Rodzinka w komplecie, rąk do pomocy tysiąc pińćset.
Przygotowania do obiadu. Dzieci rozłożyły talerze ...
- Marcinku, proszę - twój widelec - powiedział Jacek (mój ulubiony starszy brat), podając mu sztuciec.
- Co się mówi? - dodał po braku reakcji ze strony nieletniego
- Chciałem inny!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fotki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fotki. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 18 lipca 2011
czwartek, 26 maja 2011
DUMNA Z BYCIA MAMĄ
Końca świata nie było - na szczęście, bo ominął by mnie tak cudny dzień.
To nic że padam na wszystko co się da.
Cały dzień biegałam w szpilkach, czyli obuwiu, w którym pieta zapomina o istnieniu podłogi. Do niedawna nawet nie byłam w posiadaniu takowych trzewików. Ostatnio, jakaś mała złośliwa część mojej podświadomości podkusiła mnie i nabyłam droga kupna, bo okazja była, a one takie urocze ... Kilka dni temu dostałam jeszcze jedne, piękniejsze od mojej ulubionej młodszej siostry (starsza z racji wykonywanego zawodu, chyba nawet nie pamięta co to takiego).
No i stało się. Pierwsze założyłam jakiś tydzień temu. No ale okazja była - rozmowa o pracę. Trzeba było się wystroić jak "żaba na zastrzyk". Śmiałam się wówczas do swojego przyszłego "szefa" żeby się napatrzył, bo następna taka okazja, czyt.: ja +szpilki to najwyżej na pogrzebie, chociaż i to jest mało prawdopodobne, bo to nie "impreza" na takie stroje. Chyba ze byłby to mój własny i w szpilkach by mnie do trumny wsadzili. Normalnie to w pomarańczowych trampkach latam.
Dzisiaj rano postanowiłam chociaż tego jednego dnia wyglądać jak mama, a nie jak starsza siostra swoich dzieci co to lata z nimi za piłką. Tak więc w przeciągu tygodnia, moje cudne stopki, miały wątpliwą przyjemność obcować 2 razy "ze", a w zasadzie "na" szczudłach. Założyłam nawet okulary zamiast soczewek. Efekt był taki, że co rusz ktoś mnie nie poznawał. To akurat dobry znak, bo wczoraj wysłałam totka, więc może w końcu ...
Reakcja mojego ulubionego starszego syna:
- Gdzie ty dzisiaj byłaś, że się tak wystroiłaś?
Co potrafi zrobić zmiana obuwia oraz oczu.
A tak poza tym, to było cudownie.
Występy w przedszkolu, babeczki upieczone przez mojego przedszkolaka i własnołapnie ozdobione, ramka przecudnej urody (nie wiem tylko dlaczego z moim zdjęciem - wolałabym na dzieci swoje patrzeć), przepiękna makatka produkcji mojego starszego potomka, która teraz czeka na wybór godnego miejsca, buziaki oraz wyznania dozgonnej miłości.
Wszystkim mamom świata, a szczególnie mojej - oczywiście najlepszej na świecie - życzę gwiazdki z nieba.
Żebyście zawsze były takie dumne ze swoich dzieci i tak szczęśliwe jak ja JESTEM DUMNA Z BYCIA MAMĄ
... a za wygraną w totolotka, wybudujemy sobie dom
To nic że padam na wszystko co się da.
Cały dzień biegałam w szpilkach, czyli obuwiu, w którym pieta zapomina o istnieniu podłogi. Do niedawna nawet nie byłam w posiadaniu takowych trzewików. Ostatnio, jakaś mała złośliwa część mojej podświadomości podkusiła mnie i nabyłam droga kupna, bo okazja była, a one takie urocze ... Kilka dni temu dostałam jeszcze jedne, piękniejsze od mojej ulubionej młodszej siostry (starsza z racji wykonywanego zawodu, chyba nawet nie pamięta co to takiego).
No i stało się. Pierwsze założyłam jakiś tydzień temu. No ale okazja była - rozmowa o pracę. Trzeba było się wystroić jak "żaba na zastrzyk". Śmiałam się wówczas do swojego przyszłego "szefa" żeby się napatrzył, bo następna taka okazja, czyt.: ja +szpilki to najwyżej na pogrzebie, chociaż i to jest mało prawdopodobne, bo to nie "impreza" na takie stroje. Chyba ze byłby to mój własny i w szpilkach by mnie do trumny wsadzili. Normalnie to w pomarańczowych trampkach latam.
Dzisiaj rano postanowiłam chociaż tego jednego dnia wyglądać jak mama, a nie jak starsza siostra swoich dzieci co to lata z nimi za piłką. Tak więc w przeciągu tygodnia, moje cudne stopki, miały wątpliwą przyjemność obcować 2 razy "ze", a w zasadzie "na" szczudłach. Założyłam nawet okulary zamiast soczewek. Efekt był taki, że co rusz ktoś mnie nie poznawał. To akurat dobry znak, bo wczoraj wysłałam totka, więc może w końcu ...
![]() |
| Moje dzisiejsze prezenty |
Reakcja mojego ulubionego starszego syna:
- Gdzie ty dzisiaj byłaś, że się tak wystroiłaś?
Co potrafi zrobić zmiana obuwia oraz oczu.
A tak poza tym, to było cudownie.
Występy w przedszkolu, babeczki upieczone przez mojego przedszkolaka i własnołapnie ozdobione, ramka przecudnej urody (nie wiem tylko dlaczego z moim zdjęciem - wolałabym na dzieci swoje patrzeć), przepiękna makatka produkcji mojego starszego potomka, która teraz czeka na wybór godnego miejsca, buziaki oraz wyznania dozgonnej miłości.
Wszystkim mamom świata, a szczególnie mojej - oczywiście najlepszej na świecie - życzę gwiazdki z nieba.
Żebyście zawsze były takie dumne ze swoich dzieci i tak szczęśliwe jak ja JESTEM DUMNA Z BYCIA MAMĄ
... a za wygraną w totolotka, wybudujemy sobie dom
wtorek, 17 maja 2011
GRUNT TO POZYTYWNE MYŚLENIE
Przymulenie wiosenne ma to do siebie, że dopada nieoczekiwanie i najczęściej całymi stadami. Ostatnio zaatakowało naszą wspaniałą rodzinkę. Chociaż zastanawiam się, czy my przypadkiem nie chodzimy zakręceni cały rok, na okrągło. Tylko teraz w promieniach słońca jest to bardziej widoczne ?!
Seler na ten przykład któregoś pięknego wiosennego dnia, zorientował się że ma skręcić dwa skrzyżowania dalej, pomimo iż pokonuje tą trasę codziennie rano.
Marcin, ubierając się rano do przedszkola, założył koszulkę tył - naprzód oraz na lewą stronę. Do tego dodał 2 różne buty. Wyglądał genialnie.
Ja się tak zakręciłam, że już zapomniałam co miałam napisać odnośnie własnych wyczynów (dopisze jak doznam olśnienia).
Dzisiaj, mój ulubiony starszy syn, jak przystało na 9latka, zdawał test 10 latków podczas którego doznał "zawieszenia"
- Jak ci poszło? - zapytałam zaciekawiona wracając ze szkoły
- Chyba nie najgorzej - odpowiedział jak zwykle wyluzowany.
- Ale w sensie, że dobrze? Trudne było? Jakieś pytania pamiętasz? ... - grad pytań posypał się z zaciekawionej mnie
- Nie, no wiesz, POLAK był spoko, ale na matmie ... - skrzywił się
- Trudne zadania? Przecież ty nie masz problemów z matmą?!
- Nie, no wiesz, piszę, piszę, piszę i się zawiesiłem. Aż tu nagle ... zobaczyłem gdzie zrobiłem błąd.
- Poprawiłeś?
- Tak. Zdążyłem poprawić i zadzwonił dzwonek - odparł z ulgą.
- No a tak ogólnie to jak się czujesz?? Jak myślisz, jak ci poszło?
- Jak to jak? Dobrze! GRUNT TO POZYTYWNE MYŚLENIE mamo!
Na zdjęciu, moje ulubione potwory na balandze "kumpla z klasy". Marian na początku, był "przemalowany" za trupia czachę. Po obejrzeniu się w lustrze, stwierdził że "biały nie jest zbyt twarzowym kolorem". Umył buzie i z miną anioła poprosił nieco już nadwyrężoną panią o pomalowanie go jak brata. Przecież nie mogła mu odmówić.
Seler na ten przykład któregoś pięknego wiosennego dnia, zorientował się że ma skręcić dwa skrzyżowania dalej, pomimo iż pokonuje tą trasę codziennie rano.
Marcin, ubierając się rano do przedszkola, założył koszulkę tył - naprzód oraz na lewą stronę. Do tego dodał 2 różne buty. Wyglądał genialnie.
Ja się tak zakręciłam, że już zapomniałam co miałam napisać odnośnie własnych wyczynów (dopisze jak doznam olśnienia).
Dzisiaj, mój ulubiony starszy syn, jak przystało na 9latka, zdawał test 10 latków podczas którego doznał "zawieszenia"
- Jak ci poszło? - zapytałam zaciekawiona wracając ze szkoły
- Chyba nie najgorzej - odpowiedział jak zwykle wyluzowany.
- Ale w sensie, że dobrze? Trudne było? Jakieś pytania pamiętasz? ... - grad pytań posypał się z zaciekawionej mnie
- Nie, no wiesz, POLAK był spoko, ale na matmie ... - skrzywił się
- Trudne zadania? Przecież ty nie masz problemów z matmą?!
- Nie, no wiesz, piszę, piszę, piszę i się zawiesiłem. Aż tu nagle ... zobaczyłem gdzie zrobiłem błąd.
- Poprawiłeś?
- Tak. Zdążyłem poprawić i zadzwonił dzwonek - odparł z ulgą.
- No a tak ogólnie to jak się czujesz?? Jak myślisz, jak ci poszło?
- Jak to jak? Dobrze! GRUNT TO POZYTYWNE MYŚLENIE mamo!
Na zdjęciu, moje ulubione potwory na balandze "kumpla z klasy". Marian na początku, był "przemalowany" za trupia czachę. Po obejrzeniu się w lustrze, stwierdził że "biały nie jest zbyt twarzowym kolorem". Umył buzie i z miną anioła poprosił nieco już nadwyrężoną panią o pomalowanie go jak brata. Przecież nie mogła mu odmówić.
środa, 8 grudnia 2010
...
Rodzice uczą dzieci zycia w społeczeństwie, a dzieci ...
Dzieci uczą rodziców życia.
Dzisiejszego poranka, miałam przyjemność odprowadzić swojego młodszego syna do placówki oświatowej, zwanej przedszkolem.
- Cześć Marcin!! - zabrzmiał radosny chór damskich nieletnich głosików
- Cześć dziewczyny - odpowiedział młody do grupy "lasek" wyginających się zalotnie na szatniowych szafkach.
Szczerze mówiąc, nie widziałam jeszcze żeby w takim tempie się przebrał i poukładał swoje rzeczy w szafce. No ale czego się nie robi dla kobiet - żeby im zaimponować.
W oczekiwaniu na pożegnalnego "przytulaka" (na buziaka nie liczyłam z przyczyn oczywistych - obciach), a usłyszałam tylko
- Mamo, moje Gogosy. - wyjął mi z reki woreczek z figurkami i tyle go widziałam. To znaczy widziałam, jego urocze plecki w otoczeniu młodych, rozchichotanych dam, oddalające się w kierunku sali.
Tak o to matka, rodzicielka osobista dzieci swoich została porzucona dla lasek. Swoja drogą, muszę przyznać ze ma niezły gust ten mój syn.
Dzieci uczą rodziców życia.
Dzisiejszego poranka, miałam przyjemność odprowadzić swojego młodszego syna do placówki oświatowej, zwanej przedszkolem.- Cześć Marcin!! - zabrzmiał radosny chór damskich nieletnich głosików
- Cześć dziewczyny - odpowiedział młody do grupy "lasek" wyginających się zalotnie na szatniowych szafkach.
Szczerze mówiąc, nie widziałam jeszcze żeby w takim tempie się przebrał i poukładał swoje rzeczy w szafce. No ale czego się nie robi dla kobiet - żeby im zaimponować.
W oczekiwaniu na pożegnalnego "przytulaka" (na buziaka nie liczyłam z przyczyn oczywistych - obciach), a usłyszałam tylko
- Mamo, moje Gogosy. - wyjął mi z reki woreczek z figurkami i tyle go widziałam. To znaczy widziałam, jego urocze plecki w otoczeniu młodych, rozchichotanych dam, oddalające się w kierunku sali.
Tak o to matka, rodzicielka osobista dzieci swoich została porzucona dla lasek. Swoja drogą, muszę przyznać ze ma niezły gust ten mój syn.
niedziela, 24 października 2010
Marianowe kwiatki
Któraż z nas, pięknych niewiast nie lubi kwiatków?
Nie znam takiej.
Nawet jeśli są one żelkowe i od koleżanki z pracy, a nie od cichego wielbiciela i wzdychacza do naszych wdzięków ...
Każde cieszą równie bardzo.
Pewnego piątkowego popołudnia, a dokładnie 2 dni temu, dostałam od mojej ulubionej Marzenki słodkie kwiatki (w dosłownym tego słowa znaczeniu).
W sensie że jestem super i najlepsza na świecie, o skromnosci swej nie wspominając.
- Ale ekstra. Skąd masz te kwiatki? - zapytał Krzyś odbierany przez mą wspaniałą osobę ze szkoły. Nie czekając na moją odpowiedź - no tak, Marcin ma imieniny w niedziele. Będą dla niego. Super!

Kilka minut później, w domu
- Mamo, jakie piękne kwiaty! - zapiszczał Marian
- Dostałam od Marzenki - powiedziałam w nadziei iż uda mi się odkręcić nieporozumienie, zanim jeszcze Marcin się o nim dowie
- Od tej twojej koleżanki z pracy?
- Tak, właśnie od niej.
- Są wspaniałe! Jak to miło z jej strony ze pamiętała o moich imieninach! Czyż ona nie jest słodka?
Tak oto przestałam być właścicielką kwiatów swych.
Wszystkim Marcinom świata obchodzącym dziś swoje imieninowe święto, życzę samych słodkości i radości.
Nie znam takiej.
Nawet jeśli są one żelkowe i od koleżanki z pracy, a nie od cichego wielbiciela i wzdychacza do naszych wdzięków ...
Każde cieszą równie bardzo.
Pewnego piątkowego popołudnia, a dokładnie 2 dni temu, dostałam od mojej ulubionej Marzenki słodkie kwiatki (w dosłownym tego słowa znaczeniu).
W sensie że jestem super i najlepsza na świecie, o skromnosci swej nie wspominając.
- Ale ekstra. Skąd masz te kwiatki? - zapytał Krzyś odbierany przez mą wspaniałą osobę ze szkoły. Nie czekając na moją odpowiedź - no tak, Marcin ma imieniny w niedziele. Będą dla niego. Super!
Kilka minut później, w domu
- Mamo, jakie piękne kwiaty! - zapiszczał Marian
- Dostałam od Marzenki - powiedziałam w nadziei iż uda mi się odkręcić nieporozumienie, zanim jeszcze Marcin się o nim dowie
- Od tej twojej koleżanki z pracy?
- Tak, właśnie od niej.
- Są wspaniałe! Jak to miło z jej strony ze pamiętała o moich imieninach! Czyż ona nie jest słodka?
Tak oto przestałam być właścicielką kwiatów swych.
Wszystkim Marcinom świata obchodzącym dziś swoje imieninowe święto, życzę samych słodkości i radości.
niedziela, 10 października 2010
KÓŁKO I KRZYŻYK czyli właściwy człowiek na własciwym miejscu
Jedna z zalet naszego domku, jest to że pomieści jak często się da i ile się da. Materacy ci u nas dostatek, a magiczne 38 m2 okazuje sie być bardzo pojemne.
Była już u nas moja ulubiona Daria z córcią z zielonej wyspy (już za nią tęsknimy), był mój ulubiony starszy brat również z krainy koniczyny. Aktualnie jest u nas moja ulubiona młodsza siostrzyczka skąd?! - oczywiście z Irlandii.
Z racji tego iż nie widuję się z nią często, te kilka dni potraktowane zostało w naszej rodzinie niemalże jak święto narodowe. Seler wziął wolna sobotę, żeby odebrać Młodą z lotniska, ja mam wolny poniedziałek, żeby potowarzyszyć jej w załatwianiu różnych spraw. Nawet nasza rodzicielka zgodziła się, bez stawiana oporu na opiekę nad bąkami podczas sobotniego wieczoru, żebyśmy mogli wspólnie (Młoda, Seler i ja) zakosztować radości jaką niesie seans w kinie.
Film był fajny, nie powiem, ale ... Kilka chwil mi umknęło i koniecznie będę musiała obejrzeć go raz jeszcze.
Do kina dotarliśmy na tyle wcześnie, aby spokojnie zakupić bilety (mieliśmy nawet możliwość wyboru 3 z 6 ostatnich wolnych miejsc), oraz aby zakupić jakiś płyn do zwilżania ust swoich.
W trakcie seansu, Młoda cichaczem czmychnęła tam, gdzie królowie piechotą chadzają. Wracając, ze łzami w oczach wypiszczała szeptem
- Pamiętaj jakby co, że kółko.
Efekt - obie prawie leżałyśmy usmarkane pod siedzeniami.
A co stało się za drzwiami?
Ściskając nóżęta swoje popędziła w stronę wyjścia z sali. Jak tylko znalazła się na korytarzu, nerwowo zaczęła rozglądać się za toaletą. Ku radości jej oczu i pulsującego już pęcherza, ujrzała na ścianie neon przedstawiający pana i panią. Gdy dobiegła do drzwi, stanęła załamana. Kółko i trójkąt.
- SERIO?!?! - wydała z siebie rozkładając ręce
- Kółko!!! - Usłyszała z tyłu
Prawdopodobnie skończyłoby się to tragedią, gdyby nieoceniona pomoc pana biletera.
Właściwy człowiek na właściwym miejscu
Była już u nas moja ulubiona Daria z córcią z zielonej wyspy (już za nią tęsknimy), był mój ulubiony starszy brat również z krainy koniczyny. Aktualnie jest u nas moja ulubiona młodsza siostrzyczka skąd?! - oczywiście z Irlandii.
| z moją ulubioną młodszą siostrzyczka Dorotką |
Film był fajny, nie powiem, ale ... Kilka chwil mi umknęło i koniecznie będę musiała obejrzeć go raz jeszcze.
Do kina dotarliśmy na tyle wcześnie, aby spokojnie zakupić bilety (mieliśmy nawet możliwość wyboru 3 z 6 ostatnich wolnych miejsc), oraz aby zakupić jakiś płyn do zwilżania ust swoich.
W trakcie seansu, Młoda cichaczem czmychnęła tam, gdzie królowie piechotą chadzają. Wracając, ze łzami w oczach wypiszczała szeptem
- Pamiętaj jakby co, że kółko.
Efekt - obie prawie leżałyśmy usmarkane pod siedzeniami.
A co stało się za drzwiami?
Ściskając nóżęta swoje popędziła w stronę wyjścia z sali. Jak tylko znalazła się na korytarzu, nerwowo zaczęła rozglądać się za toaletą. Ku radości jej oczu i pulsującego już pęcherza, ujrzała na ścianie neon przedstawiający pana i panią. Gdy dobiegła do drzwi, stanęła załamana. Kółko i trójkąt.
- SERIO?!?! - wydała z siebie rozkładając ręce
- Kółko!!! - Usłyszała z tyłu
Prawdopodobnie skończyłoby się to tragedią, gdyby nieoceniona pomoc pana biletera.
Właściwy człowiek na właściwym miejscu
wtorek, 23 lutego 2010
"TERAZ" pojęcie względne
Leci dzień za dniem, a ja nawet nie bardzo mam czas tu zajrzeć. Zaległości z czytaniem mam jak stąd do tamtąd i z powrotem.
Weekend minął miło, głośno, gościnnie i spacerowo. W sobotę przyleciała moja ulubiona młodsza siostra - na urodzinki Selera, moje imieninki, w odwiedziny, do dentysty, żeby oderwać się od codziennych obowiązków...
Dzisiaj wróciła na "swoją"wyspę.
Miałam odprowadzić ją na lotnisko, a w zasadzie potowarzyszyć na końcowym odcinku drogi. Pracuję jakieś 3-4 przystanki przed portem lotniczym w Łodzi. Młoda jadąc, miała mnie zgarnąć z pracy. W zasadzie miałam się dosiąść do autobusu. Plan uległ zmianie - pojechała taksówką. Jak po królową zajechała do mnie do pracy ale ..
- Halo, bo ja to bym się chciał dowiedzieć o cenę .... - zadzwonił rano klient.
Jak nie mam zbyt wielu obowiązków, to z latarka nie znajdziesz żywego chętnego. Ale jak już zawalona robota jestem i plany jakieś, to dzwonią, przyłażą i źle wpływają na system nerwowy człowieka.
- To niech pani nie szuka. Przyjadę do Pani - odpowiedział ów klient
- Bardzo proszę, tylko ze ja muszę wyjść na chwilkę. O której Pan będzie? Może niech wcześniej Pan zadzwoni ...
godzina 12:30
- Halo! Jest pani w biurze? To ja bym teraz podjechał!
W tym momencie należałoby uściślić co oznacza "TERAZ". Dla mnie to jakieś 10-15 min. Ale są tacy którzy nie mogą odnaleźć się w czasoprzestrzeni. Dla tego Pana "TERAZ" to ok godziny czasu.
Podczas gdy Dorotka czekała pod biurem w taksówce, Pan się nie mógł zdecydować co chce. Jak już się zdecydował, to się okazało, ze chciał fakturę na firmę X a nie Y (oczywiście pytałam się wcześniej).
Młoda pojechała, bo nie zdążyłaby na samolot.
Po jej telefonie, klient "mój ulubiony" zauważył że zacznę gryźć za sekund kilka. Zabrał co zakupił i zmyknął czym prędzej.
Pobiegłam na przystanek - 1 autobus nie przyjechał, 2gi się spóźnił. Na lotnisko nie dojechałam.
Klient, od dziś, jest klientem z czarnej listy.
Dorotka sobie poleciała i tak jakoś smutno i cicho.
Już jakoś tęsknię.
Zobaczymy się dopiero pod koniec maja.
Weekend minął miło, głośno, gościnnie i spacerowo. W sobotę przyleciała moja ulubiona młodsza siostra - na urodzinki Selera, moje imieninki, w odwiedziny, do dentysty, żeby oderwać się od codziennych obowiązków...
Dzisiaj wróciła na "swoją"wyspę.
Miałam odprowadzić ją na lotnisko, a w zasadzie potowarzyszyć na końcowym odcinku drogi. Pracuję jakieś 3-4 przystanki przed portem lotniczym w Łodzi. Młoda jadąc, miała mnie zgarnąć z pracy. W zasadzie miałam się dosiąść do autobusu. Plan uległ zmianie - pojechała taksówką. Jak po królową zajechała do mnie do pracy ale ..
- Halo, bo ja to bym się chciał dowiedzieć o cenę .... - zadzwonił rano klient.
Jak nie mam zbyt wielu obowiązków, to z latarka nie znajdziesz żywego chętnego. Ale jak już zawalona robota jestem i plany jakieś, to dzwonią, przyłażą i źle wpływają na system nerwowy człowieka.
- To niech pani nie szuka. Przyjadę do Pani - odpowiedział ów klient
- Bardzo proszę, tylko ze ja muszę wyjść na chwilkę. O której Pan będzie? Może niech wcześniej Pan zadzwoni ...
godzina 12:30
- Halo! Jest pani w biurze? To ja bym teraz podjechał!
W tym momencie należałoby uściślić co oznacza "TERAZ". Dla mnie to jakieś 10-15 min. Ale są tacy którzy nie mogą odnaleźć się w czasoprzestrzeni. Dla tego Pana "TERAZ" to ok godziny czasu.
Podczas gdy Dorotka czekała pod biurem w taksówce, Pan się nie mógł zdecydować co chce. Jak już się zdecydował, to się okazało, ze chciał fakturę na firmę X a nie Y (oczywiście pytałam się wcześniej).
Młoda pojechała, bo nie zdążyłaby na samolot.
Po jej telefonie, klient "mój ulubiony" zauważył że zacznę gryźć za sekund kilka. Zabrał co zakupił i zmyknął czym prędzej.
Pobiegłam na przystanek - 1 autobus nie przyjechał, 2gi się spóźnił. Na lotnisko nie dojechałam.
Klient, od dziś, jest klientem z czarnej listy.
Dorotka sobie poleciała i tak jakoś smutno i cicho.
Już jakoś tęsknię.
Zobaczymy się dopiero pod koniec maja.
czwartek, 18 lutego 2010
pierogi
Bo człowiekowi to nigdy nie wiadomo co i kiedy się zachce.
Wczoraj zachciało mi się pierogów. Tzn, wymyśliłam sobie że na niedzielny obiad z niespodzianką (niespodzianka dla mamy, w postaci mojej młodszej siostry) zrobię własnołapnie pierogi. Ruskie, albo z kapusta i grzybami. Jeszcze mi ślinianki pracują na sama myśl.
Jeszcze butów nie zdjęłam po przyjściu do domu, a już oznajmiłam mamie ze "ROBIĘ PIEROGI", na co rodzicielka moja zaśmiała się głośno i szczerze.
- Ty?
- Tak, ja - odpowiedziałam oburzona
- Ale pierogi? Takie z lepieniem i bałaganem?
- Nie znam takich bez bałaganu. Ale za to smaczne.
- No jak ci się tak bardzo che pierogów, to może kupimy?
- Nie! Ja chce własnymi ręcami je ulepić. Tylko powiedz mi jak, bo nie pamietam :)
- Jakie te pierogi chcesz?
- Chcę Ruskie i z mięsem i może jeszcze z truskawkami ...- rozmarzyłam się
- Hahaha - zaśmiała się rodzicielka donośnie. - I będzie tak, jak kiedyś, co kupiłaś. Kilogram pierogów, na jakiego trafisz, na tego bęc.
- Przecież ludzie wymyślili coś takiego jak plastikowe pojemniki na żywność. Tak? Zrobię, podgotuje, posegregowane spakuje. A ty moja słodka, tylko je dogotujesz!
- Hahaaha. Pogadamy o tym w sobotę.
- Też cię kocham - odpowiedziałam oddając się rozmyślaniom.
Wzięła i mnie wyśmiała. Moja własna, rodzona matka. Normalnie chciałam strzelić focha. To że idąc z własnym synem wyglądam jakbym szła z bratem, to wcale nie znaczy że jestem aż takim beztalenciem.
I powiedziałam sobie "Nie chcesz pierogów w niedziele? To nie! Zrobię dzisiaj". Jak "pomyślałam", tak też uczyniłam. Potomstwo oddało się rozkoszy oglądania wieczorynki, a ja pognałam do kuchni. Jedyne z czym mogłam zrobić pierogi, to była cebula. Nie wpadłam na to że trzeba będzie z czegoś wymyślać farsz. Ale od czego są sąsiedzi. Moja ulubiona sąsiadka, w całej swej niewiedzy pożyczyła mi ziemniaki (przez ręce syna swego, sama oddając się rozkoszom pracy).
W rozwałkowywaniu, dzielnie pomagał mi Marcin.
- Mamuniu, spójrz, ciasto jest już DOSKONAŁE! Wyśmienite! - powiedział jak już mu się znudziła czynność maltretowania ciasta.
Krzyś w tak zwanym międzyczasie, przelatując jak przeciąg obok kuchni, wyciął kilka kółek.
Zrobiłam imitację ruskich pierogów.
W czasie gdy pierogi się gotowały, postanowiłam oprzątnąć poligon. Na to wszedł Seler.
- Jesteś zła? Czy to tak z przymusu?
Zaczęłam szybko zbierać fakty. Że niby robię pierogi jak zła jestem? Ale on nie wie ze to ponoć tak działa, bo nie był fanem BrzydUli. Poza tym, nigdy nie widział mnie jeszcze w akcji pierogowej, a czasem się wkurzam na to i owo. To nie może o nie chodzić. Wiec o co?
- Zmywasz naczynia. Coś się stało? - zapytał - Pierogi?
-Chcesz trochę?
- Nie, no najedzony jestem. I że niby ty sama je ulepiłaś??
- Aha! - Odpowiedziałam dumnie wypinając pierś do przodu
- No to zjem jednego :)
Tak wczorajszego wieczoru na kolację były "Ruskie" pierogi. Zniknęły wszystkie. Nawet Marian, który nie jest ich fanem zjadł kilka.
Żyjemy.
Mama co prawda nie miała okazji spróbować. Ale sama chciała. Tzn nie chciała :)
Wczoraj zachciało mi się pierogów. Tzn, wymyśliłam sobie że na niedzielny obiad z niespodzianką (niespodzianka dla mamy, w postaci mojej młodszej siostry) zrobię własnołapnie pierogi. Ruskie, albo z kapusta i grzybami. Jeszcze mi ślinianki pracują na sama myśl.
Jeszcze butów nie zdjęłam po przyjściu do domu, a już oznajmiłam mamie ze "ROBIĘ PIEROGI", na co rodzicielka moja zaśmiała się głośno i szczerze.
- Ty?
- Tak, ja - odpowiedziałam oburzona
- Ale pierogi? Takie z lepieniem i bałaganem?
- Nie znam takich bez bałaganu. Ale za to smaczne.
- No jak ci się tak bardzo che pierogów, to może kupimy?
- Nie! Ja chce własnymi ręcami je ulepić. Tylko powiedz mi jak, bo nie pamietam :)
- Jakie te pierogi chcesz?
- Chcę Ruskie i z mięsem i może jeszcze z truskawkami ...- rozmarzyłam się
- Hahaha - zaśmiała się rodzicielka donośnie. - I będzie tak, jak kiedyś, co kupiłaś. Kilogram pierogów, na jakiego trafisz, na tego bęc.
- Przecież ludzie wymyślili coś takiego jak plastikowe pojemniki na żywność. Tak? Zrobię, podgotuje, posegregowane spakuje. A ty moja słodka, tylko je dogotujesz!
- Hahaaha. Pogadamy o tym w sobotę.
- Też cię kocham - odpowiedziałam oddając się rozmyślaniom.
Wzięła i mnie wyśmiała. Moja własna, rodzona matka. Normalnie chciałam strzelić focha. To że idąc z własnym synem wyglądam jakbym szła z bratem, to wcale nie znaczy że jestem aż takim beztalenciem.
I powiedziałam sobie "Nie chcesz pierogów w niedziele? To nie! Zrobię dzisiaj". Jak "pomyślałam", tak też uczyniłam. Potomstwo oddało się rozkoszy oglądania wieczorynki, a ja pognałam do kuchni. Jedyne z czym mogłam zrobić pierogi, to była cebula. Nie wpadłam na to że trzeba będzie z czegoś wymyślać farsz. Ale od czego są sąsiedzi. Moja ulubiona sąsiadka, w całej swej niewiedzy pożyczyła mi ziemniaki (przez ręce syna swego, sama oddając się rozkoszom pracy).
W rozwałkowywaniu, dzielnie pomagał mi Marcin.
- Mamuniu, spójrz, ciasto jest już DOSKONAŁE! Wyśmienite! - powiedział jak już mu się znudziła czynność maltretowania ciasta.
Krzyś w tak zwanym międzyczasie, przelatując jak przeciąg obok kuchni, wyciął kilka kółek.
Zrobiłam imitację ruskich pierogów.
W czasie gdy pierogi się gotowały, postanowiłam oprzątnąć poligon. Na to wszedł Seler.
- Jesteś zła? Czy to tak z przymusu?
Zaczęłam szybko zbierać fakty. Że niby robię pierogi jak zła jestem? Ale on nie wie ze to ponoć tak działa, bo nie był fanem BrzydUli. Poza tym, nigdy nie widział mnie jeszcze w akcji pierogowej, a czasem się wkurzam na to i owo. To nie może o nie chodzić. Wiec o co?
- Zmywasz naczynia. Coś się stało? - zapytał - Pierogi?
-Chcesz trochę?
- Nie, no najedzony jestem. I że niby ty sama je ulepiłaś??
- Aha! - Odpowiedziałam dumnie wypinając pierś do przodu
- No to zjem jednego :)
Tak wczorajszego wieczoru na kolację były "Ruskie" pierogi. Zniknęły wszystkie. Nawet Marian, który nie jest ich fanem zjadł kilka.
Żyjemy.
Mama co prawda nie miała okazji spróbować. Ale sama chciała. Tzn nie chciała :)
wtorek, 16 lutego 2010
Ostatki ...
Wszyscy się rozpisywali o świecie tynkarzy - mam na myśli oczywiście Walentynki.
Ja i owszem miałam miły tenże dzień, ale nie koniecznie ze względu na to święto, chociaż nie zostałam zapomniana -o nie. Nawet dostałam przepięknego hiacynta z sercem i przepięknej urody żabę, prawie tak piękną jak ja. W niektórych kręgach tak właśnie o mnie mówią. Żaba - już nie Fiona :)
Noc z 13 na 14 była wyjątkowo udana w związku z ostatkową "imprezą - balem".
Na sali u znajomych, z ludźmi których nie widziałam .... ze 3 lata.
Trochę się obawiałam jak to będzie, spotkać się po tylu latach. Wszak zmian trochę zaszło ...
Było genialnie!
Nie odważyłam się w prawdzie śpiewać z orkiestrą, ale do dziś nóżki mnie bolą od tańcowania i mięsnie brzucha jakby mocniejsze - od śmiania.
Życie weryfikuje znajomości. O tym przekonałam się po powrocie do kraju. Są tacy, którzy nie potrafią już znaleźć w pamięci mojego imienia.
Życie pokazuje też tych, co są warci naszej przyjaźni, którzy mimo wszystko są!
To oni: Lulasy, Trąbki i Gniadziki. Byli od zawsze i są!
Doszli nowi ...
Fajnie usłyszeć że ktoś cię cieszy na nasz widok. Miło było usłyszeć "Nareszcie wróciłaś. Tęskniliśmy"
Znowu jest fajnie.
Uwaga, uwaga!
Nowy rozdział w odświeżonym składzie dopiero się zaczyna.
Drżyjcie potencjalni przechodnie!
I żeby nie było ze jestem taka mało romantyczna
Ja i owszem miałam miły tenże dzień, ale nie koniecznie ze względu na to święto, chociaż nie zostałam zapomniana -o nie. Nawet dostałam przepięknego hiacynta z sercem i przepięknej urody żabę, prawie tak piękną jak ja. W niektórych kręgach tak właśnie o mnie mówią. Żaba - już nie Fiona :)
Noc z 13 na 14 była wyjątkowo udana w związku z ostatkową "imprezą - balem".
Na sali u znajomych, z ludźmi których nie widziałam .... ze 3 lata.
Trochę się obawiałam jak to będzie, spotkać się po tylu latach. Wszak zmian trochę zaszło ...
Było genialnie!
Nie odważyłam się w prawdzie śpiewać z orkiestrą, ale do dziś nóżki mnie bolą od tańcowania i mięsnie brzucha jakby mocniejsze - od śmiania.
Życie weryfikuje znajomości. O tym przekonałam się po powrocie do kraju. Są tacy, którzy nie potrafią już znaleźć w pamięci mojego imienia.
Życie pokazuje też tych, co są warci naszej przyjaźni, którzy mimo wszystko są!
To oni: Lulasy, Trąbki i Gniadziki. Byli od zawsze i są!
Doszli nowi ...
Fajnie usłyszeć że ktoś cię cieszy na nasz widok. Miło było usłyszeć "Nareszcie wróciłaś. Tęskniliśmy"
Znowu jest fajnie.
Uwaga, uwaga!
Nowy rozdział w odświeżonym składzie dopiero się zaczyna.
Drżyjcie potencjalni przechodnie!
I żeby nie było ze jestem taka mało romantyczna
wtorek, 2 lutego 2010
eee..., mmm... czyli dzieci myśląca
Każda mama ma takie coś, że wie kiedy jej dziecko kłamie. Moje dzieci maja bardzo bujna wyobraźnie i wytrenowały mnie w wykrywaniu zmyśleń i półprawd jak nie wiem co. Mogłabym śmiało starać się o etat w policji.
Generalnie, jak kłamią, to wyglądają tak jak ten osobnik na obrazku obok. Nie pytani nawet, od razu zaczynają się bronić, bo wiedza że wykrywacz zadziałał. Ja mam wtedy niezły ubaw.
- Marcin, kłamiesz! -powiedziałam stanowczo.
- eee... hhihii a skąd wiesz?
- Bo nos ci rośnie. Niedługo będziesz jak Pinokio.
Zaniepokojony złapał sie za nos i pobiegł do przedpokoju do lustra.
- Ojej, rzeczywiście! Urósł mi troszeczkę.Patrz!
Kilka godzin później, jakoś wieczorem, Marcin przy okazji "przelatywania" przez przedpokój, zahaczył wzrokiem o lustro. I obraz jak z kreskówki. Minął je, zatrzymał się na sekund kilka i cofnął , aby upewnić się kto odbija się w zwierciadle.
-Mamo! Patrz, już jest malutki!- Wykrzyknął z entuzjazmem.
Ja się tylko zastanawiałam co może być małe i cieszyć i czy przypadkiem nie został kaleką i powinien płakać, ale jeszcze o tym nie wie.
- Ale co jest malutkie?
- No mój nosek, patrz! Już nie kłamie i znowu jest normalny, malutki!
- Kłamstwo ma długi nos - stwierdził po chwili namysłu.
- I krótkie nóżki - dodał Krzyś który właśnie wszedł do pokoju.
- Ej, Krzyś to my będziemy tacy mali cały czas?
Wchodzę do pokoju, a mój najmłodszy syn z pilotem w ręku siedzi przed telewizorem. Niby normalnie, ale telewizor był na kanale 44 - powyżej 10go nic juz nie ma, tylko śnieży.
- Marcinku, co ty oglądasz?
- mmm..., hmmm... eeee... No patrzę na wojnę mrówek.
Generalnie, jak kłamią, to wyglądają tak jak ten osobnik na obrazku obok. Nie pytani nawet, od razu zaczynają się bronić, bo wiedza że wykrywacz zadziałał. Ja mam wtedy niezły ubaw.
- Marcin, kłamiesz! -powiedziałam stanowczo.
- eee... hhihii a skąd wiesz?
- Bo nos ci rośnie. Niedługo będziesz jak Pinokio.
Zaniepokojony złapał sie za nos i pobiegł do przedpokoju do lustra.
- Ojej, rzeczywiście! Urósł mi troszeczkę.Patrz!
Kilka godzin później, jakoś wieczorem, Marcin przy okazji "przelatywania" przez przedpokój, zahaczył wzrokiem o lustro. I obraz jak z kreskówki. Minął je, zatrzymał się na sekund kilka i cofnął , aby upewnić się kto odbija się w zwierciadle.
-Mamo! Patrz, już jest malutki!- Wykrzyknął z entuzjazmem.
Ja się tylko zastanawiałam co może być małe i cieszyć i czy przypadkiem nie został kaleką i powinien płakać, ale jeszcze o tym nie wie.
- Ale co jest malutkie?
- No mój nosek, patrz! Już nie kłamie i znowu jest normalny, malutki!
- Kłamstwo ma długi nos - stwierdził po chwili namysłu.
- I krótkie nóżki - dodał Krzyś który właśnie wszedł do pokoju.
- Ej, Krzyś to my będziemy tacy mali cały czas?
Wchodzę do pokoju, a mój najmłodszy syn z pilotem w ręku siedzi przed telewizorem. Niby normalnie, ale telewizor był na kanale 44 - powyżej 10go nic juz nie ma, tylko śnieży.
- Marcinku, co ty oglądasz?
- mmm..., hmmm... eeee... No patrzę na wojnę mrówek.
piątek, 29 stycznia 2010
15 minut
To będzie o tym co dzieci potrafią zrobić w 15 min.
W rolach głównych:
- Krzyś lat 5 i pół
- Marcin lat 2 i pół
- Kasia sąsiadka
"Historię" tą dedykuję Kasi S. z gorącymi buziakami dla Agnieszki (B)
Jak wiecie, pamiętacie, albo nie, przez jakiś czas spędziłam na zielonej wyspie, potocznie zwanej Irlandią Północną. Mieszkałam tam na małym osiedlu domków. Czas umilały mi moje najlepsze na świecie sąsiadki: Kasia i Agnieszka. Są jednymi z tych za którymi tęsknie ... ale to innym razem.
Zazwyczaj drzwi od ogródków miałyśmy otwarte i każda wchodziła w zasadzie jak do siebie. Tak fajna rodzinka.
Pewnego słonecznego dnia zadzwoniłam do mamy i poprosiłam żeby chłopcy pobawili się chwilkę u siebie sami. W międzyczasie przyszła Kasia. Żeby nie przeszkadzać, poszła do nich na górę, a ja w tym czasie kończyłam rozmawiać ze swą rodzicielką. Nie wiem jak długo trwało połączenie, ale nie dłużej niż 10-15 min.
Wchodząc na piętro, spotkałam się z Kasią na schodach.
- Nie chcesz tego widzieć - powiedziała z miną, której nie umiem sklasyfikować. To było coś w stylu strach, przerażenie, załamanie ...
Obrazek jaki zobaczyłam ....
Wykładzina w przedpokoju mokra, łazienka pływa, zlew zatkany płatkami kosmetycznymi i patyczkami do uszu, a w pokoju chłopców... Na podłodze było wszystko co tylko można było wyjąć. Chyba nie było tam 2 centymetrów bez "czegoś" na podłodze. Gdzieniegdzie kupki z podartego papieru, materac na łóżku Marcina cały mokry.
- Co tu się stało? - zapytałam czując jak nogi mi miekną
Dowiedziałam się, że potop jest wszędzie, bo nie łatwo jest nalać wodę do konewki z prysznica (szczególnie jak robi się to nad podłogą a nie nad wanną). Konewka z wodą była potrzebna do podlania materaca na łóżku. Nie pamiętam już jak wytłumaczyli zatkany zlew.
- Marcinku, dlaczego jesteś rozebrany?
- Mamo, bo ja jestem psem - wyjaśnił, po czym stojąc na czworaka, uniósł swoja tylną "łapę" i nasikał na kupkę podartego papieru.
W pierwszej chwili chciałam zakopać ich w ogródku, albo co najmniej przywiązać do płotu. Kasia ich uratowała. Wygoniła mnie do kuchni w ceku zaparzenia kawy, przeprowadziła pogadankę z panami i przypilnowała żeby posprzątali.
Wieczorem upiłyśmy się, nie pamiętam czym, śmiejąc się już w wydarzeń minionego dnia.
W rolach głównych:
- Krzyś lat 5 i pół
- Marcin lat 2 i pół
- Kasia sąsiadka
"Historię" tą dedykuję Kasi S. z gorącymi buziakami dla Agnieszki (B)
Jak wiecie, pamiętacie, albo nie, przez jakiś czas spędziłam na zielonej wyspie, potocznie zwanej Irlandią Północną. Mieszkałam tam na małym osiedlu domków. Czas umilały mi moje najlepsze na świecie sąsiadki: Kasia i Agnieszka. Są jednymi z tych za którymi tęsknie ... ale to innym razem.
Zazwyczaj drzwi od ogródków miałyśmy otwarte i każda wchodziła w zasadzie jak do siebie. Tak fajna rodzinka.
Pewnego słonecznego dnia zadzwoniłam do mamy i poprosiłam żeby chłopcy pobawili się chwilkę u siebie sami. W międzyczasie przyszła Kasia. Żeby nie przeszkadzać, poszła do nich na górę, a ja w tym czasie kończyłam rozmawiać ze swą rodzicielką. Nie wiem jak długo trwało połączenie, ale nie dłużej niż 10-15 min.
Wchodząc na piętro, spotkałam się z Kasią na schodach.
- Nie chcesz tego widzieć - powiedziała z miną, której nie umiem sklasyfikować. To było coś w stylu strach, przerażenie, załamanie ...
Obrazek jaki zobaczyłam ....
Wykładzina w przedpokoju mokra, łazienka pływa, zlew zatkany płatkami kosmetycznymi i patyczkami do uszu, a w pokoju chłopców... Na podłodze było wszystko co tylko można było wyjąć. Chyba nie było tam 2 centymetrów bez "czegoś" na podłodze. Gdzieniegdzie kupki z podartego papieru, materac na łóżku Marcina cały mokry.
- Co tu się stało? - zapytałam czując jak nogi mi miekną
Dowiedziałam się, że potop jest wszędzie, bo nie łatwo jest nalać wodę do konewki z prysznica (szczególnie jak robi się to nad podłogą a nie nad wanną). Konewka z wodą była potrzebna do podlania materaca na łóżku. Nie pamiętam już jak wytłumaczyli zatkany zlew.
- Marcinku, dlaczego jesteś rozebrany?
- Mamo, bo ja jestem psem - wyjaśnił, po czym stojąc na czworaka, uniósł swoja tylną "łapę" i nasikał na kupkę podartego papieru.
W pierwszej chwili chciałam zakopać ich w ogródku, albo co najmniej przywiązać do płotu. Kasia ich uratowała. Wygoniła mnie do kuchni w ceku zaparzenia kawy, przeprowadziła pogadankę z panami i przypilnowała żeby posprzątali.
Wieczorem upiłyśmy się, nie pamiętam czym, śmiejąc się już w wydarzeń minionego dnia.
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Filipek
Kochani, wiem że trochę was tu zagląda,dlatego mój apel do was.
To jest FILIPEK
Jest to brat przyjaciela mojego synka.
Sama mam dzieci wiem że najgorsze co może być to bezradność, bezsilność. Przekonałam się też nie raz, że dookoła mnie są dobrzy życzliwi ludzie, bez pomocy których było by bardzo ciężko.
Teraz, wraz z rodzicami Filipka, proszę was o pomoc.
"Nasz synek Filip Kołomański urodził się 7 sierpnia 2007 roku. Mały od urodzenia jest poważnie chory - ma przewlekłą niewydolność nerek. Żeby tego było jeszcze mało Filip cierpi na tzw. prune belly syndrome, co tłumaczy się jako zespół suszonej śliwki lub zespół śliwkowatego brzucha. Wada ta pojawia się raz na 400 000 urodzeń i objawia się brakiem mięśni gładkich brzuszka oraz poważnymi uszkodzeniami układu moczowego. (...)
We wrześniu 2008 roku stan zdrowia maluszka uległ znacznemu pogorszeniu i podjęto decyzję o dializowaniu. Filip dzielnie znosi codzienną 9 godzinną dializę.
Obecnie synek czeka na przeszczep nerki, a w przyszłości na przeszczep mięśni brzucha, co przy jego stanie zdrowia będzie niezwykle skomplikowane i bardzo kosztowne.(...)
Pomimo swojej choroby i wady Filip jest bardzo pogodnym i śmiesznym dzieckiem. Bardzo lubi bawić się ze swoim starszym bratem Danielem, czasami nawet potrafi mu coś spsocić. (...)
Według lekarzy synek miał żyć jedynie kilka godzin, góra kilka dni. Jak widać chęć do życia maluszka jest silniejsza i zaprzecza wszelkim zasadom. Wierzymy, że nad Filipem oprócz opatrzności czuwają również ludzie, którzy swoją dobrocią wspierają nas w walce o każdy dzień. Niestety oprócz wsparcia duchowego synkowi niezbędne jest również wsparcie finansowe.
Można pomóc Filipowi przekazując 1 % swojego podatku lub wpłacając na jego subkonto:
Getin Bank 88 1560 0013 2027 0380 6621 0058
Fundacja GAJUSZ
90-406 Łódź
ul. Piotrkowska 17"*
We wrześniu 2008 roku stan zdrowia maluszka uległ znacznemu pogorszeniu i podjęto decyzję o dializowaniu. Filip dzielnie znosi codzienną 9 godzinną dializę.
Obecnie synek czeka na przeszczep nerki, a w przyszłości na przeszczep mięśni brzucha, co przy jego stanie zdrowia będzie niezwykle skomplikowane i bardzo kosztowne.(...)
Pomimo swojej choroby i wady Filip jest bardzo pogodnym i śmiesznym dzieckiem. Bardzo lubi bawić się ze swoim starszym bratem Danielem, czasami nawet potrafi mu coś spsocić. (...)
Według lekarzy synek miał żyć jedynie kilka godzin, góra kilka dni. Jak widać chęć do życia maluszka jest silniejsza i zaprzecza wszelkim zasadom. Wierzymy, że nad Filipem oprócz opatrzności czuwają również ludzie, którzy swoją dobrocią wspierają nas w walce o każdy dzień. Niestety oprócz wsparcia duchowego synkowi niezbędne jest również wsparcie finansowe.
Można pomóc Filipowi przekazując 1 % swojego podatku lub wpłacając na jego subkonto:
Getin Bank 88 1560 0013 2027 0380 6621 0058
Fundacja GAJUSZ
90-406 Łódź
ul. Piotrkowska 17"*
Jeśli nie możesz pomóc finansowo, to przekaż informacje dalej.
Nie bądźmy obojętni.
Za KAŻDĄ pomoc w imieniu rodziców Filipka - DZIĘKUJĘ
czwartek, 7 stycznia 2010
Lalunia
- Lalunia patrzyła i sie zagapiła - powiedział Marian komentując moje chwilowe odcięcie sie od rzeczywistości. Byłam w trakcie czytania blogów.
- Że niby kto? zapytałam zdziwiona nie do końca wiedząc o co chodzi.
- No Lalunia. I nie będziemy pokazywać palcem kto - Powiedział Seler kierując na mnie wskaźnik - bosaczka* Marcina
- Że niby kto? zapytałam zdziwiona nie do końca wiedząc o co chodzi.
- No Lalunia. I nie będziemy pokazywać palcem kto - Powiedział Seler kierując na mnie wskaźnik - bosaczka* Marcina
*bosaczek - bosa stopa
wtorek, 1 grudnia 2009
Serotoninka
Niedobór serotoniny jak widać można uzupełniac nie tylko czekoladą i innymi słodkościami :)
Fajnie że są tacy co znają inne sposoby :)
sobota, 7 listopada 2009
PLAGI EGIPSKIE I DOZNANIA PRZERÓŻNE
Już kiedyś pisałam, że jeśli można coś popsuć, to na pewno skorzystam z tej okazji, jeśli coś ma się zaciąć - ja tam będę. Jakiś rok temu wracając z potomstwem swym z wakacji, czekaliśmy w kolejce do odprawy lotniskowej. Jak już był nasza kolej, miła pani, powiedziała, że nie może mnie znaleźć na liście. No cóż, tego też mogłam się spodziewać, a w związku z tym iż mam podwójne nazwisko, jest to dosyć częsta sytuacja. Pani poszukała "nas" gdzie indziej ... i znalazła, na lot za 2 dni ;) Któż mógłby pomylić loty, jeśli nie ja. Dobrze że nie pomyliłam lotnisk. Kilka miesięcy później, przyleciałam do kliniki okulistycznej do Katowic. W rezultacie wylądowałam w Łodzi, a z Katowic to tylko port lotniczy widziałam. Z lotniska odebrał mnie pewien Pan, którego nigdy wcześniej nie znałam. Jechaliśmy czerwonym (chyba )samochodem i generalnie to by było na tyle z naszej znajomości. Jako istota średnio bystra, nie wpadłam na to że może mnie wywieźć do lasu np ... No ale nie o tym ... Więc w końcu byłam w Łodzi przez 3 dni, a w zasadzie 5, bo nie udało mi si.ę dojechać na lotnisko. Któż, jeśli nie ja :)
To było dawno, więc już nawet się nie śmieję, bo przedawnione.
Przez kilka ostatnich dni (3 dokładnie) byłam na tzw wyjeździe służbowym. Jak to poważnie brzmi. Byłam na targach i w zasadzie to robiłam sztuczny tłum, uśmiechałam się do wszystkich, starałam się nie odstraszać klientów swym wyglądem, czasem robiłam za tłumacza ... Tak, to chyba wszystko z funkcji jakie tam pełniłam. Więcej grzechów nie pamiętam.
Z niecierpliwością czekałam na piątek, kiedy to będę mogła znów zobaczyć swe potomstwo i wszystkich którzy na mnie czekali i tęsknili nawet podobno troszkę.
Tak więc jakąś godzinkę przed odjazdem pociągu, w butach na obcasie no i generalnie stroju jak na mnie bardzo galowym udałam się do toalety, z której wróciłam w bluzie od dresu, bojówkach, skarpetkach w pieski i trampkach w kwiatki. Parę osób się zdziwiło. Taka metamorfoza Brzyduli, tylko w 2gą stronę. Pożegnałam się grzecznie i pomknęłam na dworzec. Nie musiałam za długo czekać, na pociąg. Bez problemu znalazłam miejsce w przedziale z 3ma miłymi paniami. Zapowiadała się miła podróż. Po ok 2 godz jazdy, pociąg miał dłuższy postój, bo mieli nam dołączyć wagony z innego składu i nową lokomotywę.
Radość wielka zapanowała, gdy kierownik pociągu oznajmił iż mamy 2 godz opóźnienia, bo skład na który czekaliśmy nie dojechał, bo jakiś tir, Wrocław, przejazd kolejowy i coś tam. W związku z wykolejeniem pociągu, czekaliśmy grzecznie bez ciuchci, co za tym idzie i bez ogrzewania.
Najśmieszniejsze było w tym wszystkim to ze stała 1 wolna lokomotywa. Maszynista poszedł do domu i bez polecenia służbowego nie mógł jej uruchomić , co jest oczywiste, tylko ze takie nie padło, bo centrala - Warszawa, generalnie chyba miała to w nosie. Innej lokomotywy nie mogliśmy dostać. bo kolej jest podzielona na różne firmy przewozowe i się najwyraźniej nie lubią.
Tak więc wraz z nowymi koleżankami z przedziału umilałyśmy sobie czas jedząc cheeseburgery i pijąc kawę zakupione w przydworcowym barze, oglądając film na laptopie, dopóki bateria wystarczyła, potem plotkami opatulone śpiworem, bo temperatura toczenia zaczynała spadać poniżej tzw komfortowej. Mieliśmy być opóźnieni 4 godziny. W rezultacie, były tylko 3.
Jak to kierownik pociągu pięknie ujął i zapisał na naszych biletach: " Pociąg (...) doznał opóźnienia 200 min"
Do drzwi mego mieszkanka dotarłam o 1:30 am.
Weekend zaczął sie nietypowo, ale zapowiada się miło.
Potomstwo me, humanitarnie obudziło mnie dopiero o 8 rano.
Dzisiaj mamy weekendoy dzień dziecka - chipsy, napoje gazowane wysoko słodzone i pizza.
Życze wszystkim miłego weekendu :)
wtorek, 19 maja 2009
zakeeeecone :)
Jeśli można coś popsuć, pomylić się, to na pewno będę to ja.
Ostatnio odkryłam tez nowa zaletę. Jestem zakręcona i rozgarnięta jak kupa liści ;) Żeby nie było mi przykro, mam towarzystwo w pleceniu bzdur.
Mowa o Dagmarze. Dzisiaj stwierdziła ze nie pamięta jak wygląda moja mama, ale kojarzy mamę mojej siostry. Na co bystra ja - ze nie wiedziałam ze mamy rożne matki (z moja siostra) ale dobrze ze przynajmniej mamy tych samych ojców ...
Świrom podobno łatwiej się żyje :)
Przedszkole?
Moje dzieci slyna z tego ze lubia towarzystwo. Nawet tutaj, na tej "bezludnej" wyspie udalo sie nam znalezc kilka przyjaznych osob.
Ulubionym towarzystwem chlopcow jest: Olinek, Madziorek i Klaudia. Te dwie ostatnie, to moje przyszle "synowe". Dzieci teraz tak szybko dorastaja ;)
Czasem ich teksty powalaja na lopatki. Moze nie zawsze stosowne, ale w ustach mlodego osobnika brzmia tak, ze z trudem mozna powstrzymac sie od smiechu.
Rozbawiony Marcin wrzucil "ja pierdole" towarzystwo zamarlo. Nikt nie wiedzial co powiedziec. Na co wyluzowany jegomosc : "no co, w tym miescie tak sie mowi".
Ze niby taki luzak z niego ;)
czwartek, 14 maja 2009
Subskrybuj:
Posty (Atom)













