Strony

wtorek, 9 czerwca 2015

GADULSTWO A PISANIE CZYLI KRÓTKO O DEMENCJI

Do dzisiaj, a w zasadzie do wczoraj żyłam w przekonaniu, że jeśli potrzeba coś napisać, to problem żaden. Polać wodę, poopowiadać dziwne rzeczy w ilościach hurtowych - proszę uprzejmie. Gdy stojąc w kolejce po rozum zabrakło towaru, zostałam obdarowana wyobraźnią.
Takie rzeczy moja skromna osoba robi wręcz z dziką przyjemnością. Nie to żeby o matko, ale zazwyczaj jakość zaspakajała moje skromne wymagania.

No i się skończyło.
Nawet pisanie tutaj jakoś mi pod górkę idzie (choć nie powiem, ciągle jest radość).

Musze napisać na zaliczenie pracę na temat ... Uwaga! ...  Demencji starczej (to tak w powiązaniu z moja pracą w szkole). 1000 słów - co to dla mnie ...
W życiu nie siedziałam tyle czasu nad 4 stronami tekstu. Napisałam tylko 2, postawiłam kropkę i jak bym się dobrze wychyliła to dosięgam 500. Czyli że jestem w czarnym głębokim lesie, zakładając że to jest jedna z 2 prac w tym temacie a już wszystko co chciałam, to napisałam.
Nie umiem rozpisywać się w języku w którym ledwo się komunikuję.


Chociaż w ojczystym też pewnie nie byłoby za różowo. U mnie bowiem, "łatwość pisania" uzależniona jest od "ilości gadania".  Wyobrażacie sobie (ci którzy mieli przyjemność poznać mnie osobiście) że wyleczyłam się z gadulstwa?!  W sumie to z kim tu pogadać? W szkole z dziećmi? W domu, to tylko monologi  Mariana wiecznie opowiadającego swoje historie i mój monolog do starszego potomka, bo ten nawet nie odpowiada tylko fuka.

W tym miejscu czuję się w obowiązku uprzedzić wszystkich posiadaczy potomstwa poniżej 10 roku życia. 10 latek w domu - jest super, ale żeby przetrwać z 13 latkiem, potrzeba zaopatrzyć się w niezłe leki uspokajające. Ponoć później jest jeszcze fajniej, ale zapewni któreś z nas tego etapu nie dożyje.


Na szczęście na chwilę obecną naturalne uspokajacze mam w zasięgu ręki - słońce, park z boiskami w ilości hurtowej, na nich potomstwo w odległości bezpiecznej - jak krzykną to są niewielkie szanse że usłyszę, książka, i słuchawki z muzyką ...
Chwilo trwaj ...





niedziela, 7 czerwca 2015

IRLANDZKA POGODA - CZYLI JAK SIE LUDZIOM ODKLEIĆ OD NADMIARU WILGOCI MOŻE.

Zwykłam twierdzić że bardzo lubię irlandzka pogodę.
Ponieważ z zasady nie kłamię, to też jest to zgodne z prawdą. Wolę tutejszy balans od zamarzającej zimowej pluchy czy skwaru w środku miasta. Oczywiście nie mówię o zimie w górach czy o środku lata na Majorce. Dość rzadko (żeby nie powiedzieć że wcale) tam jednak bywałam, stąd zamiłowanie do aury tutejszej.
Niestety nawet ta pogoda, choć prawie idealna, ma swoje wady, które dają namacalnie znać o sobie.
Otóż od nadmiaru wilgoci czasem się ludziom (mówię to na własnym przykładzie) zaczyna lekko odklejać. A jak jeszcze przyjdzie takie słońce jak dzisiaj, to nie dość że klepki w mózgu się rozeschną to jeszcze wypaczą ...

Od wczoraj miałam przyjemność opiekować się jedną z córek mojej siostry. Wstawanie w nocy, mleko, przewijanie i takie tam atrakcje. Nastawiona psychicznie iż pobudka będzie standardowo o 6 w porywach do 7 zdziwiłam się mocno kiedy to ranna ptaszyna raczyła mnie obudzić o 9:20. I to nie że lamenty płacze czy mazgajstwa. Skowronek wyśpiewywał od rana ODĘ do swych stóp kiedy to jedna z kończyn po radosnym wymachiwaniu utknęła pomiędzy szczebelkami. Stopa została oswobodzona, a ptaszyna dalej śpiewała.

Mając przed oczyma śpiącego krasnala który wtulony uśmiecha się przez sen, śmierdzi mlekiem, albo te małe bosaczki... sobie pomyślałam ...
Wróć! Przez me czoło myślą nie zmącone przebiegł pomysł ...
A gdyby tak ...?!

WHAAAAAT?

Później usłyszałam czułą rozmowę swojego podrośniętego już potomstwa. Uznałam że to jednak była chwilowa niepoczytalność.
Gdyby mi jednak nie przeszło, ogłoszę casting na dawcę.
CV można przesyłać mailem.
 



piątek, 5 czerwca 2015

NIGHT OUT, CZYLI KRYZYS WIEKU ŚREDNIEGO JUZ ZA ROGIEM

Różne stany w życiu mym pięknym mnie dopadały.
Chroniczne głupawki, doły, tumiwisizm i mamtowdupizm, a jakże. Wszystko jednak przechodziło płynnie jedno w drugie.
Teraz to jakiś obłęd. Nie mam czasu na przyzwyczajenie się do jednego stanu, a już jestem w innym.
Z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić mogę, że aktualnie wchodzę z rozmachem w wiek zwany średnim. Jeszcze dni kilka i będę tam pełną sobą.
No bo jak wytłumaczyć to że rano wstałam radosna jak mało kiedy, gotowa na wyjście wieczorem ze znajomymi, a teraz najchętniej zawinęłabym się w szlafrok, włączyła film i cieszyła się swoim własnym towarzystwem?
Oczywiście nic takiego się nie stało, poza tym że połamałam odkurzacz. A w zasadzie to rurę. - Jest moc!
Przez chwilę cieszyłam się, myślą że czynność jakże przyjemna, mnie ominie. Po chwili zastanowienia uznałam że jak nie dziś, to jutro ... Póki co posiadaczką kozy nie jestem, więc nie miałby kto śmieci z dywanu zjadać. Grzecznie więc padłam na kolana i dokonałam czynności.
W ogóle, to kto wymyślił dywany?!
Wczoraj na ten przykład oglądałam dom, bo o przeprowadzce myślę i byłam pewna że nie chcę. Że za daleko od wsi, w domku?! A jak ktoś się mi włamie? Kto mi tyle leków na uspokojenie sprzeda?
Powiedziałam stanowcze nie, to teraz agent do mnie wydzwania że jestem zajebista i że właściciel wybrał mnie i że on dla mnie wynegocjuje cenę.
Chyba będę musiała kupić sobie psa zaczepno obronnego ...
Jak żyć?!

Tym dzisiaj NIGHT OUT, co by świętować ostatnie dni w wieku o obniżonej zawartości VAT.
Ktoś się dołącza?




środa, 3 czerwca 2015

JAK SIE BRONIŁAM, CZYLI DO CZEGO MOŻE DOPROWADZIĆ JEDEN SIKAJĄCY FACET

Myślałam że skończyłam z blogiem na zawsze.
Ale jakoś nie mogę. Bronię się rękoma i nogami. Nawet czas, a w zasadzie jego brak działa na moją korzyść. No ale dzisiaj nie mogę, bo pęknę.

Piękny czerwcowy wieczór.
Przypominacz w telefonie nie dawał mi spokoju.
Wystaw śmietnik, bo rano znowu będziesz gonić śmieciarkę.
Zeszłam. W szlafroku. Nadmienić muszę tym co to nie wiedzą, że mieszkam w samym centrum wsi. Większego centrum już nie ma. Zapomniałam o postoju taksówek po przeciwnej stronie ulicy, monopolowym i chińczyku co to go zamykają jak ja idę spać, czyli bardzo bardzo późno, lub jak kto woli o świcie.
Po osiągnięciu poziomu parter - ulica, złapałam się za śmietnik na którym stała papierowa torba. Nawet sobie zasapałam z niesmakiem. Ja rozumiem (chociaż nie do końca) że ktoś swoje śmieci wyrzuca do mojego śmietnika, ale żeby zostawiać na pokrywie?! No lekkie przegięcie.
Ponieważ wyprowadzałam na spacer tylko ten na tworzywa do recyklingu, a z zasady w cudze torby jak i listy nie zaglądam, nie ryzykując wywaliłam wspomnianą torbę do kubła stojącego obok, tak zwanego ogólnego.
 Jak już to uczyniłam, zauważyłam że jakiś osobnik płci odmiennej sika na ścianę mojego domu. No dobra, budynku w którym mieszkam. Zamiast postać, popatrzeć, albo chociaż sprawdzić się w dogadywaniu po angielsku, pomyślałam że to mogły być jego zakupy. Śmietnik odstawiłam w takim tempie, że ostatnie centymetry jechał sam, a ja pognałam do domu.
Kiedyś bym nie przepuściła takiej okazji.
Jak to się na starość człowiekowi zmienia.

Morał z tej historii ...
"Nigdy nie kładź swoich zakupów na pokrywę cudzego śmietnika.
Właściciel może je niechcący wyrzucić, jak będziesz sikał na jego ścianę."



piątek, 15 maja 2015

ZMARNOWANE SZANSE CZYLI CO BY BYŁO GDYBY

Człowiek uczy się całe życie. Nawet ja.

Potraficie dotknąć całą powierzchnią kciuka do przedramienia?!
Ja i połowa mojego potomstwa umiemy.
Okazuje się że dzięki temu mamy predyspozycje do bycia świetnymi sportowcami, bo jesteśmy bardzo elastyczni i mamy zwiększony zakres ruchów. Jednocześnie większą łatwość do kontuzji, więc powinniśmy mieć wzmocnione mięśnie.
Szkoda że nikt mi wcześniej tego nie powiedział, bo pewnie byłabym akrobatką, pływaczką, skakałabym o tyczce albo najęłabym się w cyrku jako kobieta guma. Teraz to tylko za pocisk armatni mogę robić.


Gdybym tylko wiedziała wcześniej ...

sobota, 11 kwietnia 2015

WIOSNA ACH TO TY

Święta , Święta i po Świętach.
Były dziwne. Bez dzieci, ciche i spokojne - to nie Święta.
Jedyny plus tegorocznych jest taki, że miałam okazję spotkać się z moimi gwiazdami z dalekiej północy. Kochane, gdyby nie wy ...

Powoli wracamy do rzeczywistości.
Po 5 tygodniach Marcin w końcu pożegnał się z gipsem.
Teraz uczy się chodzić jak zwykły człowiek, bo póki co wygląda jak członek Agencji śmiesznych kroków.
Oznacza to że w poniedziałek wraca do szkoły!
Oł jeee!

Teraz jeszcze tylko znajdziemy mieszkanko, pogonimy Gardę co by mnie szybciej sprawdzili i byle do wakacji.

P.S.
A w czasie Świat wszystkim najbardziej smakował BIAŁY BARSZCZYK w moim wykonaniu.
Jaka ja z siebie dumna jestem! Ten barszczyk, którego zapomniałam ugotować.
Dobrze że wiosna u nas na całego, wiec moje dziwne loty mogę zwalić na jej przesilenie.
 


piątek, 3 kwietnia 2015

RADOSNYCH ŚWIĄT

Cudownych, rodzinnych Świąt wam życzę kochani.


Słońca za oknem i radości.


Moje w tym roku będą dziwne - bez dzieci :(

piątek, 27 marca 2015

PACZKĄ DOOKOŁA ŚWIATA, CZYLI POWÓD DLA KTÓREGO NIE POWINNAM ROBIĆ ZAKUPÓW

Zrobiłam zakupy przez internet.
Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz.
Buty potomkowi kupiłam.
Przez roztargnienie swe, wszak innego powodu nie znajduję (wyrosłam i to bardzo z utrudniania życia innym) pomieszałam adresy - płatniczy i dostawy. Mix wyszedł z tego niezły. Paczka bowiem została wysłana do Irlandii na adres polski.
W owym sklepie internetowym rozpoznają już mój charakter pisma, wszak maile ślą się gęsto. W firmie kurierskiej niedługo będą przybijać ze mną 5tkę przez telefon. Jeszcze chwila a poznam wszystkich na infolinii. Dzisiaj już np składali mi życzenia wielkanocne. Nie wiem czy chcieli dać mi do zrozumienia że liczą na to że przed Wielkanocą się nie usłyszymy?!

Wracając do tematu.
Moja paczka była już:

GATWICK - UK
DUBLIN - IRELAND
BRUSSELS - BELGIUM
POZNAŃ - POLAND i tu miałam przez chwilę nadzieję że pracownicy sortowni czy innego miejsca gdzie rozdzielają przesyłki wpadną na pomysł, że jeśli Łódź, bo kraj i ulica może się zgadzać. Nie wpadli.
HANNOVER - GERMANY
BRUSSELS - BELGIUM
DUBLIN - IRELAND - tu byłam pełna nadziei że się w końcu firmy dogadały.
EAST MIDLANDS - UK Tu kupiłam Marianowi nowe buty - w tym samym sklepie - lubię dreszczyk emocji
LEIPZIG - GERMANY - nowe buty Marcina doszły.

Jeszcze chwila i będzie z tego materiał na film. Paczką dookoła świata. Ciekawe tylko czy młody nie wyrośnie z tych butów zanim dotrą.

piątek, 20 marca 2015

ZIELONO MI, CZYLI PIERWSZY DZIEŃ WIOSNY W WYKONANIU POTOMSTWA

Słońce się zaćmiło - w Dublinie raczej przez chmury. Powiedziałabym nawet że trwa nadal.
Nie zmienia to jednak faktu że wiosnę czuć że hej.

Nawet moim dzieciom wiosennie się zrobiło.
Krzyś przyniósł piękny zielony piórnik. Drewniany. Własnej roboty.
Ja w szkole robiłam obieraczki do ryb z kapsla i kawałka deski. Dlaczego nikt nie wpadł na pomysł zrobienia takiego piórnika?! Przynajmniej pożytek by jakiś był, a tak tylko pogłębiono mój wstręt do ryb.

A Marcin zmienia kolor. Na zielony.
Na szczęście nie ze złości.

Pojechaliśmy do szpitala na umówioną wizytę co by mu zdjęli gips, a tu niespodzianka. Założyli mu nowy - tym razem zielony i to nie na 2 a na 3 tyg.

A miało być tak pięknie :)

wtorek, 10 marca 2015

WTORKOWE PODSUMOWANIE TYGODNIA, CZYLI OBY DO WEEKENDU!

W tym tygodniu odhaczyć mogę już kilka ważniejszych zdarzeń.

Wizyta na izbie przyjęć z kostką Marcina.

Telefon z zaproszeniem na kolejną rozmową o pracę. Wygląda na to że wszechświat sobie o mnie przypomniał ... a policja nadal mnie sprawdza. Widać jestem ciekawym przypadkiem.

Nauka w narzeczu mi nieznanym. Zaczynam bowiem mieć wątpliwości czy wykładowym językiem kursu księgowości jest jeden z mi znanych.

Urodzinowy tort dla szwagra. Wygląda na to że się udał, chociaż okaże się jutro, jeśli nie odnotujemy żadnego zgonu albo zatrucia pokarmowego w najbliższym otoczeniu. 
Jeszcze raz wszystkiego najlepszego Krzysiu!


Kolejny telefon ze szpitala. Okazało się że po ponownym obejrzeniu prześwietlenia Marcina kończyny, przez ortopedę specjalistę, zauważono uraz mięśnia.
Mamy się stawić z samego rana, co by mu jednak stopę usztywnili.
Młody po dzisiejszym dniu był gotów odrzucić kule i "iść" - a tu niespodzianka.




Mamy póki co wtorek i marzę o tym żeby już zamknąć listę.
Do końca tygodnia jednak daleko ...