Strony

wtorek, 25 marca 2014

REMIS NA POLU WALKI

Nie będzie garnituru - ufff
Marynarki też nie. Znajoma przekonała mnie,  że sztruksowa sportowa marynarka faktycznie nie będzie fajna w tym kraju dla człowieka w tym wieku.
Ja się nie znam, pewnie ma rację.
Ostatecznie będzie biała koszula z krawatem - na Bierzmowanie potomka.
Jak to mawiają wilk najedzony i osioł ocalony.

A widzieliście Candy u Magdy?
Jak tam stoję w kolejce.


INSTRUKCJA OBSŁUG 12 LATKA POSZUKIWANA

Może ktoś ma takową?!
Albo chociaż streszczenie?!
Obsługa człowieka w wieku lat 12 spacerem po parku nie jest. Powiedziałabym że to raczej grzęzawiska.
W którą stronę by się nie odwrócić, co by nie powiedzieć ...
Co dziennie jakieś rewelacje. Na razie jesteśmy na etapie ubioru na Bierzmowanie.
To już w najbliższą środę. Póki co z porozumienia w tym temacie nici.
Jak wytłumaczyć takiemu "osiołowi" że marynarka (jedyna jaka ma), która wisi w szafie jest cool.
I że wygląda w niej świetnie ...
- Synek założysz tą marynarkę, jeansy i biała koszulę
- No chyba raczej nie - odpowiedział potomek podnosząc wzrok z nad tabletu
- No przecież nie pójdziesz w dresach?!
- W dresach nie, ale też nie w marynarce.
- To biała koszula i krawat?!
- Oszalałaś?! Biała koszula.
- I?!
- I już
- Założysz marynarkę, albo kupie ci garnitur. To dopiero będzie wieś - Dumna ze swego błyskotliwego pomysłu byłam przez chwilę. Krzyś i garnitur?! Jakoś nie byłam w stanie sobie tego wyobrazić.
- Ok, ale idę do sklepu z tobą i razem coś wybierzemy
- ??? Serio???
- No raczej!

No i mam.  W sumie sama chciałam. Ale nie sądziłam że aż tak.
Jak namówić go na marynarkę która jest w domu?!
Przekupstwo nie wchodzi w grę.
Jakieś argumenty?!

piątek, 21 marca 2014

PRZED KONTAKTEM SKONSULTUJ SIĘ Z LEKARZEM LUB FARMACEUTĄ

Było nudno i miło, ale się skończyło.
Przyszła wiosna, zazieleniło się, chociaż z tego co pamiętam, to "zimą" tez było zielono. Muszę przyznać że tegoroczna mnie bardzo rozczarowała. Nie ta na wyspie, nie. Rozczarowała mnie Polska zima. Byłam pewna że będę miała okazję po napawać się radością że my to mamy zimę w wersji light, a w Polandii śnieg po kolana ... No i zima była jednakowa. A nie ukrywam iż był to argument przemawiający za tą krainą. Jak się okazuje - nieaktualny, wszak różnicy wielkiej nie dostrzegłam.

Kolejnym argumentem był domniemany brak biurokracji.
O jakże naiwna w swej naiwności byłam.
Moja przygoda z urzędami miała być krótka, nudna, czyli prosta i przyjemna.
Po dzisiejszym dniu, kiedy to pani urzędniczka podniosła mi ciśnienie do poziomu zagrażającemu jej życiu i zdrowiu (powinnam mieć na czole wytatuowane "przed kontaktem skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą, gdyż nieumiejętne wkurzenie może zagrażać twojemu życiu lub zdrowiu"), doszłam do wniosku że daleko to my w Polsce jednak nie odbiegamy od Europy. Powiedziałabym nawet że jesteśmy w centrum, a kontakt z urzędnikami można uznać za całkiem owocny i przyjemny, oraz wiem co mówię.
Wersja zdarzeń miała być zupełnie inna. Ale jak wszystkim wiadomo, co zaplanujemy (a z pewnością ja), można sobie odpuścić bo na pewno taki projekt nie przejdzie, lub w znacznie zmienionej formie.
Jeszcze pół roku temu oczyma wyobraźni widziałam te kolejki pracodawców bijące się o takiego pracownika jak ja, agencje mieszkaniowe które licytują się, kto mi wynajmie mieszkanie ...
A tym czasem...
Do swobodnego, samodzielnego wynajęcia mieszkania nadal brakuje mi niestety pełnego etatu, co stwarza niemały problem. Postanowiłam więc na początku roku postarać się o dofinansowanie do mieszkania. Nic czym chwalić by się wypadało, ale sytuacja okazuje się wartą śledzenia (tak myślę).
Odwiedziny nr 1 w urzędzie 
Z wypełnionym odpowiednim formularzem oraz zgromadzonymi dokumentami według listy.
W okienku sympatyczna, uśmiechnięta pani.
- Dokumenty dobrze skompletowane, brak jednego stempelka z ważnego urzędu - aplikacji nie przyjęto. Gdyby została przyjęta termin wizyty wyznaczony by został na koniec miesiąca lutego 2014.
Sprawa zrozumiała i oczywista.

Odwiedziny nr 2 w urzędzie
Dzień następny. Posiadając stempelek z ważnego urzędu.
Inna pani w okienku, średnio miła.
- Brak przepracowanych 52 tygodni na terenie ROI - nie kwalifikuję się

Zrobiło się niefajnie. Jednego dnia mogę, a następnego już nie ...

Odpuściłam sobie, szukając innych opcji na rozwiązanie problemu. W związku z tym iż nie pojawiały się tłumnie, zaczęłam znowu grzebać w internecie. Specjalistą nie jestem, ale z tego co udało mi się wyczytać (dodam że oficjalny, urzędniczy język angielski w wielu przypadkach jest nadal dla mnie zagadką) zrozumiałam iż się jednak należy.
2 miesiące (od wizyty pierwszej) później ...
Udałam się do punktu zwanego Informacją, a tam ...
Przesympatyczna pani. Taka złośliwa ruda zadziora - polubiłam ja już w drzwiach.
Usłyszawszy mą historię zagotowała się lekko. Powiedziała że to niemożliwe, i że artykuł który napisali mi w odpowiedzi nie ma w moim przypadku zastosowania. Zaraz szybko wygrzebała w internecie odpowiednią ustawę, zadzwoniła do biura głównego ... I okazało się że można.

Odwiedziny nr 3 w urzędzie
Z kartką od rudej zadziory, ze starym wnioskiem, średnio miła pani w okienku.
Niestety nie mogę złożyć wniosku, bo nadal obowiązują 52 tygodnie, a pani nic nie wie o zmianie przepisów. Poprosiłam wiec grzecznie o jej imię i nazwisko i nr tel. Nie dała mi, postanowiła się dopytać koleżanek. Oczywiście wszystkie zgodnie (na ucho jakieś 5 szt) - jak najbardziej artykuł ma zastosowanie, ale w sumie to pewności nie mają i zadzwonią ... Zadzwoniły, dowiedziały się. Okazało się że można.
Zostałam poproszona o uaktualnienie dokumentów. Po ich otrzymaniu zostanie wyznaczona data - okolice końca maja.

Odwiedziny nr 4 w urzędzie
Dzień następny - po skompletowaniu wszystkich papierków, stempelków i innych. Dokumenty ułożone w kolejności jak na liście.
Pani w okienku była wyjątkowo niezadowolona z pogody panującej na zewnątrz lub inne niedogodności losu ją spotkały - nie wnikałam. Oczywiście znowu usłyszałam historię że nie mogę, bo 52 tygodnie ...
Poszła się zapytać koleżanek - mogę
Zaczęła sprawdzać załączone dokumenty (dokładnie te same, jakie sprawdzano 2 miesiące wcześniej)...
Dostałam nowa listę brakujących rzeczy.
Tłumaczenia, wyciągi, listy od landlorda ...
Złośliwie zapytałam się czy mam przetłumaczyć wszystkie 12 potwierdzeń przelewu na moje konto alimentów - usłyszałam - TAK.
Jak zapytałam się czy sobie żartuje i czy ewentualnie chciałaby zapłacić za tłumacza - stwierdziła że pójdzie się zapytać bo nie wie - okazało się że wystarczy 1szt.
Na każde zadane przeze mnie pytanie, słyszałam - zapytam się koleżanek, bo nie mam pewności.

Jutro składam aplikacje do pracy w urzędzie - ja też mogę pracować nie mając zielonego pojęcia o tym co robię i do czego jestem potrzebna, mając za ścianką działową koleżanki z komputerem.

Zanim wyszłam, usłyszałam tylko że muszę skompletować dokumenty, dopiero wyznaczą mi termin. Nie mogą przyjąć ode mnie tych dokumentów co mam. 
Zakładając że zajmie mi to co najmniej kilka tygodni - jest szansa że jeszcze w tym roku.

Zapytałam się więc pani już mniej grzecznie, czy nie mógł mi tego nikt powiedzieć 2 miesiące temu, kiedy to przeglądano moje papiery ...
Co usłyszałam - nie jestem pewna ...

Plan na najbliższą przyszłość:
Udam się do urzędu po raz kolejny. Może natrafię na kogoś innego i usłyszę kolejną wzruszająca historię. Może się uda zanim pojadę go głównego biura.
Tym czasem kompletowanie dokumentów trwa ...


*
Do ewentualnych osób potencjalnie zaniepokojonych naszym losem.
Jeśli jesteś o nas spokojny, możesz już zamknąć stronę.

*
Chciałam tylko zaznaczyć, że nie narzekam. Pomimo wku.......cych sytuacji nie jest najgorzej.
Jeszcze mamy gdzie mieszkać oraz  co jeść. Pani z warzywniaka regularnie dokarmia moje dzieci mandarynkami i cytrynami, więc witamin nam nie brakuje.
Niedługo wzejdzie rzodkiewka i szpinak w ogródku - będzie szał

środa, 5 marca 2014

JEST CIN CIN - JEST IMPREZA

Tosia postanowiła zrobić postęp.
Marcin już nie jest Sisiem jak Krzyś, tylko jest CINCIN-em, albo moze Sinsin-em?
Ciężko wyczuć i usłyszeć. Na pewno jednak można zorientować się już o którym synu moim mówi.
Tak z CinCinem balowała, że teraz siedzi z miską na kolanach - taka impreza była.
Mamy nadzieję że to jednak tylko wirus i nikt więcej go nie zaliczy.

A tym czasem poznaliśmy wyniki egzaminów Krzysia.
Nie są to precyzyjne liczby, bo z tego wszystkiego uznałam że nie są najważniejsze.
Wiadomo na pewno, że jeśli tylko będzie chciał (a chcemy), będzie miał dodatkowy język - polski. Będzie mógł później napisać z niego maturę.
Będzie miał dodatkowy angielski.
Z matematyki na bdb potrzeba było 100 pkt. Krzyś dostał 117 - nie zrobił wszystkiego, ze względu na to iż nie był w stanie zrozumieć wszystkich poleceń.

I jak ja mam nie być dumna ...
No nie da się!

wtorek, 4 marca 2014

BO KOBIETA ZMIENNĄ JEST

Miałam się nie chwalić, dopóki nie skończę.
No właśnie miałam.
Ale zdanie zmieniłam.
Na prośbę niektórych, aktualizacje na froncie ogrodowym.

KOMPOSTOWNIK

REGAŁ NA DONICZKI

ŁAWKA DLA DZIECI

poniedziałek, 3 marca 2014

TO CO TYGRYSKI LUBIĄ NAJBARDZIEJ ...

Co najbardziej mnie cieszy?!
Głupie pytanie.
Oczywiście że potomstwo moje osobiste. Ale zaraz potem w kolejce stoją deski, palety i miejsce do rozprawiania się z nimi.
Tego ostatniego ci u mnie dostatek. Od soboty palet również.
Co prawda w ciągu doby z ilości 15 zrobiło się 6 ...
Przywiozłam w sobotę (dziękuje ci mężu koleżanki mojej Eweliny) szt kilka. Zapełniliśmy dokładnie miniwana. A że w dnia tego pogoda była przecudna (czyt. nie padało) ...
Do domu wróciłam dopiero na kolację, zapominając po drodze o całym świecie.
Przez chwile nawet potomstwo chciało mi pomóc, ale jak uskutecznili zamach na me życie piłką, podczas gdy właśnie trzymałam w ręku wyrzynarkę, stwierdziłam "albo ja, albo oni".
Więc wygoniłam dzieci do domu, co by ofiar w ludziach nie było.
Póki co, nie ma się czym chwalić. Tylko kompost z drzwiczkami (na zawiasach), regał na doniczki i w sumie "skrojona" ale nie dokończona ławka do siedzenia dla dzieci.
Dzisiaj kończyłam to, co wczoraj zaczęłam - w garażu, bo pogoda nie była aż tak łaskawa jak w dniu wczorajszym. Dzisiaj na zmianę deszcz, słońce, grad, mżawka, słońce ...
Kończyłam wspomniany regał na doniczki, który w swej wdzięczności postanowił mnie zaatakować.
Nie miałam gdzie uciec, więc poleciałam na stertę palet czekających na swoja kolej.
Ofiary dnia dzisiejszego - podrapane czoło - szt 1 x2, rozwalone kolano - szt 1,  podrapana i posiniaczona łydka - szt 1.
Ławka dla dziewczyn czeka jeszcze na końcowe skręcenie, wyszlifowanie i polakierowanie, co by w dupki drzazgi nie powchodziły.
A w kolejce jeszcze:
podjazd dla wózka, zabudowa kominka, skrzynki na rośliny, szafka pod TV dla bratowej ...
Chyba wykupię abonament na palety ...

I jak ja mam iść do pracy, kiedy tu tyle rzeczy do zrobienia czeka ?!

piątek, 28 lutego 2014

TŁUSTY CZWARTEK, CZYLI RZECZY KTÓRYCH NIE POWINNO SIE POWTARZAĆ

Moja młodsza siostra wpadła na pomysł stworzenia dziennika
"Rzeczy których więcej robić nie powinnam".
Tytuł póki co roboczy, więc ulec może zmianie. Pomysł podoba mi się niezmiernie, wszak pamięć mamy (a ja na pewno) dobrą, ale niezwykle krótką.
Jako pierwszy punkt pojawiłby się w mojej wersji:
- nigdy więcej nie robić pączków.
Co prawda te dzisiejsze, a raczej wczorajsze w 85% zrobiła Dorotka, w 10% mój ulubiony starszy syn (jak zabrakło mąki to nawet na dłuższą chwilę utknął w misce z oblepionymi ciastem rękoma, aż go rodzicielka poratowała kubkiem mąki od sąsiadki), a tylko jakiś ułamek wkładu jest mój.
Ja pilnowałam dzieci co by sobie krzywdy nie zrobiły. Potem tylko do wrzącego tłuszczu wrzucałam (pączki, nie dzieci).
Nie dość że trwało to i trwało (całkowity proces), bałaganu co niemiara. Brzuchy bolą, a ślad zaginął. Myślałam że uda się kilka szt zanieść do szkoły na "wyprzedaż ciast" ... w jakim głębokim błędzie była moja skromna osoba.
Dodam tylko  że pączki były w wersji mini, a mnie i tak udało się ich nie dosmażyć. Z wierzchu prawie przyjarane, a w środku żywe drożdże. Na szczęście ktoś kiedyś wymyślił mikrofalówkę. Minuta w tym urządzeniu wykańczała wnętrzności wspomnianych pączków. Jednak każdą partię musiałam sprawdzić organo-leptycznie. Tak więc zjadłam 3 pączki. Pączuszki bym rzekła, ale czuję się jak po 30 szt.



Wniosek - to był mój ostatni raz. Za młodą się nie wypowiadam, ale pewnie zdanie popiera - wszak spokrewnione jesteśmy.

czwartek, 27 lutego 2014

BO KIEDYŚ MUSI BYĆ TEN PIERWSZY RAZ

Moje dzieci są aniołami - żadna nowość. Tylko że skrzydła zostawiają pod poduszkami i wkładają je do snu - żeby było cieplej.
Dzisiaj po raz pierwszy w naszej wyspiarskiej karierze zostałam wezwana na rozmowę do nauczyciela. Uwaga! Marcina!
W zasadzie rozmawiałam z wychowawcami obydwu, ale to pan Lynch prosił o rozmowę.
To chyba wina rozprężenia materiału po feriach.
Panowie ześwirowali w akompaniamencie innych - irlandzkich i polskich dzieci.
Na szczęście odbyło się bez ofiar. Skończyło się na uwagach.
Najcudniejsze w tym wszystkim było to (dziwne określenie, zważywszy na to, że sytuacja była poważna), że Marcin zapłakany wyszedł ze szkoły nie dlatego że napsocił, tylko dlatego że Martwił się o Krzysia.
Wychowawca pierworodnego bronił go ze wszystkich sił, tłumacząc że prawie nie jest winny, tylko że był obecny ... Albo młody mu wyjątkowo leży jako pilny, spokojny i uprzejmy uczeń  (tak, tak, to ten sam Krzyś), albo ja wyglądam na domową terrorystkę i bał się konsekwencji jakie mogę wyciągnąć w domu.
Na szczęście skończyło się tylko na konkretnej rozmowie. Bez zbędnych kazań i kar.
Kiedyś musi być ten pierwszy raz na uwagi synów dwóch.

Chyba podświadome czułam nadchodzące atrakcje, bo już od rana szukałam sobie zajęcia na  rozładowanie emocji. No i znalazłam - wycinanie krzaczorów w ogrodzie. Skończyło się na posadzeniu malin i wycięciu ułamka tego co do wycięcia być miało.
Ulżyło mi, uspokoiłam się. Zapas prac uspokajających mam na jeszcze jakiś tydzień.
Jednocześnie okazało się, że zawód OGRODNIK, to była chyba jakaś pomyłka. Żeby to jakaś frajda nie wiem jaka była, to bym nie powiedziała. Może gdyby efekt był widoczny od razu?

Teraz anioły śpią z aureolkami na poduszkach.
A matka siedzi i wysyła setki CV co by nam kiedyś dobrze było.
I ma już tego po kokardki.


niedziela, 23 lutego 2014

IMIENINOWY BONUS CZYLI JAK ZAGIĘŁAM CZASO-PRZESTRZEŃ

Ostatni tydzień spędziłam w Polandii.
To był cudny czas.
Co prawda spędzony z kalendarzem i zegarkiem w ręku, bardzo intensywny, ale cudny.
Latałam po urzędach, bankach, instytucjach różnych.
Odwiedziłam nawet kilkakrotnie swoją ulubioną dentystkę - co by porządkowaną do domu wrócić.
Razu jednego, chyba zmęczona całym dniem, zasnęłam na fotelu dentystycznym - sama w to nie wierzę.
Spotkałam się z ukochanymi znajomymi, nawet jeden chrzest w roli matki chrzestnej zaliczyłam. Z wieloma jednak nie udało mi się spotkać, nawet skontaktować, czego bardzo żałuję.
Wszystko przez to, że doba ma tylko 24 godziny!
Co ja bym dała, żeby była ciut dłuższa ...
A ponieważ zdarza się tak, że marzenia się spełniają, to w sobotę, z okazji imienin dostałam dodatkową godzinę gratis.
Tak, tak - zagięłam czaso-przestrzeń.
Sobota miała 25 godzin.
Co prawda tylko dlatego że zmieniłam strefę czasową zyskując w ten sposób 60 min, ale zawsze to już coś.

Tak więc kochani, cieszę się że mogłam spędzić z wami ten tydzień. Z tymi, z którymi mi się nie udało - przepraszam i bardzo żałuję.
Bardzo tęsknię!
 
Oraz chciałam powiedzieć że to nie był łatwy wylot. Gorszy chyba niż pół roku temu, kiedy to postanowiłam zamieszkać na wyspach.

Ale i tak będę przylatywać, oraz liczę na wasze odwiedziny.

piątek, 14 lutego 2014

ZACZYNA SIĘ LABA, CZYLI HAPPY ST. V-DAY

No i się zaczęło ...
A raczej skończyła się cisza i spokój.
Wrócił potomek ze szkoły i buzia mu się nie zamyka. Opowiada, rysuje, opowiada, opowiada ... Dziwne?!
Nie powiedziałam z jakiej szkoły wrócił?!
Dzisiaj miał dzień "próbny" w szkole, do której idzie we wrześniu (odpowiednik polskiego gimnazjum).
Uczniowie testowali przez cały dzień wszystkie przedmioty praktyczne. Teraz muszą wybrać jeden.
Młody najchętniej poszedł by na  4 z 6.

A jak już skończy opowiadać, odbierzemy Mariana ze szkoły i  ... zaczną się ferie! oraz PAKOWAŃSKO.
Matka leci do Polandii, bo urzędy się za nią stęskniły.
Potomstwo zostanie oddelegowane do taty - chłopcy już przebierają nóżkami.

Czyli Happy St. V-day