Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WYCIECZKA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WYCIECZKA. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 listopada 2013

SZPILA

Czy ja bym mogła kiedyś wziąć pojechać gdzieś i wrócić?!
Tak wiecie, zwyczajnie tam i z powrotem.
Zawsze jakieś atrakcje.
Jak nie remont linii kolejowej, to nie wiem co.

W ostatni weekend, wybrałam się z dziećmi do miasta.
Brzmi to jak wyprawa i prawie tak wygląda. Potrzebujemy jakieś 40 min autobusem żeby dostać się do centrum, a potem to już tylko skupienie na twarzy i angażowanie każdej szarej komórki do maximum. Wszak w centrum Dublina póki co wiem gdzie są 2 główne ulice, szpital, dworzec, polski kościół i przystanek w stronę domu. Wiec muszę się bardzo starać żeby się nie zgubić.
Ponieważ taka wycieczka wiąże się z tym, że zazwyczaj nie ma nas kilka godzin, staram się zawsze mieć pod ręką jakąś wodę do picia dla potomstwa, coś do przekąśnięcia, reklamówki na wypadek rzygania w autobusie, mokre chusteczki ... Pakowania jak na wyprawę stulecia.
No ale czasem trzeba do cywilizacji ...
Tak więc pojechaliśmy. Marian miał plan kupienia sobie wymarzonej hulajnogi. Udało mu się.
Pograsowaliśmy po sklepach w linii kościół - przystanek. Ze 3 razy musieliśmy się udawać do centrum handlowego (na szczęście znajdującego się w tej samej, bezpiecznej linii), bo siku ...

Podczas tej wycieczki postawiłam sobie za cel, rozszerzenie minimalnie zasięgu moich znajomości miasta. W drodze powrotnej, poszliśmy na autobus trochę inną droga niż zazwyczaj. Na szczęście w samym środku miasta stoi tzw "szpila. Kawał żelastwa, który jest widoczny może nie z każdego miejsca, ale z wielu. Stworzona (jak przypuszczam) właśnie dla takich mentalnych blondynek jak ja.
Trafiliśmy bez problemu - bardzo jestem z siebie dumna. Nie dość że nie zgubiłam "się", to jeszcze żadnego ze swoich potomków.
Podekscytowana sytuacją nie zwróciłam uwagi że jest dziwnie dużo ludzi. W sumie rzadko bywam, to się nie znam. Mojego podejrzenia nie wzbudził nawet fakt że przez główną (moim zdaniem główną) ulicę mogliśmy przejść bez włączania sygnalizacji świetlnej, bo stały bramki blokujące przejazd samochodów.
Dodać oczywiście muszę, że na w/w jest przystanek autobusowy "do domu" - jedyny jaki znam.
Moje zdziwienie nie miało końca, kiedy to okazało się że wszystkie przystanki po kolei na tejże ulicy są przeniesione na ulicę, o której istnieniu nigdy nie słyszałam, nie wspominając że była ona poza moim zasięgiem topograficznym. Wyglądało to tak, jak by szykował się jakiś festyn, parada czy coś. Oczywiście do dzisiaj nie wiem co tam się działo.
Chodziłam jak ta zabłąkana Andźka w kwiatach z nadzieją że zobaczę jakiś znak ...
W końcu zapytałam się panów policjantów, którzy przywrócili mi nadzieję w powrót do domu.
Po drodze jeszcze musieliśmy wrócić do centrum handlowego żeby oddać namiar płynów, co by w środku komunikacji publicznej tego nie robić.
Jak wsiadaliśmy do autobusu, to już robiło się ciemno, a z domu wyszliśmy w okolicach południa.
Wycieczka do kościoła i do sklepu po hulajnogę - 5 godzin.
Ciekawe czy kiedyś będziemy mieli lepszy czas.


niedziela, 27 października 2013

JAK TO SIĘ MATKA Z DZIECMI NA WYCIECZKĘ WYBRAŁA

Wyjazd ten planowałam już od dłuższego czasu. W zasadzie jak tylko było wiadomo że chłopcy będą mieli wolny tydzień w szkole, wiedziałam że pojedziemy. Albo tu, albo tam ... Wypadło na Irlandię Północną. Chłopcy spędzą kilka dni z tatą, a ja odwiedzę stare, znajome kąty, no i kilka dni z bratem spędzę (jak się uda, bo po dzisiejszym dniu nie wiem co mnie jeszcze czeka).
Jakieś dwa tygodnie temu zaczęłam opracowywanie planu podróży. Rozważałam za i przeciw różnym środkom lokomocji. Padło na pociąg, bo:
- szybciej
- po sprawdzeniu ceny biletów (przez internet) okazało się że są prawie takie same
- w pociągu można spokojnie wstać i pójść do toalety kiedy tylko się chce, albo i częściej
- istniała duża szansa na "nieporzyganie się" w podróży
- W pociągu są stoliki (duże) na których można się "rozłożyć" z rysowaniem na ten przykład

W zaistniałej sytuacji, za autokarem nie przemawiało nic.
Kilka dni przed operacją "wyjazd" sprawdzone ceny biletów, godziny odjazdu i przyjazdu pociągu i wszystko inne co tylko wpadło mi do głowy.
Na trasie naszej podróży są następujące stacje".
Dublin - Drocheda - Dundalk - Newry - Portadown - Lurgan


Akcja została wprowadzona w życie 26go z samego rana.
Piękna, słoneczna pogoda, okulary przeciwsłoneczne spakowane. Wesoło zaczęło robić się już w autobusie, kiedy to Marcin zaczął zmieniać kolory po pół godziny jazdy. Udało nam się szczęśliwie dotrzeć na dworzec nabywając po drodze środki na chorobę lokomocyjną.
Na dworcu, wszystkie automaty do zakupu biletów - nieczynne.
Do kas kolejka długa jak nie powiem co. Zastanawiałam się nawet czy przypadkiem czegoś tam nie rozdają.  Po odstaniu tego co nasze, dowiedziałam się od pana w okienku, że pociągu nie ma. Musimy pojechać do Drochedy autobusem, gdzie będzie pociąg do Belfastu przez Portadown ...

Myślałam żeby pójść jednak na dworzec autobusowy i spróbować z przesiadką tam, ale ostatecznie po dowiedzeniu się wszystkiego w punkcie informacyjnym, zdecydowaliśmy (a w zasadzie ja, bo chłopcy nie bardzo mogli załapać o co chodzi) pojechać podstawionym przez kolej autobusem. Po odstaniu ponownie mega kolejki do kasy, nabyłam bilety drogą kupna. Szkoda że nikt nie zrobił mi zdjęcia jak usłyszałam ich cenę. 2 razy droższe niż te, których cenę sprawdzałam przez internet.
Ale słowo się rzekło, trzeba było autobusu szukać. Jak już przyszedł TEN CZAS zaprowadzono nas do 2 autokarów - całkiem przyzwoitych. Udało nam się nawet znaleźć ostatnie 3 miejsca obok siebie. Oczywiście w miejscu "idealnym" dal tych rzygających, czyli na samym końcu, gdzie najbardziej trzęsie. Daliśmy radę. W Drochedzie już czekał na nas pociąg. Przez chwilę nie byłam pewna czy jesteśmy we właściwym, czy jedziemy w dobrym kierunku. Uspokoiłam się jak usłyszałam, że następna stacją, będzie Dundalk. Po dojechaniu tam, usłyszeliśmy kolejny komunikat, że mamy wysiąść z pociągu i przenieść się na peron 2gi. Nikt nie wiedział co zrobić, wszak na tym właśnie peronie stał nasz pociąg. Dorwałam jakiegoś gościa co to wyglądał na konduktora. Okazało się że "nasz" pociąg wraca do Dublina, a my musimy poczekać na następny. Po 15 min przyjechał, I znowu w niepewności jechałam do kolejnej stacji, aż usłyszałam że zbliżamy się do Newry. A tam ... Nie, nie wysadzili nas. Pozwolili jechać dalej. Powiedzieli tylko że i tak nie zawieźli by nas na czas, bo od rana w Lurgan był ogłoszony alarm z powodu podłożonej bomby - taka to miła okolica. Dojechaliśmy do Portadown. Tam w ostatniej chwili złapaliśmy pociąg do Luragan i ....
5,5 godziny od wyjścia z domu. 1 autobus, 1 autokar i 3 pociągi później...
TADAM  pokonaliśmy trasę ok 150 km.
Czyli nie tylko w Polsce takie cuda.

Teraz mam tyko nadzieję że nie odciśnie się ta podróż na naszej psychice, a przynajmniej nie głęboko.
Oraz postanawiam, iż następnym razem przyjadę tutaj dopiero jak kupię sobie samochód, co może skrócić czas o jakieś 4 godziny.

Jak następnym razem będę się gdzieś wybierała, ktoś chętny?!