Strony

poniedziałek, 27 grudnia 2010

SPISEK

Mile poranki, to jest to, co tygryski lubią najbardziej

- Co za cham, gbur i niewychowane podstępne bydle - zaczęłam ożywiony monolog z moim własnym ja, nie do końca jeszcze obudzonym - Jak on wredny śmiał, normalnemu, przyzwoitemu człowiekowi nastawić budzik na 6 rano w niedziele?! - oczywiście miałam na myśli Selera pochrapującego radośnie. No właśnie. On sobie spokojnie śpi, wydając wyjątkowo drażniące dźwięki, a ja? Ja mu pokaże. Ja mu k....na  dam gorąca kawkę o poranku ... SABOTAŻYSTA JEDEN

Walcząc ze swoim własnym ja, które gdzieś tam w środku wołało "połóż się jeszcze", oraz osłem wystającym gdzieś z za ucha mówiącym "Nie kładź się. Obudził cie podstępnie i pewnie śni mu się teraz jak kładziesz się z powrotem. On nie chrapie, on się śmieje ze słabości twojej. Nie daj mu satysfakcji ...". Od zawsze wiedziałam że osły są uparte, ale nie sądziłam że mają też taką dumę. Ten mój, szepczący miał wielką. Nawet nie specjalnie mi się podobała, ale własnemu osiołowi się w głąb nie zagląda. Tak więc dyskutowało moje ja i osioł wewnętrzny osobisty, a ja się bujałam. Wtem ...
- Córciu?
- Nie, synu - pomyślałam i odpowiedziałam zdziwiona - Mamo?
- Już nie śpisz?
- Śpię! Na razie.
Na szczęście moja rodzicielka jest najlepszą i najbardziej wyrozumiałą matka na świecie i jak zwykle wybaczyła mi miłe poranne powitanie.  Z resztą od kilku lat mnie już zna i wie, że przed godziną 10:00 nie można spodziewać się wyznań miłości, buziaków i innych.
Ale dlaczego ja?
To spisek, zmowa jakaś. Seler + jego przyszła teściowa (chyba niedoszła po zaistniałym incydencie), a moja własna osobista rodzicielka w zmowie, przeciwko mnie?!
Zła, smutna, śpiąca i ziewająca jednocześnie, zrobiłam sobie kawy i sącząc tak łyk po łyku obmyślałam plan zemsty. Pojąć nie mogłam, dlaczego w porannym programie trąbią o poniedziałkowym mrozie. Przecież nie wiadomo czy dożyjemy. Wolałabym wiedzieć co dzisiaj, czy wysuwać nosek na mroźny niedzielny świat, czy lepiej siedzieć w kąciku przy kaloryferku.
Wiadomo ze bystrością nie grzeszę. Powiedziałabym nawet że często jestem bystra jak woda w kiblu, ale dzisiaj zaskoczyłam sama siebie. Łapałam fakty z prędkością ... jak sanki w maju.
Po blisko godzinie dyskusji wewnętrznej, bujania się i obmyślaniu planu załapałam, że dzisiaj mamy poniedziałek.

Po raz pierwszy od bardzo dawna nie zaspałam do pracy.
Po raz pierwszy od bardzo dawna nie spóźniłam się do pracy, a to już można zapisać szarym mydłem na kominie.
Pewnie dlatego właśnie mam nieoczekiwany dzień wolny.
Okazało się że wszystkie biura pozamykane, nie mam jak dostac sie na pietro, bo sierota (czytaj - JA) nie dorobiła sobie kluczy, a jedyny posiadacz takowego (czytaj - ulubiony szef) leczy poświątecznego kaca w domowych pieleszach.


Sabotaż ze złośliwością kosmosu.
Ale przynajmniej mam nieco dłuższy dzień


Komin z misiem do zapisywania cudów szarym mydłem znaleziony w sieci

środa, 22 grudnia 2010

MAGICZNYCH ŚWIĄT

Jest taki dzień, kiedy smutki w radość się zmieniają.
Jest taki dzień, kiedy marzenia się spełniają.
Nawet jeśli tylko te maleńkie,
I tak wszystko wydaje się piękne.
Jest taki dzień, kiedy dla każdego masz otwarte serce.
Jest taki dzień, gdy przy stole pozostawiasz jedno wolne miejsce.


Jest taki dzień , kiedy choinka zajmuje najważniejszy w domu kąt.
Dlatego właśnie życzę WAM wszystkim magicznych i cudownych Świąt.

wtorek, 14 grudnia 2010

My Angels

Tramwaje wzięły i się zbuntowały. Stanęły w środku miasta i już. No i robiłam nadgodziny zaśnieżonymi ulicami miasta.
- Mamo, mamo, zimno ci? - zapytał przejęty Marcinek po tym jak weszłam do domu podobna do sopelka, czy raczej bałwana, po blisko 2 godzinnej wędrówce.
-  No pewnie że tak, nie widzisz?! - odpowiedział młodemu Krzyś - Już ci robimy kawkę. Usiądź sobie w pokoju. Położyliśmy ci tam kocyk żebyś się ogrzała.
Jeszcze wczoraj chciałam zamieścić ogłoszenie, że  oddam w dobre ręce, albo chociaż pożyczę na chwilę, że ja chcę na bezludną wyspę, że mam ludzio i dziecio - wstręt ...
A dzisiaj czułam się jak księżniczka. Co prawda nie było schabowych czy kaczki pieczonej ze śliwkami.
Były za to najlepsze na świecie krzywe kanapki,  jajko obrane tak, że prawie żółtko samo pozostało i kawa lekko przesłodzona. A na deser kanapka z marmoladą śliwkową (jakieś pół słoika) i koślawo obrana pomarańczka. To wszystko posłodzone przytulankami i buziakami ...

Zaczynam lubić zimę, zaspy, korki i zbuntowane tramwaje. Ale najbardziej na świecie kocham moje ANIOŁY


Anioł znaleziony w sieci

piątek, 10 grudnia 2010

Marysia

- Panowie! Kolacja! - zawołałam radośnie
- Mamo, oj nie chce nam się
- Ale jak to? Wam?!
- No. jesteśmy zajęci - dobiegło zdecydowane z pokoju nieletnich
- Chłopcy, ale jest już późno i jeśli teraz nie zjecie, to potem nic wam nie zrobię. Dopiero śniadanie.
Starałam się przekonać swoje dzieci głodomory do przekąśnięcia czegoś przed snem. Znani są bowiem z tego, że przypomina im się o kolacji pół godziny po tym jak już powinni spać. A jak wszyscy wiedzą, to nie zdrowo.
Nic z tego, moje argumenty były mało przekonujące.

Godzinę później
- Mamo, głodny jestem, zrobisz nam coś ...
Miauczenie trwało dobrą chwilę. Wiadomo jest również, że skoro dzieci uparte, to po kimś to mają. Oczywiście najlepsze cechy dziedziczy się po mamie :), wiec i rodzicielka okazała się uparta i niesłysząca argumentów. Nie docierały do mnie błagania, groźby że zaraz umrą z głodu i będę ich miała na sumieniu. To znaczy docierały i już się ugiąć miałam w stanowczości swej niezłamanej.
- KONIEC! - krzyknęłam na rozwydrzone towarzystwo. Zadziałało, zawsze działa przez chwilę - zapanowała kilku sekundowa cisza. - Nie ma jedzenia!
- Ale ...
- Nie ma żadnego ale! Jest już po godzinach pracy i Marysia ma wolne. Marysia nie wstaje z kanapy aż do późnego wieczora. Bozia rączki dała?! Nauczyła się nimi posługiwać?! Jeśli panowie są głodni, to proszę własnoręcznie sobie coś wyjąć z lodówki. Serek jakiś czy coś.
Krzyś strzelił focha. Postanowił uskutecznić strajk głodowy, aż do samego śniadania. Marcin grzecznie popaputował do kuchni. Po chwili jednak wrócił i zapytał rozbawiony
- A czy Marysia mogłaby mi chociaż wyjąć masło z lodówki?

Jak chce, to potrafi :)


Fartuszek znaleziony w sieci. Były fajniejsze, ale musiałabym ocenzurować bloga ;)

środa, 8 grudnia 2010

...

Rodzice uczą dzieci zycia w społeczeństwie, a dzieci ...
Dzieci uczą rodziców życia.

Dzisiejszego poranka, miałam przyjemność odprowadzić swojego młodszego syna do placówki oświatowej, zwanej przedszkolem.
- Cześć Marcin!! - zabrzmiał radosny chór damskich nieletnich głosików
- Cześć dziewczyny - odpowiedział młody do grupy "lasek" wyginających się zalotnie na szatniowych szafkach.
Szczerze mówiąc, nie widziałam jeszcze żeby w takim tempie się przebrał i poukładał swoje rzeczy w szafce. No ale czego się nie robi dla kobiet - żeby im zaimponować.
W oczekiwaniu na pożegnalnego "przytulaka" (na buziaka nie liczyłam z przyczyn oczywistych - obciach), a usłyszałam tylko
- Mamo, moje Gogosy. - wyjął mi z reki woreczek z figurkami i tyle go widziałam. To znaczy widziałam, jego urocze plecki w otoczeniu młodych, rozchichotanych dam, oddalające się w kierunku sali.

Tak o to matka, rodzicielka osobista dzieci swoich została porzucona dla lasek. Swoja drogą, muszę przyznać ze ma niezły gust ten mój syn.

wtorek, 30 listopada 2010

Wesoły tramwaj

W ciężkich warunkach ludzie się jednoczą.
Spadł śnieg.
Zbuntowanie i zmarznięte autobusy stawały w poprzek skrzyżowań. Tramwaje radośnie wyskakiwały z szyn ...
Taksówkarze zabierali po kilku klientów na raz. Zwykli szarzy ludzie, jadąc swoimi samochodami, zabierali zmarzniętych z przystanków  ...
W tramwajach tłoczno i wesoło.
Walcząc ze swoim ludziowstrętem i traumą  tramwajową, wracałam z pracy tymże środkiem komunikacji miejskiej. Dzisiaj była doskonała okazja na to, żeby zostać pięknym zimowym posągiem, gdzieś na przystanku. W związku z tym iż pragnienia takie nawet nie zaczęły w moim pięknym wnętrzu kiełkować, postanowiłam resztę drogi - blisko połowę - pokonać pieszo.
A w tramwaju się działo.
Udało mi się załapać na 4ty, może 5ty z tych co to ruszyły po ponad godzinie. W środku ścisk i .... śmiech.
Jechałam takim wypasionym, nowoczesnym, niskopodłogowym, jak się okazało wydającym śmieszne dźwięki.
Wystarczyły 3 przystanki, żeby pasażerowie nauczyli się jaki ów pojazd wydaje dźwięk kiedy drzwi zamkną się prawidłowo.
Charakterystyczne pikanie przed zamknięciem i ... nie słychać owego charakterystycznego :piiiii", na co pół tramwaju:
- Nooooo?!
Kolejna próba i :
- Nooooo?!
A jak już usłyszeliśmy magiczne "piiii":
- NOOOOOO!!! - z wielką radością i gdyby nie brak miejsca, pewnie nie jeden zacząłby klaskać motorniczemu jak przy londowaniu pilotowi samolotu.
I tak minęło mi kilkanaście przystanków.
W międzyczasie pasażerowie jednogłośnie wybrali kierownika komunikacji miejskiej. Nie wiem tylko co na to obecny. Nawiązały się znajomości bliższe i dalsze. Jedni drugim trzymali ciężkie bagaże. Proponowaali najkorzystniejsze rozwiązania.
- Kochaniutka, stanie pani tak boczkiem, to się dopasujemy i będzie więcej miejsca.
- Niech pani usiądzie mi na kolanach - powiedział pewien pan do pewniej pani - rozluźni się trochę
- Ależ proszę się o mnie oprzeć, będzie nam cieplej i więcej miejsca
- Uuuu, ta pani ma wykupiona specjalna miejscówkę - skomentował ktoś na widok pani wsiadającej do kabiny motorniczego.
Każdy wysiadający uprzejmie żegnał się ze wszystkimi, życząc udanej podróży.

I tak oto w doborowym towarzystwie minęły mi 2 godziny wspaniałego dnia (normalnie jadę 30 min) .
A to jest niezły czas, biorąc pod uwagę wczorajszy powrót do domu Selera. Trasę którą w godzinach szczytu pokonuje zazwyczaj w 15-20 min, wczoraj jechał prawie 3godziny (chyba że to jakaś blond włosa zaspa opóźniła mu podróż)

A dzieci się cieszą i z podwórka do domu zagonić ich nie można :)
W czwartek mam być jeszcze bielej
Byle do wiosny

wtorek, 23 listopada 2010

HAPPY BIRTHDAY






23 listopada 2004 roku, o godzinie 10:30 świat nasz piękny zaszczycił swoja obecnością Marcin vel Marian.
Bobas niezwykle słodki i grzeczny. Przez pierwsze pół roku swojego życia pozwolił rodzicom nabrać sił przed ciągiem dalszym...
Do niedawna chciał być śmieciarzem, później architektem i strażakiem. Stanęło na artyście malarzu, ale nie takim od ścian malowania. Będzie malował obrazy! Na razie nie ma jednak czasu zastanawiać się nad przyszłym zawodem. Aktualnie pochłonięty jest swoimi miłosnymi dylematami. Helenka, czy Majka, a może Zuzia?! W tak zwanym międzyczasie rysuje szlaczki i uczy się literek.
Czaruś słodziak i artysta mój osobisty, kończy dzisiaj 6lat.


Marcinku kochany, z okazji Twojego święta życzę ci wiadra miłości, worka  uścisków i uśmiechów.

piątek, 19 listopada 2010

Sabotażysta

- Córciu Krzyś już poszedł do szkoły? - w telefonie zabrzmiał słodki głos mojej rodzicielki
- Co?
- Pytam, czy Krzyś już wyszedł do szkoły? Bo wiesz, jest zimno ...
- Jaki Krzyś?
- Twój syn. Wyszedł już? A w ogóle to ty już wstałaś?
- A która jest godzina? - sygnały z zewnątrz zaczęły do mnie docierać
- 7:30. Myślałam ze już wyszłaś do pracy

Kolejny raz poranek na wysokich obrotach.
Krzyś w tempie SuperKrzysia umył się, ubrał, zjadł śniadanko i nawet się nie spóźnił do szkoły. My jak to bywa w takich sytuacjach, przepychaliśmy się w kolejce do łazienki.
Dojechałam do pracy z 30 minutowym spóźnieniem - jestem z siebie dzielna że z takim małym.

Ale jak to się mogło stać?
Nie słyszałam budzika, chociaż go ustawiałam. Czyżby telefon się zaczął psuć? Nie zadzwonił?
Jak przystało na prawdziwego szpiega wykryłam sabotaż.
Otóż mój ulubiony młodszy syn, od jakiegoś czasu lubi wędrować po nocach i tak jak zazwyczaj, przypaputował nad ranem do naszego łóżka. Ponieważ budzik za głośno dzwonił, to go wyłączył, a że był jeszcze śpiący, to poszedł dalej smacznie spać.

Tak oto, dzięki małemu sabotażyście, spałam o 1,5 godziny dłużej i mam większe szanse na wrzody.




Budzik z moja wersja godziny znalazłam tu

wtorek, 16 listopada 2010

Wesołe słonie

Piękny, cieplutki, słoneczny dzień.
Udało mi się pozałatwiać więcej spraw niż się tego spodziewałam.
Skończyłam robić na drutach swój piękny sweterek. W zasadzie to wyszła kamizelka - tunika, bo na rękawy zabrakło mi już włóczki. Ale i tak jest piękny. Nosiłam go tego dnia z dumą, uśmiechem i zadartym noskiem.
Udało mi się zgubić kilka gramów z mojej słusznej wagi. Co prawda nie jest to zauważalne, ale na moja psychikę podziałało jak balsam.
Myślałam że nic nie jest w stanie popsuć mojego doskonałego humoru.
- Może chciałaby Pani usiąść - zapytała uprzejmie starsza pani w autobusie
- Nie dziękuję - odpowiedziałam lekko zdziwiona. Po pierwsze nie potrafiłam znaleźć powodu dla którego można by mi ustępować miejsca, poza tym, zadała to pytanie starsza pani.
- Skoro Pani musi - powiedziała obruszona koleżanka miłej starszej pani.
- A ciebie mama nie uczyła, ze kobietom w ciąży się ustępuje miejsca?!
Mina oburzonego "Mohera" - bezcenna
Moja pewnie też.
No cóż, nie pozostało mi nic innego, jak tylko się wypiąć i nie wyprowadzać dam z błędu.
Kolejny raz pół autobusu przypatrywało się mojemu brzuchowi w napompowanym sweterku.
Niestety nie miałam gdzie się zapaść.
Schowałam się pod twarzy swej purpurą i z zaciśniętymi zębami dojechałam do celu.
Teraz obmyślam nowy plan, jak szybko "urodzić" i wrócić z postaci wesołego słonia do kijanki.
Na pocieszenie kupiłam sobie nowe BUTY!


Słoń wzięty z www.ekardki..pl

poniedziałek, 15 listopada 2010

Artysta

- Synku, co ty masz na nóżkach? - zapytałam Marcina, który raczył wyskoczyć z piżamki koło południa
- A nic, a czemu pytasz?
- Masz różne skarpetki czy mi się wydaje? - na stopkach syna mego pięknie prezentowały się skarpetki w kolorach jasno szara, oraz czarna
- Nooo - odpowiedział od niechcenia.
- Nie mogłeś znaleźć od pary, czy się jeszcze nie obudziłeś i nie zauważyłeś różnicy?
- Wiesz, nie mogłem się zdecydować. Poza tym, moim stopkom jest tak wygodnie.

Jak przystało na prawdziwego artystę, już w tym wieku ma swoja wizję świata i skarpetek.
Luz totalny i swoboda myśli.

Z racji tego iż czym jak czym, oraz kim jak kim, ale dziećmi swymi mogłabym się chwalić bez przerwy i wciąż - CHWALĘ SIĘ ostatnim rysunkiem Mariana. Oczywiście wiąże się z nim cała historia, ale to innym razem.