Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZAKRĘCONA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZAKRĘCONA. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 listopada 2019

BLONDYNKA NA POKŁADZIE

Zawsze uważałam się nieskromnie za dość mądrą osobę. Może lekko zakręconą, ale raczej zaradną. Jestem gotowa nawet na stwierdzenie że nie jedn facet mógłby ze mną konkurować w obsłudze wiertarki, piły, wyżynarki i innych bardzo "kobiecych" sprzętów. Nie to żebym była jakąś feministka straszną, ale życie nauczyło mnie że trzeba sobie umiec radzic samemu. Zrobie sobie stół, położę płytki na balkonie, wytapetuję mieszkanie ... Żeby nie było, paznokcie tez umiem sobie pomalować.
Dzisiaj jednak po raz kolejny rozwaliłam system.
Kilka dni temu musiałam się pożegnac z KIAnką. No dziewczyna sobie nie radziła. Podobno jeźdzła tylko siłą woli (chyba mojej). Od teraz będe jeździć z Hiszpanem, a co?!
Chłopak jest trochę młodszy, brzmi poważniej - bardziej jak traktor. Taki maczo znaczy się.
Tak więc dzisiaj po raz pierwszy pojechałam z nim na stację benzynową. W głowie powtarzałam sobie: "Deasel", "Czarne", "Nie zielonemu" ...
I co zrobiłam?!
Nie, nie zatankowałam benzyny. Ja po prostu nie umiałam otworzyć wlewu. Kombinowałam, próbowałam, nic. Uparty sie nie dał wykręcić. Z pomocą przyszedł YouToube. Filmik na szybko, bo już głuio zaczęłam wyglądać walcząc z własnym samochodem. - NIC. No po prostu temu na filmie działało a mi nie. Już pomyślałam że kupiłam samochód bez możliwości tankowania i w głowie obliczałam czy się doturla, ewentualnie czy dopcham go do domu.
Poddałam się. Schowałam swoją dumę głęboko w kieszeń i poprosiłam panią na stacji benzynowej o pomoc. Oddelegowała swojego męża który akurat podjecgał. 3 sekundy - otworzone. Patrzyłam się mu na ręce jak złodziejowi, kodując każdy ruch.
Zatankowane, pojechane. Tyle że za Chiny nie pamiętam jak on to zrobił.
Tak więc mam czas do końca baku żeby przetrenowac otwieranie wlewu.
A dopiero co wspominałam stare czasy jak to będąc włascicielką Malucha, pierwszy raz zatankowałam go po roku!. A to dzieki temu, iż mój ulubiony były mąż zawsze dbał o to żeby samochód był gotowy do jazdy - Dzię
ki Łukasz. Pierwsze tankowanie - cóż to był za stres!
Tak więc mam małą powtórke z rozrywki.

A jak nie opanuję techniki otwierania, to sobie znajdę faceta który będzie w posiadaniu tejże tajemnej wiedzy.
Taki pomysł na casting sobie wymyśliłam!

czwartek, 31 października 2019

CZY TO SIĘ LECZY?

Tak, wiem, zakręcona jestem od urodzenia. Ale serio, teraz to już chyba osiągnęłam level Master.
Zaczynam się zastanawiać nawet czy to nie jest jakas jednostka chorobowa. Zdecydowanie łączenie kropek nie wychodzi mi ostatnio najlepiej.
Zazwyczaj zwalałam to na zmęczenie, zbyt wiele spraw na głowie. Ale teraz takie wymówki nie przejdą. W zeszłym roku o tej porze, byłam już po przynajmniej 4 kryzysach, kiedy płakałam ze zmeczenia. W tym roku jest plaża - jak na razie 1 mały kryzysik. 


Taka sytuacja.

Zostawiłam samochód na myjni. Wiecie, takiej ręczniej, do odbioru za godzinę. Blisko, bo za rogiem, czyli prawie że u siebie. Co zrobiłam zapytacie? - Zpomniałam. Pobiegłam na kilka minut przed zamknięciem. Zapłaciłam grzecznie, odebrałam kluczyki. Nie mogłam wyjechać bo jakiś mentalny blondyn mnie przyblokowal. Ale jak wspomniałam, myjnia jest prawie pod domem, wiec postanowiłam ze przeparkuje później, jak już się wszystkie sklepy pozamykają ... 
Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy wychodząc z domu kilka godzin później nie zastałam samochodu na jego stałym miejscu parkingowym. Normalnie stan przedzawałowy. Potrzebowałam kilka dłuuugich sekund żeby połaczyć fakty. 

CZY TO SIĘ LECZY?

piątek, 17 maja 2019

NOWE DOŚWIADCZENIA, CZYLI JAK SPĘDZIĆ DZIEŃ WOLNY OD PRACY.

Nastał dzień, w którym z pewną dozą niesmiałosci zdecydowałam się na powrót.
Czy ciągle nadaje się na pędzącą blogosferę? Któż to wie. Ale muszę, bo jak to mawiał klasyk "Inaczej sie uduszę"

Po bodaj 3 letniej nieobecności ...

Od mojego ostatniego wpisu wiele się działo, wiele się zmieniło.
Jedno pozostało niezmienne - moje zakręcenie.
Zazwyczaj zwalałam to na zmeczenie materiału, czy tez na klimat. Bo wiecie, w Irlandii to pada i zwoje mózgowe od namiaru wilogci się odklejaja ...
Ale są takie dni jak dzisiejszy - lato w pełni (czyt. słońce i +19'C od kilku dni), dzień drugi zwany wolnym od pracy, w planach kawka z koleżanką dano nie widzianą.
Ja w drodze i nawet o czasie, na środku dość ruchliwej drogi usłyszałam wielkie trachnięcie, a pedał sprzęgła zniknął gdzieś w podłodze.
Oczywiście pierwsze o czm pomyślałam, to O matko cóż żeś za śniadanie zjadła żeś pedał sprzęgła połamała. Sekunda olśnienia i awaryje, pobocze i przystanek autobusowy który szcześliwie wyrósł mi na drodze.
Sytuacja taka zwyczajna, która przytrafić może się każdemu. Najbardziej zafascynowł mnie poziom stresu objawiający się w trzęsieniu rak. Macie tak czasem, że się z nadmiaru adrenaliny chyba telepoczecie? Nie to żebym teraz prowokować takie sytuacje chciała, ale to było niezłe uczucie. Chyba ostatnio tak się trzęsłam jak kłóciłam się z szefem na kilka tyg przed moim zwolnieniem. 

Okazuje się że jako mentalna blondynka zupełnie nie jestem przygotowana na takie akcje. 
Na szczęście w dzisiejzych czasach ma się internet w telefonach, a ja mam jeszcze w zapasie kilka niezastąpionych przyjaciółek, które gotowe były niemalże pchac mnie w mojej kijance. 

Nigdy o tym nie pomyślałam, ale kolor mojego umysłu mnie chyba zwalnia od myślenia i planowania długodystansowego, 
NR. TEL DO UBEZPIECZALNI W RAZIE WYPADKU!
  Przyznam szczerze iż nie pamiętam co jest na polisie w PL którą to trzeba zawsze wozić ze sobą. W krainie trawy wieczie zielonej mamy tzw dyski, czyli małe krążki z nr ubezpieczenia, datą ważności ... Gdyby nie to ze kilka dni temu opłacałam tax drogowy to bym nawet nie znała nazwy ubezpieczalni. No dobra, 99% populacji takie informacje zna. Ale zdarzają sie wyjątki. 
Dzieki ulubionej siostrze mojej młodszej, zdobyłam nr tel i już po godzinie siedziałam w lawecie. 
Moja srebrna strzała została dostarczona do ulubionego mechanika (jakieś 300 m w linii prostej).
Pan laweciarz bajarz - gawedziarz pokazał i objaśnił jak jechać samochodem i zmieniac biegi bez sprzęgła. 
Można by więc uznac iż to była owocna lekcja. Co prawda zapłacę za nią odbierając kijankę od mechanika. 
Zastanawiam się tylko nad jedno. Skoro dzień jak ten, uważam za udany i zabawny, czy jestem jeszcze normalna? Czy już pora udać sie do ortopedy, bo na psychiatrę zdecydowanie za późno?

piątek, 10 lipca 2015

WYWIOZŁAM DZIECI DO LASU, A POTEM SAMA ZABŁĄDZIŁAM

Może nie od razu wywiozłam, ale upewniłam się że wsiedli do odpowiedniego autokaru oraz że drzwi starannie zostały zamknięte.
Po 3 dniach trwania obozu, przynajmniej 2 razy byłam gotowa po nich pojechać - tak to zazwyczaj bywa z mięczakami (mowa oczywiście o mnie, nie o potomstwie).
Póki co sygnały ze środka głębokiego lasu docierają codziennie, a potomstwo po ciężkich 2 dniach ma się całkiem nieźle.
Gorzej jest ze mną. Miałam odetchnąć, odpocząć, upajać się ciszą i spokojem. Tym czasem organizuję sobie czas na siłę, żeby nie myśleć za dużo. Wszak jak człowiek się nudzi, to różne głupie pomysły do głowy mu przychodzą. Mnie akurat tych nie brakuje.
Do tego wszystkiego dochodzi kumulacja głupoty. Ale tą tłumacze niehumanitarnym upałem w Polsce od którego szczęśliwie odwykłam.
Generalnie myślałam że było już wszystko.
Myślałam że mój życiowy limit na głupoty został wyczerpany.
Tym czasem sama siebie nie przestaję zadziwiać.
Dzisiaj rano zabłądziłam w drodze do pracy.
Nie wiem czy mój mózg dostąpił szoku termicznego i nie miałam "kontaktu z bazą", czy coś innego się zadziało.
Podczas nieobecności potomstwa mogę zaczynać pracę wcześniej, postanowiłam pojechać innym autobusem niż zwykle. Miało być szybciej i bliżej.
Miało być.
Po przejechaniu kilku czy nawet kilkunastu przystanków, przestałam rozpoznawać okolice. Stwierdziłam że zbyt rzadko jadę tą trasą, bo wygląda jak bym jechała nią pierwszy raz.
Po kolejnych czterech przypadkiem spojrzałam na tablice wyświetlającą nazwę przystanka i nr autobusu ...
Okazało się że wsiadłam w zły - oczywiście.
Wysiadłam czym prędzej. Usiłowałam nawet uruchomić Goole maps w swoim prehistorycznym telefonie, ale mi nie szło. Stałam więc jak ta zabłąkana Ańdźka w kwiatach i prawie zanosiłam się ze śmiechu. Przechodnie też mieli dobre humory. Wnioskuje po tym jak na mnie reagowali.
Tak wiec zamiast 3 min, szłam 20.
Do pracy dotarłam i nawet się nie zdążyłam spóźnić - taka jestem.

Jeszcze tylko 26 dni i mi się poprawi.
Zakładam że za 30 dni znowu będę chciała wykupić stałe miejscówki potomstwu w głębokim lesie.
Póki co beznadziejnie mi bez nich.

niedziela, 7 czerwca 2015

IRLANDZKA POGODA - CZYLI JAK SIE LUDZIOM ODKLEIĆ OD NADMIARU WILGOCI MOŻE.

Zwykłam twierdzić że bardzo lubię irlandzka pogodę.
Ponieważ z zasady nie kłamię, to też jest to zgodne z prawdą. Wolę tutejszy balans od zamarzającej zimowej pluchy czy skwaru w środku miasta. Oczywiście nie mówię o zimie w górach czy o środku lata na Majorce. Dość rzadko (żeby nie powiedzieć że wcale) tam jednak bywałam, stąd zamiłowanie do aury tutejszej.
Niestety nawet ta pogoda, choć prawie idealna, ma swoje wady, które dają namacalnie znać o sobie.
Otóż od nadmiaru wilgoci czasem się ludziom (mówię to na własnym przykładzie) zaczyna lekko odklejać. A jak jeszcze przyjdzie takie słońce jak dzisiaj, to nie dość że klepki w mózgu się rozeschną to jeszcze wypaczą ...

Od wczoraj miałam przyjemność opiekować się jedną z córek mojej siostry. Wstawanie w nocy, mleko, przewijanie i takie tam atrakcje. Nastawiona psychicznie iż pobudka będzie standardowo o 6 w porywach do 7 zdziwiłam się mocno kiedy to ranna ptaszyna raczyła mnie obudzić o 9:20. I to nie że lamenty płacze czy mazgajstwa. Skowronek wyśpiewywał od rana ODĘ do swych stóp kiedy to jedna z kończyn po radosnym wymachiwaniu utknęła pomiędzy szczebelkami. Stopa została oswobodzona, a ptaszyna dalej śpiewała.

Mając przed oczyma śpiącego krasnala który wtulony uśmiecha się przez sen, śmierdzi mlekiem, albo te małe bosaczki... sobie pomyślałam ...
Wróć! Przez me czoło myślą nie zmącone przebiegł pomysł ...
A gdyby tak ...?!

WHAAAAAT?

Później usłyszałam czułą rozmowę swojego podrośniętego już potomstwa. Uznałam że to jednak była chwilowa niepoczytalność.
Gdyby mi jednak nie przeszło, ogłoszę casting na dawcę.
CV można przesyłać mailem.
 



sobota, 11 kwietnia 2015

WIOSNA ACH TO TY

Święta , Święta i po Świętach.
Były dziwne. Bez dzieci, ciche i spokojne - to nie Święta.
Jedyny plus tegorocznych jest taki, że miałam okazję spotkać się z moimi gwiazdami z dalekiej północy. Kochane, gdyby nie wy ...

Powoli wracamy do rzeczywistości.
Po 5 tygodniach Marcin w końcu pożegnał się z gipsem.
Teraz uczy się chodzić jak zwykły człowiek, bo póki co wygląda jak członek Agencji śmiesznych kroków.
Oznacza to że w poniedziałek wraca do szkoły!
Oł jeee!

Teraz jeszcze tylko znajdziemy mieszkanko, pogonimy Gardę co by mnie szybciej sprawdzili i byle do wakacji.

P.S.
A w czasie Świat wszystkim najbardziej smakował BIAŁY BARSZCZYK w moim wykonaniu.
Jaka ja z siebie dumna jestem! Ten barszczyk, którego zapomniałam ugotować.
Dobrze że wiosna u nas na całego, wiec moje dziwne loty mogę zwalić na jej przesilenie.
 


piątek, 27 marca 2015

PACZKĄ DOOKOŁA ŚWIATA, CZYLI POWÓD DLA KTÓREGO NIE POWINNAM ROBIĆ ZAKUPÓW

Zrobiłam zakupy przez internet.
Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz.
Buty potomkowi kupiłam.
Przez roztargnienie swe, wszak innego powodu nie znajduję (wyrosłam i to bardzo z utrudniania życia innym) pomieszałam adresy - płatniczy i dostawy. Mix wyszedł z tego niezły. Paczka bowiem została wysłana do Irlandii na adres polski.
W owym sklepie internetowym rozpoznają już mój charakter pisma, wszak maile ślą się gęsto. W firmie kurierskiej niedługo będą przybijać ze mną 5tkę przez telefon. Jeszcze chwila a poznam wszystkich na infolinii. Dzisiaj już np składali mi życzenia wielkanocne. Nie wiem czy chcieli dać mi do zrozumienia że liczą na to że przed Wielkanocą się nie usłyszymy?!

Wracając do tematu.
Moja paczka była już:

GATWICK - UK
DUBLIN - IRELAND
BRUSSELS - BELGIUM
POZNAŃ - POLAND i tu miałam przez chwilę nadzieję że pracownicy sortowni czy innego miejsca gdzie rozdzielają przesyłki wpadną na pomysł, że jeśli Łódź, bo kraj i ulica może się zgadzać. Nie wpadli.
HANNOVER - GERMANY
BRUSSELS - BELGIUM
DUBLIN - IRELAND - tu byłam pełna nadziei że się w końcu firmy dogadały.
EAST MIDLANDS - UK Tu kupiłam Marianowi nowe buty - w tym samym sklepie - lubię dreszczyk emocji
LEIPZIG - GERMANY - nowe buty Marcina doszły.

Jeszcze chwila i będzie z tego materiał na film. Paczką dookoła świata. Ciekawe tylko czy młody nie wyrośnie z tych butów zanim dotrą.

sobota, 10 stycznia 2015

ZACZYNA SIĘ JAZDA BEZ TRZYMANKI, CZYLI TUTAJ JUŻ NAWET TERAPEUTA NIE POMOŻE.

Może wiecie, może nie, ale jestem zwolenniczką badań profilaktycznych.
Nie tak żeby od razu przemeldować się do przychodni. Ale raz na rok cytologia, jakieś badanie cycków. Gdybym miała to pewnie i badanie prostaty bym popełniła.


Nie wiem kiedy mnie to dopadło, ale uważam że to ważna rzecz, szczególnie iż potomstwo niewystarczająco jeszcze odchowane. Chciałabym żeby pomęczyli się ze mną jeszcze czas jakiś. Co najmniej aż wnuki pomogę im odchować, a babcią za szybko być nie zamierzam.
Tak więc jakiś czas temu odkryłam cosik, popędziłam do mojego GP (lekarz pierwszego kontaktu), wysłano skierowanie do kliniki i kazano grzecznie czekać na list z wiadomością o wizycie. Po miesiącach dwóch, przy okazji jakiejś innej wizyty nie omieszkałam upomnieć się o mój przydział "macania cycków" w klinice, bo na imprezę jeszcze nie raczyli mnie zaprosić.
Okazało się że zaprosili a i owszem, ale nie przyszłam. Jak wspólnie z moją lekarką ustaliłyśmy - adres był niekompletny.
Wysłała nowe skierowanie.
Po tygodniu albo dwóch, w każdym razie szybko dość, dostałam piękne różowe zaproszenie.
Nie, nie było drukowane na zapachowym papierze i nie, nie było posypane brokatem.
A na nim 1/9/15 TUES
Raczyłam nawet zadzwonić do nich, a że było po godzinach, to zostawiłam uprzejmą wiadomość, że według mojego kalendarza 9 stycznia to piątek a nie wtorek.
Przez myśl mi przeszło, że może miał być 6 stycznia wtorek, ale mi zupełnie nie pasował, więc zostałam przy 9tym - piątku. 
Już słyszę wasz chichot.
Chciałam tylko przypomnieć że urodziłam się blondynką i mentalną pozostanę.

Zaplanowałam sobie dzień. Dzieci porozstawiane - jedno na wycieczce dla mądrali, drugie miało być odebrane, nakarmione i przechowane przez moją ulubioną młodszą siostrę.
Naszykowałam się, delikatny makijaż popełniłam co by ludzi na mieście nie straszyć. Zastanawiałam się nawet nad brokatem jakimś, bo jak impreza to szaleć. No ale zdążyłam się ogolić, a z brokatem to ja tylko suchy szampon mam. To tak na nieowłosione cycki i podpaszki - to nie bardzo. Darowałam sobie.
Wyszłam odpowiednio wcześniej, znając swoje zdolności topograficzne, byłam pewna że błądzić będę. Jak się później okazało, nie miałam na to czasu, bo cały dodatkowy wykorzystałam na wmawianie panu w sklepie monopolowym że ja chcę bilet 1 dniowy i że na pewno takie ma, bo takie kupowałam ... Przez chwilę miał minę jakby chciał powiedzieć "tej pani już dzisiaj alkoholu nie sprzedajemy". Oczywiście bilety takowe już dawno nie istnieją.

Jak już dojechałam, pokręciłam się jak Andźka w kwiatach, dotarłam do celu ...

- Przepraszam, czy to właściwa klinika?! - zapytałam się pokazując skierowanie.
- eee, tak, ale my na dzisiaj nie mamy żadnych wizyt.
- O nie! - pomyślałam - czyli to jednak był wtorek!
- Ale jak to? - przemówiłam ludzkim głosem - mam tutaj napisane ...
Nie powiem z jaką miną się pani na mnie popatrzyła.

Nie wiem czy w tym szpitalu mają też oddział psychiatryczny, ale owa pani miała minę taką, jakby  przez myśl jej przebiegło że z takiego właśnie uciekłam.

- Ale ... pani ma tutaj 1 września ...

Nie wiem czy roku, ale na pewno będzie to moja akcja miesiąca. Chociaż styczeń jeszcze się nie skończył ...


środa, 20 sierpnia 2014

SZEWC BEZ BUTÓW CHODZI, A ZAKRĘCENI W RÓŻNYCH, CZYLI OSTATNI ODCINEK WSPOMNIEŃ

Tak, właśnie tak
Podczas wakacji w Polandii nabyłam drogą kupna sandałki przepięknej urody i cudnej ceny.
Z tą urodą oczywiście można się nie zgodzić, wszak nad gustami się nie dyskutuje. Zaletę jednak mają ważną - są mega wygodne i jak się okazało oryginalne.

Wychodziłam gdzieś z potomstwem. Jak zwykle w pośpiechu. Założyłam szybko nowy nabytek na swe szanowne stopy i pomknęliśmy. Przez chwilę przegalopowała przez me czoło myślą niezmącone jakaś wątpliwość. Byłam pewna że w sklepie nie zauważyłam żeby sandałki przyozdobione były koralikami. Szybko jednak odgoniłam myśl dziwaczną zwalając wszystko na wszędobylski upał i żar lejący się z nieba i ogólne zmęczenie organizmu - jak to na wakacjach bywa.
W pewnym momencie naszej wędrówki, wpadł mi do buta kamyk. I wtedy to właśnie zauważyłam że buty faktycznie są różne.Nie żeby od razu kozak i trampek, ale jednak różne.
Jak to się mogło stać?! Nie wiem. Podejrzewam tylko że nabrawszy nieco "erotycznej powierzchni użytkowej", nie byłam w stanie zapiąć obuwia trzymając stopy razem. Musiały być znacznie od siebie oddalone (tak przypuszczam). A że pole widzenia w moim przypadku to nie jest pierwsza klasa. Może drugi wagon, ale jednak klasa ekonomiczna, to i wzrokiem tak oddalonych od siebie nie ogarnęłam ...


Siedziałam potem wieczorem jak ten kopciuszek i wypruwałam bonusowe koraliki.
Najbardziej zastanawiające w tym wszystkim jest to, że każdy kto mnie widział i z kim miałam przyjemność rozmawiać zauważył był ów szczegół. Wszyscy jednak myśleli że tak ma być. Że to moja dusza artystyczna znalazła ujście.
Nie sadziłam że ze mną jest aż tak źle


wtorek, 14 stycznia 2014

CZY KOS DA WIĘCEJ?!

Czy ktoś kiedyś chciał podważyć tezę ze jestem dziwna?!
Obawiam się że wątpię.
Dzisiaj nawet przypadkiem doszłam do wniosku że wyssałam to z mlekiem matki. Nie to żeby moja rodzicielka jakaś dziwna była. To znaczy może jest, na swój pokręcony sposób, ale to również czyni ją jedyną w swoim rodzaju.
Niewątpliwie jestem żywym przykładem na to jak dzieci powielają zachowania rodziców.

W związku z moimi staraniami o pracę, musiałam wypełnić wniosek do "Gardy" (tutejsza policja), żeby mnie prześwietli, sprawdzili w tą i w tamtą stronę i jeszcze raz. Czy nigdzie nie rozrabiałam na ten przykład. Jednym z wielu punktów w kwestionariuszu miliona pytań jest:
"Proszę podać wszystkie adresy zamieszkania od roku urodzenia, do teraz".
No i zaczęła się jazda.
Ile takich możecie naliczyć.
Ciekawe ile bym zarobiła jakby na moją "liczbę" stawiano kasę?!
Ponieważ pytano (mam nadzieję) tylko o oficjalne miejsca zamieszkania, wyszło mi ... tylko 9!
Jaki normalny człowiek w ciągu 30 i kilku lat tyle się przeprowadza?!
Gdyby liczyć jeszcze nieoficjalne, jak na ten przykład wynajmowane kawalerki w pierwszych latach samodzielnej i pięknej młodości w tak zwanym wczesnym stadium małżeństwa, to wyszło by 11.
No normalna to ja nie jestem.
A szykuje się następne! - jak tylko znajdę prace i mieszkanie na które będzie mnie stać.

Mam tylko nadzieję, że Garda nie będzie się w tym doszukiwała jakiegoś podtekstu, ucieczki na ten przykład. 
Najzabawniejsze (albo i nie) jest to, że nie pamiętam wszystkich adresów. To znaczy pamiętam, ale mam luki jeśli chodzi np o numery mieszkań czy ulicy. Normalnie część mojego życia wyparowała.

Moje dzieci już mają za sobą 5 (nieoficjalnie 6).
Dogonią matkę ...

Chyba nawet Cyganie są bardziej ustatkowani.

Czy ktoś da więcej?!



piątek, 13 grudnia 2013

13-GO W PIĄTEK

Komu się mogą przytrafić dziwne rzeczy w piątek 13go?
Nie wiem jak innym, ale z pewnością mi. W sumie ja nie potrzebuję do tego ani piątku, ani 13go. Ale jak nadarza się okazja ...
Na dzisiaj wyznaczono wizytę kontrolną u dentyna mego najstarszego potomka.
Na "zaproszeniu" pomylono tylko nazwisko i adres. Jedyne co się zgadzało, to imię ;) Myślicie że w Polsce by to przeszło? W sensie czy przyjęliby go na wizytę?! Obawiam się że wątpię, no ale my mieszkamy na wyspie.
Ponieważ nie znam jeszcze okolicy - dalszej (bo bliższą ogarniam), zapoznałam się wcześniej z mapą. Zorientowałam się co do opcji dojazdu autobusem i w ogóle.
Szkoła zaczyna się o 9, wizyta na 10:30.
Opcje były dwie. Młody mógł pójść na godzinę do szkoły i potem pojechalibyśmy autobusem, albo nie iść od rana do szkoły, ale do przychodni na  na pieszo (ok 30 min - zakładając że zna się trasę).
Okazuje się że moje dziecko nie jest takie leniwe na jakie wygląda. Wybrał opcję drugą. Odstawiliśmy Mariana na zajęcia i sami udaliśmy się w drogę.
Tyle tylko, że okazało się że telefon mam na wyczerpaniu, a w telefonie mapę jakby co.
Wydawało mi się że pamiętam mniej więcej trasę.
No własnie, wydawało mi się.
Ja niestety orientację w terenie mam po mamusi. Wyprowadź mnie do lasu, zakręć trzy razy i pójdę dokładnie w przeciwnym kierunku niż powinnam.
Czyli zgubić mnie - to  nie jest wyzwanie.

W każdym razie jak już zorientowałam się że nie jestem pewna czy dobrze idziemy, a wręcz byłam pewna że coś pokręciłam, kiedy rozpadało się tak, że strużki wody ściekały nam po twarzach, postanowiłam się poddać i zawrócić. Okazało się że pomyliłam "zjazdy" na rondzie i tylko obeszliśmy naszą wieś dookoła - prawie. Wróciliśmy do domu, wysuszyłam głowę, wzięłam parasol, Krzyś zmienił przemoczone buty i poszliśmy na autobus. Dobrze że mieliśmy zapas czasu.
Panu kierowcy powiedziałam nazwę "osiedla" na które mamy jechać - zdziwił się. O tym dla czego, przekonałam się jak już wysiadłam. Zawiózł nas do czegoś w stylu "zagłębia firm i fabryk".
Telefon wszedł w stan oszczędności baterii, więc ekran miałam taki ciemny, że w rażącym słońcu nie było opcji żeby cokolwiek zobaczyć. W sumie to nie wiedziałam nawet czy się włącza.
Bo zapomniałam dodać, że jak wzięłam z domu parasolkę, to nie dość że przestało padać, wyszło też słońce. Dookoła nas były tylko pola, gdzieś tam przed nami widać było jakieś osiedle domków. Po drodze żywego ducha. Aż tu nagle pojawił się na horyzoncie jakiś człowiek na rowerze. Zatrzymał się i wytłumaczył dokładnie jak mamy dojść do przychodni. Okazało się że wysiedliśmy kilka przystanków dalej niż powinniśmy.
Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się że nie ma syna w systemie, że powinnam mieć PPS (coś  w stylu polskiego numeru PESEL). Oczywiście że miałam - zapisany na komórce. Na szczęście udało mi się ją włączyć na kilka sekund - tylko po to żeby spisać nr.
Wizyta trwała może 5 min. Dziecię me ma zęby na medal - Uffff
Wychodząc rozejrzałam się dokładnie, żeby wyłapać jakiś charakterystyczny punkt na przyszłość. Pub po łabędziem czy jakoś tak i ...  monopolowy!
Następnym razem pewnie trafię, chyba żeby splajtował i go zamkną, w co wątpię.

... a dzień się dopiero rozkręca ...







środa, 24 kwietnia 2013

GRUNT TO DOBRA MOTYWACJA

To że urodziłam się blondynką i mentalną pozostałam do dziś, pomimo mocno ciemnego aktualnego koloru owłosienia - wiadomo.
Z tego też tytułu mało bystrą jednostką czasem bywam.
Dostałam zaproszenie od znajomej (mailowe) do przyłączenia się do grona znajomych gdzieś-tam*. Jako że zapraszająca jedną ulubieńszych znajomych mych jest, przyjęłam bez mrugnięcia.
Kliknęłam, zarejestrowałam, wpisałam co tam chcieli i ....
- Czego szukasz na randkowym portalu? - zabrzmiał głos w słuchawce 3 sekundy po kliknięciu. Że moje zwoje łączą długo dość, nie bardzo wiedziałam o jakie 2 drzewa chodzi?!
- Gdzie?
- Na portalu randkowym. Dostałem zaproszenie na wszystkie 3 adresy mailowe ...

Szanowni Państwo, jeśli otrzymaliście takowe zaproszenie od mej skromnej osoby, to wybaczcie. Ja wolę randki w REALU, ewentualnie w Tesco. Jeśli przyjęliście zaproszenie, mam nadzieję że zrobiliście to bardziej świadomie niż ja. Ja swój profil na ten tychmiast usunęłam, no chyba że nie udało się, to proszę o informację. Jeśli ktoś miałby ochotę spotkać się ze mną na kawę, to nie potrzebuję do tego żadnego serwisu randkowego wspomagającego. A już na pewno nie takiego, gdzie panowie prężą swe świeżo "wyfotoszopowane" muskuły, a panie wystawiają swe atuty na pokuszenie na "sweet fociach".
Tak więc jeśli ktoś by chciał, to piszcie, dzwońcie, bo poza tym że jestem mamą na pełen etat, aktualnie kończę czaderski kurs taki jeden (kiedyś się pochwalę) i mam pół pokoju zawalonego skrzynkami (drewnianymi, nie po winie), z których aktualnie tworzę w każdej wolnej chwili (nie powiem co, bo od niedzieli, czyli od dnia kiedy to stałam się ich właścicielem, kilka razy mi się zmieniło), to mam czau całe mnóstwo.

A!!!
Miało być o motywacji ...
No więc proceder ten zmotywował mnie to uporządkowania kontaktów na mojej poczcie. Z automatu mam ustawione żeby mój inteligentniejszy (nie ma takiego wyrazu w słoniku sprawdzającym pisownie - dobry słownik) ode mnie program pocztowy dodawał adresy do kontaktów, jak tylko na nie spojrzę ....
Tak więc były tam adresy ... szkoda gadać. No cóż, pracy już w Polsce nie znajdę, czas pakować walizki ...


A tak wyglądają moje skrzynki. Niektórzy mieli już przyjemność zobaczyć ja na FCB a nawet na żywo - taka jestem. Ci co nie mieli, nich patrzą, bo następne (mam nadzieję) zdjęcie będzie z efektem końcowym, tylko "TEMU NA GÓRZE"
znanym.






* Nazwy portalu nie pamietam, bo wszystkie wiadomości skutecznie pokasowałam.

wtorek, 19 marca 2013

GRUNT TO DOBRA INFORMACJA

Co trzeba zrobić żeby być najbardziej doinformowaną osobą w moim otoczeniu?!
Trzeba się ze mną kumplować. Oczywiście nie to ze każdy zakumplowany wie wszystko i wcale nie mam tutaj na myśli faktu iż jestem gadułą. Działam wybiórczo, powiedziałabym nawet że jakiś systemem, którego nie mogę rozpracować. Co jakiś czas wysyłam smsy do innych osób niż zamierzone. Potem się dziwę że nie odpisują. Jestem gotowa obrazić się nawet mocno. Na szczęście nauczona doświadczeniem, po dłuższym czasie bez odpowiedzi, sprawdzam historię  korespondencji ... Zauważyłam że już coraz rzadziej przypadkowi odbiorcy informują mnie o pomyłce. Upajają się zapewne moim zakręceniem i nieświadomością! Albo przyjęli to za taką normę że już im się nie chce ?!

Godzina wczesno-poranna. W moim obecnym stanie - unemployed - uznawana za niehumanitarną.
Dzwoni telefon!
Spoglądam na wyświetlacz, a tam rodzicielka moja osobista.
Z racji tego iż ma ze mną do czynienia od kilku lat, wie że rano jestem w fazie zerowego kontaktu z bazą. Budzik uznaję zazwyczaj jako miłą dla ucha melodię. Zasypianie opanowane mam do tego stopnia, że w 30 minut jestem w stanie wyszykować dzieci do szkoły i siebie do wyjścia. Może bez pełnego makijażu, bo takiego raczej nie noszę, ale ludzie na ulicy nie uciekają na mój widok!
Tak więc dzwoni wspomniany.
Odrzuciłam połączenie raz, drugi, za trzecim odpisałam
- Wstaję o 7!
Kto to słyszał żeby budzić mnie pół godziny wcześniej!
Za chwilę słyszę jak dzwoni telefon potomka. Do pokoju po cichutku wszedł równie nieprzytomny Marian
- Mamo, babcia mówi że masz już wstać - na odchodne dodał - Przepraszam że cię obudziłem.

Koło południa dotarło do mnie że sms nie zadziałał i że moja rodzicielka jest najwidoczniej bardzo upartą osobą. Zajrzałam do historii smsów ...
The winner is ... koleżanka XY.
Jakże cudny musiała mieć poranek w związku z tym iż JA osobiście poinformowałam ją o której zamierzam zwlec swój zwłok ...
Najśmieszniejsze jest to, że jej imię i nazwisko ma się nijak do tego w jaki sposób zapisana jest moja mama w telefonie, czyli do MAMA - ICE. Ja to chyba robię na zasadzie losowania. Na kogo wypadnie na tego bęc. Może powinnam aplikować do totalizatora sportowego. Bardziej uczciwego losowania nie można sobie wyobrazić.

Tydzień temu wysłałam wiadomość do koleżanki w celu umówienia się na ZUMBĘ. Zapewne gdzieś owa dotarła, ale z pewnością nie do niej. Do dzisiaj nie wiem kto został szczęśliwym odbiorcą. Oraz najwyraźniej nie miał ochoty pójść ze mną, ponieważ moja propozycja pozostała bez odzewu.

 A dzisiaj ...
spędzam miły poranek z Michaelem Buble i jego koncertem oraz posmarkanymi i szczekającymi dziećmi w drugim pokoju - dawno nie chorowali!

Swoją drogą, jeśli ktoś kiedyś bardzo by chciał, zabrać mnie na koncert wyżej wspomnianego, to ja nie odmówię. Obiecuję że bronić się długo nie będę oraz nie z całych sił. Powiedziałabym nawet że poszłabym z przyjemnością.


poniedziałek, 4 lutego 2013

SOBOTA, CZYLI NA SZCZĘŚCIE JUŻ MAMY PONIEDZIAŁEK

Liczyłam na to że piątek był tylko kończącym się tygodniem, a nie nowo zaczynającym się miesiącem. Teraz mam nadzieję że tydzień się jeszcze nie skończył. Kończy się w niedzielę, prawda?! Sobota jako 2gi dzień nowego miesiąca, który nastąpił bezpośrednio po rzeczonym piątku nie potwierdza jeszcze dalszego ciągu miesiąca?!

Po burzliwych porannych porządkach, miałam z potomstwem udać się w odwiedziny do koleżanki. Że pogoda średnio sprzyjająca spacerom, sprawdziłam wcześniej dokładnie rozkład jazdy komunikacji miejskiej, co by na deszczu za długo nie stać. Jeszcze byśmy korzonki i pączki zaczęli wypuszczać, a do ostatków zostało kilka dni. Wyszliśmy w zasadzie na styk. No i zaczęło się Marianowe marudzenie. Że mu się nie chce na pieszo, że nie lubi autobusem. Tramwajem też nie. Że nogi bolą i najchętniej by usiadł. Po kilku minutach wleczenia marudy, kiedy liczenie do 10 nie dawało żadnego rezultatu, zagroziłam szlabanem na wszystko co się da.
Wtedy właśnie, kiedy to przystanek był już prawie w zasięgu naszego wzroku, przypomniało mi się że nie wyłączyłam piekarnika. Były 2 opcje. Pojechać i dać szanse na "ciekawy dzień" sąsiadom oraz sajgonki z Tofisława, który pozostał w mieszkaniu, albo powrót.
Wróciliśmy się. Zdążyliśmy na tramwaj - 3-ci po tym na który mieliśmy iść. Oczywiście gaz był wyłączony,

Kolejnym punktem wspaniałej soboty miało być odebranie babci z lotniska (mojej mamy, która to przez ostatnie 2 tygodnie zabawiała na zielonej wyspie u siostry mojej ulubionej najmłodszej). Sprawdziłam na bilecie - godz 16:00.
Jak już dojeżdżaliśmy do lotniska wysłałam wiadomość mojej siostrze, że już prawie na miejscu jesteśmy, zwarci i gotowi do przejęcia rodzicielki. Pół min później dostałam wiadomość zwrotną w stylu "mama przeszła właśnie odprawę, teraz będzie czekać na samolot..."
Sprawdzając godzinę na bilecie, nie wpadłam na to że to godzina wylotu, a nie przylotu.
Dobrze że dni nie pomyliłam albo nie pojechałam po nią za późno.

Mama z lotniska odebrana, Tofisław do niej odstawiony. Czyli plan wykonany.
Niedzielę przeżyliśmy bez większych zamieszań.
Zaczynamy nowy tydzień.