Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DUBLIN. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą DUBLIN. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 czerwca 2015

JAK SIE BRONIŁAM, CZYLI DO CZEGO MOŻE DOPROWADZIĆ JEDEN SIKAJĄCY FACET

Myślałam że skończyłam z blogiem na zawsze.
Ale jakoś nie mogę. Bronię się rękoma i nogami. Nawet czas, a w zasadzie jego brak działa na moją korzyść. No ale dzisiaj nie mogę, bo pęknę.

Piękny czerwcowy wieczór.
Przypominacz w telefonie nie dawał mi spokoju.
Wystaw śmietnik, bo rano znowu będziesz gonić śmieciarkę.
Zeszłam. W szlafroku. Nadmienić muszę tym co to nie wiedzą, że mieszkam w samym centrum wsi. Większego centrum już nie ma. Zapomniałam o postoju taksówek po przeciwnej stronie ulicy, monopolowym i chińczyku co to go zamykają jak ja idę spać, czyli bardzo bardzo późno, lub jak kto woli o świcie.
Po osiągnięciu poziomu parter - ulica, złapałam się za śmietnik na którym stała papierowa torba. Nawet sobie zasapałam z niesmakiem. Ja rozumiem (chociaż nie do końca) że ktoś swoje śmieci wyrzuca do mojego śmietnika, ale żeby zostawiać na pokrywie?! No lekkie przegięcie.
Ponieważ wyprowadzałam na spacer tylko ten na tworzywa do recyklingu, a z zasady w cudze torby jak i listy nie zaglądam, nie ryzykując wywaliłam wspomnianą torbę do kubła stojącego obok, tak zwanego ogólnego.
 Jak już to uczyniłam, zauważyłam że jakiś osobnik płci odmiennej sika na ścianę mojego domu. No dobra, budynku w którym mieszkam. Zamiast postać, popatrzeć, albo chociaż sprawdzić się w dogadywaniu po angielsku, pomyślałam że to mogły być jego zakupy. Śmietnik odstawiłam w takim tempie, że ostatnie centymetry jechał sam, a ja pognałam do domu.
Kiedyś bym nie przepuściła takiej okazji.
Jak to się na starość człowiekowi zmienia.

Morał z tej historii ...
"Nigdy nie kładź swoich zakupów na pokrywę cudzego śmietnika.
Właściciel może je niechcący wyrzucić, jak będziesz sikał na jego ścianę."



środa, 27 sierpnia 2014

KRÓTKIE PODSUMOWANIE

Dzikus zwany JJ-jem uspokoił się nieco.
Nie gryzie, daje się pogłaskać. Pewnie dla tego że jest chory. Syn mój młodszy jest z nim tak związany, że aż poszliśmy ze zwierzakiem do weterynarza. z CHOMIKIEM!
Taniej by było kupić 3 nowe, no ale czego matka nie zrobi dla syna.
Podajemy antybiotyk i wciskamy szkodnikowi wodę co by się nie odwodnił.
Uprzejmie prosimy o trzymanie kciuków.


A tak poza tym, to dzisiaj mija rok, odkąd zamieszkaliśmy na wyspie.
Aż trudno w to uwierzyć!

Miałam zrobić krótkie podsumowanie, ale nie ma co oglądać się w tył.
Zmian było przez ten czas dużo. Zazwyczaj na lepsze. Na gorsze nie było, może na inne, ale staram się ich nie traktować jako złe.
Tylko kilka szt ludzi z Polandii mi brakuje, ale to wszyscy wiedzą.

Ciekawe co przyniesie nam nowy rok?!

środa, 27 listopada 2013

SZPILA

Czy ja bym mogła kiedyś wziąć pojechać gdzieś i wrócić?!
Tak wiecie, zwyczajnie tam i z powrotem.
Zawsze jakieś atrakcje.
Jak nie remont linii kolejowej, to nie wiem co.

W ostatni weekend, wybrałam się z dziećmi do miasta.
Brzmi to jak wyprawa i prawie tak wygląda. Potrzebujemy jakieś 40 min autobusem żeby dostać się do centrum, a potem to już tylko skupienie na twarzy i angażowanie każdej szarej komórki do maximum. Wszak w centrum Dublina póki co wiem gdzie są 2 główne ulice, szpital, dworzec, polski kościół i przystanek w stronę domu. Wiec muszę się bardzo starać żeby się nie zgubić.
Ponieważ taka wycieczka wiąże się z tym, że zazwyczaj nie ma nas kilka godzin, staram się zawsze mieć pod ręką jakąś wodę do picia dla potomstwa, coś do przekąśnięcia, reklamówki na wypadek rzygania w autobusie, mokre chusteczki ... Pakowania jak na wyprawę stulecia.
No ale czasem trzeba do cywilizacji ...
Tak więc pojechaliśmy. Marian miał plan kupienia sobie wymarzonej hulajnogi. Udało mu się.
Pograsowaliśmy po sklepach w linii kościół - przystanek. Ze 3 razy musieliśmy się udawać do centrum handlowego (na szczęście znajdującego się w tej samej, bezpiecznej linii), bo siku ...

Podczas tej wycieczki postawiłam sobie za cel, rozszerzenie minimalnie zasięgu moich znajomości miasta. W drodze powrotnej, poszliśmy na autobus trochę inną droga niż zazwyczaj. Na szczęście w samym środku miasta stoi tzw "szpila. Kawał żelastwa, który jest widoczny może nie z każdego miejsca, ale z wielu. Stworzona (jak przypuszczam) właśnie dla takich mentalnych blondynek jak ja.
Trafiliśmy bez problemu - bardzo jestem z siebie dumna. Nie dość że nie zgubiłam "się", to jeszcze żadnego ze swoich potomków.
Podekscytowana sytuacją nie zwróciłam uwagi że jest dziwnie dużo ludzi. W sumie rzadko bywam, to się nie znam. Mojego podejrzenia nie wzbudził nawet fakt że przez główną (moim zdaniem główną) ulicę mogliśmy przejść bez włączania sygnalizacji świetlnej, bo stały bramki blokujące przejazd samochodów.
Dodać oczywiście muszę, że na w/w jest przystanek autobusowy "do domu" - jedyny jaki znam.
Moje zdziwienie nie miało końca, kiedy to okazało się że wszystkie przystanki po kolei na tejże ulicy są przeniesione na ulicę, o której istnieniu nigdy nie słyszałam, nie wspominając że była ona poza moim zasięgiem topograficznym. Wyglądało to tak, jak by szykował się jakiś festyn, parada czy coś. Oczywiście do dzisiaj nie wiem co tam się działo.
Chodziłam jak ta zabłąkana Andźka w kwiatach z nadzieją że zobaczę jakiś znak ...
W końcu zapytałam się panów policjantów, którzy przywrócili mi nadzieję w powrót do domu.
Po drodze jeszcze musieliśmy wrócić do centrum handlowego żeby oddać namiar płynów, co by w środku komunikacji publicznej tego nie robić.
Jak wsiadaliśmy do autobusu, to już robiło się ciemno, a z domu wyszliśmy w okolicach południa.
Wycieczka do kościoła i do sklepu po hulajnogę - 5 godzin.
Ciekawe czy kiedyś będziemy mieli lepszy czas.