Strony

piątek, 13 lutego 2015

CHCESZ ROZBAWIĆ PANA BOGA? POWIEDZ MU JAKIE MASZ PLANY. CZYLI JAK TO MATKA DZIECIOM FERIE ZAPLANOWAŁA

Robotnicy poszli sobie.
Chociaż nie wierzyłam że cokolwiek może się zmienić - temperatura w mieszkaniu utrzymuje się na poziomie takiej, która nie zagraża odmrożeniom. Rano nie doznajemy szoku termicznego.
Nawet syf po ich pracy nie był tak wielki jakiego się spodziewałam.
No rozczarowanie na całej linii :)
Więc jest dobrze!

Ale z innej beczki.
Ostatni dzień w szkole przed feriami.
Planowałam potomstwu rozrywkę. Już w niedziele mieliśmy jechać na północ wyspy. Mieliśmy zobaczyć się ze znajomymi, chłopcy mieli spotkać się z tatą. A nie, przepraszam. Dawca jak się dowiedział że przyjeżdżamy to przestał ze mną gadać więc szanse na spotkanie były minimalne.
Tak, zionę jadem.
Już nawet miałam zaplanowany sposób na zdobycie dodatkowych pieniędzy co by na bilet kolejowy było - a to nie tania impreza.

Tak czy inaczej przyszły tydzień zapowiadał się pięknie.

No i dzisiaj się mi dziecko zagotowało.
Od jakiegoś czasu trąbią ze na wyspie panuje grypa. Wszyscy dookoła już mieli. Nawet ja. Moje potomstwo trzymało się dzielnie.
Aż do dzisiaj.
Tak więc nasze plany poszły się paść.
Chyba że to psikus piątku 13go :)

poniedziałek, 9 lutego 2015

REMONTY, ROBOTNICY, CZYLI CO ZROBIĆ ŻEBY POTOMEK BYŁ W SZKOLE PRZED CZASEM

Przyszli z samego rana. Robotnicy znaczy się.
Na szczęście uprzedzeni zostaliśmy o tym fakcie, więc byliśmy już zwarci, gotowi i nawet po śniadaniu.
Odprowadziłam potomka do szkoły, gdzie zauważyłam zaniepokojenie wśród niektórych rodziców.
Bo jak my do szkoły docieramy, to znak że zostało już tylko kilka minut do dzwonka. Tym czasem dzisiaj zaskoczyliśmy wszystkich. Byliśmy tak wcześnie, że aż mi prawie było wstyd.

Po powrocie do domu ugotowałam obiad, a że nie było na co popatrzeć, wszak panowie pracowali u sąsiadki no i ogólnie w wieku daleko poza moim zainteresowaniem, poszłam sobie. Bo co będę marnowała czas marznąć, jak mogę to samo robić w bardziej przyjaznej atmosferze - u mojej siostry.

Wracając z młodym jeszcze nakupowaliśmy owoców i radośnie pomaszerowaliśmy do domu zastanawiając się po drodze jak pięknie wygląda nasze mieszkanie.
Wyglądało pięknie - tak jak je opuściłam.
Syfu, kurzu i innych remontowych dodatków było pełno - ale u sąsiadki.
Do mnie nie mieli czasu wejść. Nie zdążyli.
Zagrozili że przyjdą jutro.
Porozstawialiśmy znowu meble co by było gdzie obiad zjeść - jak ludzie.
A teraz znowu trzeba wszystko na kupę.

W sumie to dobrze że do niej poszli na początku, Przynajmniej wiem że nic, totalnie nic nie może zostać na wierzchu. Tylko że owoców nie zdążymy zjeść. Podejrzewam że wszystko jutro będzie na środku łóżka przykryte gęsto tkanym prześcieradłem - tym którego nie mam.
W mieszkaniu zapanuje zima (jak po gładzi gipsowej) no i obiad pewnie będziemy jeść w jakiejś przydrożnej knajpie, bo nie będzie jak ugotować.
I dobrze mi tak.

Widzieliście już nowe tapety u Sebka?! Jeśli się nie wyprowadzę to na pewno taka właśnie będę miała na ścianie.




Jak by nie mógł ich mieć jak w PL mieszkałam.


sobota, 7 lutego 2015

ODCINEK SPONSOROWANY, CZYLI URODZINY CÓRKI I LOKOWANIE PRODUKTU

Czas pędzi jak szalony.
Kiedyś byłam piękna i młoda teraz zostało samo "i", a moja ulubiona córka skończyła 3 lata.
Wszystkiego Najlepszego Tosieńko!


A ja zaczynam przemeblowanie.
Pamiętacie jak przedstawiciel właściciela mieszkania groził że mi ociepli ściany?!
Panowie robotnicy maja przyjść już w poniedziałek. Trzeba się przygotować, ogolić nogi,  poodsuwać meble ...
I chociaż w głowie mam przeprowadzkę jeszcze nie wiem gdzie, to teraz zastanawiam się czy jak mi ściany pomalują, to czy będzie pięknie?!
A może tak by namówić ich na tapety?!
Chociaż długo byłam ich przeciwniczką, to po bliższym ich poznaniu nabrały zupełnie innego znaczenia.
Ale co ja tam się wymądrzać będę. Chcecie, to poczytajcie sobie u tego, co się na nich naprawdę zna.
Seler prawdę wam powie.


czwartek, 5 lutego 2015

PIZZA DOMOWA, CZYLI JAK WYPIĘŁAM SIĘ NA GLUTEN

Nie lubię gotować. Tak zwyczajnie.
Nie umiem gotować - chociaż ci co muszą to jedzą i nikt jeszcze nie umarł, a przynajmniej nic na ten temat nie wiem (możliwe że nie miał jak się tą informacja ze mną podzielić).
Staram się żeby moje dzieci przede wszystkim, a ja całkiem przy okazji - zdrowo się odżywiały.
Jemy dużo owoców warzyw i takich tam.
Naczytałam się nawet o glutenie że straszny i w ogóle samo zło. Ja od jakiegoś już czasu zauważyłam że zdecydowanie osobnika (glutenu znaczy się) nie trawię, a przynajmniej nie toleruję.
Więc starałam się wyeliminować jak mogłam. Nie wykluczam że w moim przypadku to jak z hipochondrykiem - naczytałam się i teraz mam, ale chyba coś w tym jest.
Ale ja tu nie chciałam hejtów na gluten, tylko zachwyt nad moją osobą a raczej umiejętnościami ...

Wyobraźcie sobie że nabyłam drogą kupna mąkę bezglutenową. Moja ulubiona młodsza siostra co prawda była szybsza i jej naleśniki biły rekordy zjadalności. Ja nie wiem, nie jadłam, naleśników z założenia nie lubię.
Postanowiłam zrobić sobie pizzę. Bo czemu wszyscy mogą jeść, a ja żarłok pospolity nie, a jak już zjem, to po 1 kawałku umieram.
I zrobiłam. Chłopakom kupiłam zwykłą - a co.
Zjedli moją, kupnej nie dokończyli . Tu chowam twarz między kolanami i przyznaję się bez bicia - wywaliłam, co by nikogo nie kusiło. Wiem, zmarnotrawiłam jedzenie, ale wstydzę się i obiecuję - to był ostatni raz.
Dzisiaj popełniłam taką pizze kolejny raz na prośbę potomstwa.
Chciałam powiedzieć że jestem z siebie dumna.
Była po prostu pyszna!
I wbrew pozorom taka pizza nie jest droższa w porównaniu z "glutenową" własnej roboty. Z tego względu że jest bardzo syta. Nawet moje "głodne Chiny" najadły się 2 małymi kawałkami. I porcja która normalnie na obiad wystarczyłaby na styk, wystarczyła jeszcze na kolację.


Albo się starzeje albo nie wiem co.

środa, 4 lutego 2015

REFERENCJE MOGĄ WSZYSTKO

Powiedziałam wysłannikowi właściciela mieszkania które wynajmuję (nadążacie?!) podczas jego comiesięcznej wizyty po haracz, że życzę sobie i grzecznie proszę o referencje, gdyż jedyne o czym marze to wyprowadzka w związku z niesprzyjającymi warunkami klimatycznymi.
3 dni później:
- W poniedziałek przyjdę z robotnikami i ocieplimy ci ściany. Może to zapobiegnie wychładzaniu mieszkania ... No i może jednak będziesz chciała zostać?!


No jak mi jeszcze zaczną dopłacać za to że zaszczycam ten lokal swoją skromną osobą, to się pewnie zacznę zastanawiać.
Jest dobrze!



Obrazek znaleziony w sieci

niedziela, 1 lutego 2015

PIERWSZY DZIEŃ WIOSNY, CZYLI JAK TO W IRLANDII TEMPERATURĘ MIERZY SIE W EURO, A ŚNIEG W GODZINACH

Tutaj, na zielonej wyspie śnieg liczy się w godzinach, a temperaturę w euro - wydanych na ogrzewanie.
Olaf miałby tu jak w raju.


Nie każdy ma taką krainę lodu jak ja więc do tej pory czułam się trochę wyróżniona. Choć dzisiaj zobaczyłam wpis mojej blogowej koleżanki na FCB - ona ma prawie jak ja. 2 kołdry, 3 koce ...
Mój zestaw jest podobny, choć w nieco innej wersji. Śpimy w 1 pokoju bo łatwiej ogrzać i nachuchać razem niż osobno. Materace na podłodze ścielą się gęsto. W sumie to pokój chłopców zwany lodówką mogłabym wynająć.
Gruba piżama, 2 pary skarpet, szlafrok, gruba kołdra i koc - to zestaw nocny.
W dzień chodzimy owinięci w koce z termoforami pod ręką.
Goście zazwyczaj nie ściągają kurtek, a do toalety nie wchodzą jak nie muszą, wszak życie im miłe.
Dzisiaj rano pobudkę miałam nietypową - poleciała na mnie deska do prasowania. To było spotkanie bliskiego stopnia. Szczęście że spałam na brzuchu, bo pewnie gdyby skleiła się z moim nosem nie śmiałabym się z tego teraz.
Po takiej pobudce, zaczęłam łapać kontakt z bazą i zastanawiać się czy przed pójściem spać wyłączyłam grzejnik w salonie.
Wieczorem w stanie na wpół zamarzniętym włączyłam kaloryfer na "ciągłe maksymalne grzanie". Normalnie włącza się co kilka godzin.
Zmobilizowana weszłam do salonu. Zawiało mrozem, wiec odetchnęłam z ulgą. Nie na długo, bo okazało się że ogrzewanie jednak włączone na całą noc na maxa było.

Przed następną zimą muszę nabyć drogą kupna śpiwory do ekstremalnych warunków- takie do -30'C

Oraz jeśli na wiosnę, kiedy to umowa najmu będzie mi się kończyć, a ja będę się zastanawiać czy szukać mieszkania czy też nie, użyjcie proszę ciężkiego narzędzia i wybijcie mi z głowy wszelkie wątpliwości.

Przede mną wyzwanie jak co wieczór - prysznic.
Będzie gorący więc miły, ale jak tu się rozebrać, kiedy w łazience temperatura zbliżona do tej na zewnątrz?!

Dzisiaj podobno jest pierwszy dzień wiosny - irlandzkiej rzecz jasna.
Ja się pytam gdzie?

wtorek, 13 stycznia 2015

LET IT SNOW CZYLI CO ZIELONA WYSPA ROBI Z DZIECI

Temperatura na zewnątrz 3'C
Aplikacja w telefonie pokazuje że odczuwalna -6'C i to by się zgadzało.
Pogoda jak na wyspie. Zimno, wieje. Jak pada to parasola się nie opłaca wyciągać. Ja wyciągnęłam 2 razy - pierwszy i ostatni. Po przejściu 3 metrów już był połamany.
Chyba trzeba by wysłać do Chin informację o wymaganych właściwościach. Ale to kiedy indziej.

Poszła rodzicielka pod szkołę po potomka.
Zaczął padać - UWAGA - śnieg.
Padał całe 15 min. Może nawet i 18.
Dzieci na ten widok oszalały.
Każde wychodzące ze szkoły skakało, piszczało, krzyczało - tak żeby wszyscy którzy nie zauważyli, wiedzieli
PADA ŚNIEG

Byłam przekonana że Marian jako osobnik przez większość życia swego wychowany w Polandii, nie specjalnie się tym przejmie.
W jakże wielkim byłam błędzie.
Podekscytował się tym faktem tak bardzo, ze aż zrobił śnieżkę co by bratu swemu pokazać, wszak ten zagilany w domu pod kołdrą to i okazji na podziwianie cudu pogodowego nie miał.
A jak już zaprezentował ...

- Mamo, schowam ją na pamiątkę, do zamrażalnika.

Kurtyna



Bałwan znaleziony w sieci

sobota, 10 stycznia 2015

ZACZYNA SIĘ JAZDA BEZ TRZYMANKI, CZYLI TUTAJ JUŻ NAWET TERAPEUTA NIE POMOŻE.

Może wiecie, może nie, ale jestem zwolenniczką badań profilaktycznych.
Nie tak żeby od razu przemeldować się do przychodni. Ale raz na rok cytologia, jakieś badanie cycków. Gdybym miała to pewnie i badanie prostaty bym popełniła.


Nie wiem kiedy mnie to dopadło, ale uważam że to ważna rzecz, szczególnie iż potomstwo niewystarczająco jeszcze odchowane. Chciałabym żeby pomęczyli się ze mną jeszcze czas jakiś. Co najmniej aż wnuki pomogę im odchować, a babcią za szybko być nie zamierzam.
Tak więc jakiś czas temu odkryłam cosik, popędziłam do mojego GP (lekarz pierwszego kontaktu), wysłano skierowanie do kliniki i kazano grzecznie czekać na list z wiadomością o wizycie. Po miesiącach dwóch, przy okazji jakiejś innej wizyty nie omieszkałam upomnieć się o mój przydział "macania cycków" w klinice, bo na imprezę jeszcze nie raczyli mnie zaprosić.
Okazało się że zaprosili a i owszem, ale nie przyszłam. Jak wspólnie z moją lekarką ustaliłyśmy - adres był niekompletny.
Wysłała nowe skierowanie.
Po tygodniu albo dwóch, w każdym razie szybko dość, dostałam piękne różowe zaproszenie.
Nie, nie było drukowane na zapachowym papierze i nie, nie było posypane brokatem.
A na nim 1/9/15 TUES
Raczyłam nawet zadzwonić do nich, a że było po godzinach, to zostawiłam uprzejmą wiadomość, że według mojego kalendarza 9 stycznia to piątek a nie wtorek.
Przez myśl mi przeszło, że może miał być 6 stycznia wtorek, ale mi zupełnie nie pasował, więc zostałam przy 9tym - piątku. 
Już słyszę wasz chichot.
Chciałam tylko przypomnieć że urodziłam się blondynką i mentalną pozostanę.

Zaplanowałam sobie dzień. Dzieci porozstawiane - jedno na wycieczce dla mądrali, drugie miało być odebrane, nakarmione i przechowane przez moją ulubioną młodszą siostrę.
Naszykowałam się, delikatny makijaż popełniłam co by ludzi na mieście nie straszyć. Zastanawiałam się nawet nad brokatem jakimś, bo jak impreza to szaleć. No ale zdążyłam się ogolić, a z brokatem to ja tylko suchy szampon mam. To tak na nieowłosione cycki i podpaszki - to nie bardzo. Darowałam sobie.
Wyszłam odpowiednio wcześniej, znając swoje zdolności topograficzne, byłam pewna że błądzić będę. Jak się później okazało, nie miałam na to czasu, bo cały dodatkowy wykorzystałam na wmawianie panu w sklepie monopolowym że ja chcę bilet 1 dniowy i że na pewno takie ma, bo takie kupowałam ... Przez chwilę miał minę jakby chciał powiedzieć "tej pani już dzisiaj alkoholu nie sprzedajemy". Oczywiście bilety takowe już dawno nie istnieją.

Jak już dojechałam, pokręciłam się jak Andźka w kwiatach, dotarłam do celu ...

- Przepraszam, czy to właściwa klinika?! - zapytałam się pokazując skierowanie.
- eee, tak, ale my na dzisiaj nie mamy żadnych wizyt.
- O nie! - pomyślałam - czyli to jednak był wtorek!
- Ale jak to? - przemówiłam ludzkim głosem - mam tutaj napisane ...
Nie powiem z jaką miną się pani na mnie popatrzyła.

Nie wiem czy w tym szpitalu mają też oddział psychiatryczny, ale owa pani miała minę taką, jakby  przez myśl jej przebiegło że z takiego właśnie uciekłam.

- Ale ... pani ma tutaj 1 września ...

Nie wiem czy roku, ale na pewno będzie to moja akcja miesiąca. Chociaż styczeń jeszcze się nie skończył ...


piątek, 9 stycznia 2015

KOŃCZ WAŚĆ, WSTYDU OSZCZĘDŹ

No i jak wam się zaczął Nowy rok?!
Mój zaczął się tak, że już mógłby się skończyć!


Święta przeżyliśmy - było w sumie fajowsko - tłumnie, rodzinnie ... tak jak Święta wyglądać powinny.
Nowego Roku z potomstwem nie przegapiliśmy, bo prąd był, choć tego dnia różne dziwne rzeczy się działy. Szczególnie połączenie z internetem było tylko wtedy kiedy miało ochotę.

Tak sobie myślałam (tak, tak, zdarza mi się) że może jednak w tym roku to ja bym sobie odpuściła tego bloga. Ostatnio tak mi szło jak krew z nosa. Bo cóż ja mam pisać, jak u nas nudy, nic się nie dzieje, co najwyżej wkurza ...
No ale z natury gadułą jestem, a że szkoda mi tu potencjalnych odbiorców zmęczyć zanadto i zniechęcić szybko, to pewnie z blogiem tak szybko się nie rozstanę.

Przede wszystkim żyjemy - wszyscy w jednym kawałku.
Marian odpowiednio został napromieniowany - palec jest na właściwym miejscu.
Ma tylko zakaz KOPANIA nogą przez 2 tygodnie co by kość mogła nabrać mocy na kolejne akcje.

I to by było na tyle jeśli chodzi o emocjonujące zdarzenia ...
Cisza przed burzą?!

Na koniec nie omieszkam pochwalić się jakiego to mądrego potomka na własnej krwi wyhodowałam.
Przyszły już wyniki grudniowych egzaminów i powiem szczerze ze jestem dumna i blada. Same A i B, tylko z czegoś jak nasz WOS - C, ale ja też nigdy z politycznych rzeczy mocna nie byłam. Za to potomek wykazuje zadatki na naukowca. Nawet w nagrodę na wycieczce naukowej był z "najlepszymi".

Jeszcze kiedyś będzie o nim głośno!
Pamiętając jak mawiał mój profesor od Psychologii - dzieci dziedziczą inteligencję po matce.
Sami więc rozumiecie że nie mogę się powstrzymać - sama siebie przecież chwalić nie będę.


A wy bądźcie obrzydliwie szczęśliwi w tym Nowym 2015 Roku!

niedziela, 21 grudnia 2014

JAK TO ŚCIANA MARCINOWI WYROSŁA PRZED STOPĄ, CZYLI ŻEBY ŚWIĘTA NIE BYŁY NUDNE

Stworzę chyba serię "1000 przypadków braci G".
Albo zacznę rozmyślania "Co by matka robiła, z wolnym czasem, gdybym potomstwa nie miała?!"
Pewnie dłubałabym łokciem w nosie z nudów i czasu wolnego miałam bym po kokardki.
Na szczęście potomstwo jest i głowy sobie nie mam czasu zaprzątać takimi głupotami.
Chłopcy organizują mi każdą minutę wolnego czasu. Jak tylko wyczują że już, już za momencik wszystko miałabym zrobione ... Wyobraźnie zdecydowanie odziedziczyli po mnie.

Przedświąteczna sobota.
Od rana sprzątanie, zakupy ...
Postanowiliśmy zrobić świąteczne ciasteczka. Zapomniałam tylko że nie mamy mąki ... i masła ... i proszku do pieczenia ... W sumie to miałam tylko cukier, co rzeczą jest dziwna bo tej białej śmierci w zasadzie tylko Krzyś używa i to też jak mu się przypomni o herbacie.
Dokupiłam brakujące produkty w sklepie po sąsiedzku. Jeszcze trochę a zacznę tam w kapciach chodzić. Upiekliśmy ciasteczka, posprzątałam po akcji kuchennej i już, już witała się z gąską...
Usłyszałam śmiech przez łzy Marcina.
Oczywiście kiedy ja ogarniałam pobojowisko w kuchni, chłopcy znaleźli sobie zajęcie, a że twórczy są wyjątkowo, musiało być to coś głupiego.
Mają rzutki, ale nie z ostrymi strzałkami, tylko takie zwykłe, na rzepy (dla bezpieczeństwa). Ubrali się w świąteczne sweterki i udawali że są żywym celem. Do momentu kiedy przed Marcinem wyrosła ściana - złośliwa.
Zamachnął się siarczyście, przypomniał sobie słowa potocznie uznane za wulgarne i wydając dziwne dźwięki przykuśtykał do kuchni.
No dobra, uderzył się. Nie pierwszy i nie ostatni raz.
Upewniłam się tylko czy był przy tym - był.
Po zdjęciu skarpetki, okazało się że najmniejszy palec zmienił swoje ustawienia i stopa lekko opuchła. Po wykorzystaniu koła ratunkowego - telefonu do przyjaciela, postanowiłam pojechać do szpitala. Ten kto tu był, może sobie tylko wyobrazić jak Marian pokonywał schody ...

Naszykowani byliśmy na kilka dobrych godzin siedzenia. Jest to miejsce w którym jakby godziny inaczej płyną. Nikt się nie spieszy, każdy ma czas ...
Pielęgniarka obejrzała stopę potomka, dała leki przeciwbólowe i czekaliśmy na prześwietlenie, lekarza ... Po jakimś czasie doczekaliśmy się zaszczytu spotkania owego. Przyszedł taki w skrzaciej czapce i z wyraźnym zainteresowaniem zapytał się Marcina o przebieg zdarzenia. Po wysłuchaniu historii, stwierdził, że syn ma niezłego kopa, b
o jak to powiedział "to jest bardzo dobre złamanie".
Narysował na stopie strzałkę co by pielęgniarka nie odcięła zdrowego palca, ta z kolei wzięła i go przykleiła plastrem do drugiego i już.
Za 2 dni wizyta w klinice na kontroli. Jak mnie dobrze zdenerwuje to poproszę żeby całego go zagipsowali.
Póki co, potomek stanowczo odmawia przyjmowania leków przeciwbólowych - bo go nie boli, biega po mieszkaniu na pięcie i tylko będę musiała przygotować kąpiel dla księcia, co by stojąc pod prysznicem nie złamał sobie czegoś innego.

Wiedział skubany co zrobić żeby wymigać się od świątecznych zakupów.