwóch.

Chyba podświadome czułam nadchodzące atrakcje, bo już od rana szukałam sobie zajęcia na  rozładowanie emocji. No i znalazłam - wycinanie krzaczorów w ogrodzie. Skończyło się na posadzeniu malin i wycięciu ułamka tego co do wycięcia być miało.
Ulżyło mi, uspokoiłam się. Zapas prac uspokajających mam na jeszcze jakiś tydzień.
Jednocześnie okazało się, że zawód OGRODNIK, to była chyba jakaś pomyłka. Żeby to jakaś frajda nie wiem jaka była, to bym nie powiedziała. Może gdyby efekt był widoczny od razu?

Teraz anioły śpią z aureolkami na poduszkach.
A matka siedzi i wysyła setki CV co by nam kiedyś dobrze było.
I ma już tego po kokardki.