Co najbardziej mnie cieszy?!
Głupie pytanie.
Oczywiście że potomstwo moje osobiste. Ale zaraz potem w kolejce stoją deski, palety i miejsce do rozprawiania się z nimi.
Tego ostatniego ci u mnie dostatek. Od soboty palet również.
Co prawda w ciągu doby z ilości 15 zrobiło się 6 ...
Przywiozłam w sobotę (dziękuje ci mężu koleżanki mojej Eweliny) szt kilka. Zapełniliśmy dokładnie miniwana. A że w dnia tego pogoda była przecudna (czyt. nie padało) ...
Do domu wróciłam dopiero na kolację, zapominając po drodze o całym świecie.
Przez chwile nawet potomstwo chciało mi pomóc, ale jak uskutecznili zamach na me życie piłką, podczas gdy właśnie trzymałam w ręku wyrzynarkę, stwierdziłam "albo ja, albo oni".
Więc wygoniłam dzieci do domu, co by ofiar w ludziach nie było.
Póki co, nie ma się czym chwalić. Tylko kompost z drzwiczkami (na zawiasach), regał na doniczki i w sumie "skrojona" ale nie dokończona ławka do siedzenia dla dzieci.
Dzisiaj kończyłam to, co wczoraj zaczęłam - w garażu, bo pogoda nie była aż tak łaskawa jak w dniu wczorajszym. Dzisiaj na zmianę deszcz, słońce, grad, mżawka, słońce ...
Kończyłam wspomniany regał na doniczki, który w swej wdzięczności postanowił mnie zaatakować.
Nie miałam gdzie uciec, więc poleciałam na stertę palet czekających na swoja kolej.
Ofiary dnia dzisiejszego - podrapane czoło - szt 1 x2, rozwalone kolano - szt 1, podrapana i posiniaczona łydka - szt 1.
Ławka dla dziewczyn czeka jeszcze na końcowe skręcenie, wyszlifowanie i polakierowanie, co by w dupki drzazgi nie powchodziły.
A w kolejce jeszcze:
podjazd dla wózka, zabudowa kominka, skrzynki na rośliny, szafka pod TV dla bratowej ...
Chyba wykupię abonament na palety ...
I jak ja mam iść do pracy, kiedy tu tyle rzeczy do zrobienia czeka ?!
poniedziałek, 3 marca 2014
piątek, 28 lutego 2014
TŁUSTY CZWARTEK, CZYLI RZECZY KTÓRYCH NIE POWINNO SIE POWTARZAĆ
Moja młodsza siostra wpadła na pomysł stworzenia dziennika
"Rzeczy których więcej robić nie powinnam".
Tytuł póki co roboczy, więc ulec może zmianie. Pomysł podoba mi się niezmiernie, wszak pamięć mamy (a ja na pewno) dobrą, ale niezwykle krótką.
Jako pierwszy punkt pojawiłby się w mojej wersji:
- nigdy więcej nie robić pączków.
Co prawda te dzisiejsze, a raczej wczorajsze w 85% zrobiła Dorotka, w 10% mój ulubiony starszy syn (jak zabrakło mąki to nawet na dłuższą chwilę utknął w misce z oblepionymi ciastem rękoma, aż go rodzicielka poratowała kubkiem mąki od sąsiadki), a tylko jakiś ułamek wkładu jest mój.
Ja pilnowałam dzieci co by sobie krzywdy nie zrobiły. Potem tylko do wrzącego tłuszczu wrzucałam (pączki, nie dzieci).
Nie dość że trwało to i trwało (całkowity proces), bałaganu co niemiara. Brzuchy bolą, a ślad zaginął. Myślałam że uda się kilka szt zanieść do szkoły na "wyprzedaż ciast" ... w jakim głębokim błędzie była moja skromna osoba.
Dodam tylko że pączki były w wersji mini, a mnie i tak udało się ich nie dosmażyć. Z wierzchu prawie przyjarane, a w środku żywe drożdże. Na szczęście ktoś kiedyś wymyślił mikrofalówkę. Minuta w tym urządzeniu wykańczała wnętrzności wspomnianych pączków. Jednak każdą partię musiałam sprawdzić organo-leptycznie. Tak więc zjadłam 3 pączki. Pączuszki bym rzekła, ale czuję się jak po 30 szt.
Wniosek - to był mój ostatni raz. Za młodą się nie wypowiadam, ale pewnie zdanie popiera - wszak spokrewnione jesteśmy.
"Rzeczy których więcej robić nie powinnam".
Tytuł póki co roboczy, więc ulec może zmianie. Pomysł podoba mi się niezmiernie, wszak pamięć mamy (a ja na pewno) dobrą, ale niezwykle krótką.
Jako pierwszy punkt pojawiłby się w mojej wersji:
- nigdy więcej nie robić pączków.
Co prawda te dzisiejsze, a raczej wczorajsze w 85% zrobiła Dorotka, w 10% mój ulubiony starszy syn (jak zabrakło mąki to nawet na dłuższą chwilę utknął w misce z oblepionymi ciastem rękoma, aż go rodzicielka poratowała kubkiem mąki od sąsiadki), a tylko jakiś ułamek wkładu jest mój.
Ja pilnowałam dzieci co by sobie krzywdy nie zrobiły. Potem tylko do wrzącego tłuszczu wrzucałam (pączki, nie dzieci).
Nie dość że trwało to i trwało (całkowity proces), bałaganu co niemiara. Brzuchy bolą, a ślad zaginął. Myślałam że uda się kilka szt zanieść do szkoły na "wyprzedaż ciast" ... w jakim głębokim błędzie była moja skromna osoba.
Dodam tylko że pączki były w wersji mini, a mnie i tak udało się ich nie dosmażyć. Z wierzchu prawie przyjarane, a w środku żywe drożdże. Na szczęście ktoś kiedyś wymyślił mikrofalówkę. Minuta w tym urządzeniu wykańczała wnętrzności wspomnianych pączków. Jednak każdą partię musiałam sprawdzić organo-leptycznie. Tak więc zjadłam 3 pączki. Pączuszki bym rzekła, ale czuję się jak po 30 szt.
Wniosek - to był mój ostatni raz. Za młodą się nie wypowiadam, ale pewnie zdanie popiera - wszak spokrewnione jesteśmy.
czwartek, 27 lutego 2014
BO KIEDYŚ MUSI BYĆ TEN PIERWSZY RAZ
Moje dzieci są aniołami - żadna nowość. Tylko że skrzydła zostawiają pod poduszkami i wkładają je do snu - żeby było cieplej.
Dzisiaj po raz pierwszy w naszej wyspiarskiej karierze zostałam wezwana na rozmowę do nauczyciela. Uwaga! Marcina!
W zasadzie rozmawiałam z wychowawcami obydwu, ale to pan Lynch prosił o rozmowę.
To chyba wina rozprężenia materiału po feriach.
Panowie ześwirowali w akompaniamencie innych - irlandzkich i polskich dzieci.
Na szczęście odbyło się bez ofiar. Skończyło się na uwagach.
Najcudniejsze w tym wszystkim było to (dziwne określenie, zważywszy na to, że sytuacja była poważna), że Marcin zapłakany wyszedł ze szkoły nie dlatego że napsocił, tylko dlatego że Martwił się o Krzysia.
Wychowawca pierworodnego bronił go ze wszystkich sił, tłumacząc że prawie nie jest winny, tylko że był obecny ... Albo młody mu wyjątkowo leży jako pilny, spokojny i uprzejmy uczeń (tak, tak, to ten sam Krzyś), albo ja wyglądam na domową terrorystkę i bał się konsekwencji jakie mogę wyciągnąć w domu.
Na szczęście skończyło się tylko na konkretnej rozmowie. Bez zbędnych kazań i kar.
Kiedyś musi być ten pierwszy raz na uwagi synów dwóch.
Chyba podświadome czułam nadchodzące atrakcje, bo już od rana szukałam sobie zajęcia na rozładowanie emocji. No i znalazłam - wycinanie krzaczorów w ogrodzie. Skończyło się na posadzeniu malin i wycięciu ułamka tego co do wycięcia być miało.
Ulżyło mi, uspokoiłam się. Zapas prac uspokajających mam na jeszcze jakiś tydzień.
Jednocześnie okazało się, że zawód OGRODNIK, to była chyba jakaś pomyłka. Żeby to jakaś frajda nie wiem jaka była, to bym nie powiedziała. Może gdyby efekt był widoczny od razu?
Teraz anioły śpią z aureolkami na poduszkach.
A matka siedzi i wysyła setki CV co by nam kiedyś dobrze było.
I ma już tego po kokardki.
Dzisiaj po raz pierwszy w naszej wyspiarskiej karierze zostałam wezwana na rozmowę do nauczyciela. Uwaga! Marcina!
W zasadzie rozmawiałam z wychowawcami obydwu, ale to pan Lynch prosił o rozmowę.
To chyba wina rozprężenia materiału po feriach.
Panowie ześwirowali w akompaniamencie innych - irlandzkich i polskich dzieci.
Na szczęście odbyło się bez ofiar. Skończyło się na uwagach.
Najcudniejsze w tym wszystkim było to (dziwne określenie, zważywszy na to, że sytuacja była poważna), że Marcin zapłakany wyszedł ze szkoły nie dlatego że napsocił, tylko dlatego że Martwił się o Krzysia.
Wychowawca pierworodnego bronił go ze wszystkich sił, tłumacząc że prawie nie jest winny, tylko że był obecny ... Albo młody mu wyjątkowo leży jako pilny, spokojny i uprzejmy uczeń (tak, tak, to ten sam Krzyś), albo ja wyglądam na domową terrorystkę i bał się konsekwencji jakie mogę wyciągnąć w domu.
Na szczęście skończyło się tylko na konkretnej rozmowie. Bez zbędnych kazań i kar.
Kiedyś musi być ten pierwszy raz na uwagi synów dwóch.
Chyba podświadome czułam nadchodzące atrakcje, bo już od rana szukałam sobie zajęcia na rozładowanie emocji. No i znalazłam - wycinanie krzaczorów w ogrodzie. Skończyło się na posadzeniu malin i wycięciu ułamka tego co do wycięcia być miało.
Ulżyło mi, uspokoiłam się. Zapas prac uspokajających mam na jeszcze jakiś tydzień.
Jednocześnie okazało się, że zawód OGRODNIK, to była chyba jakaś pomyłka. Żeby to jakaś frajda nie wiem jaka była, to bym nie powiedziała. Może gdyby efekt był widoczny od razu?
Teraz anioły śpią z aureolkami na poduszkach.
A matka siedzi i wysyła setki CV co by nam kiedyś dobrze było.
I ma już tego po kokardki.
niedziela, 23 lutego 2014
IMIENINOWY BONUS CZYLI JAK ZAGIĘŁAM CZASO-PRZESTRZEŃ
Ostatni tydzień spędziłam w Polandii.
To był cudny czas.
Co prawda spędzony z kalendarzem i zegarkiem w ręku, bardzo intensywny, ale cudny.
Latałam po urzędach, bankach, instytucjach różnych.
Odwiedziłam nawet kilkakrotnie swoją ulubioną dentystkę - co by porządkowaną do domu wrócić.
Razu jednego, chyba zmęczona całym dniem, zasnęłam na fotelu dentystycznym - sama w to nie wierzę.
Spotkałam się z ukochanymi znajomymi, nawet jeden chrzest w roli matki chrzestnej zaliczyłam. Z wieloma jednak nie udało mi się spotkać, nawet skontaktować, czego bardzo żałuję.
Wszystko przez to, że doba ma tylko 24 godziny!
Co ja bym dała, żeby była ciut dłuższa ...
A ponieważ zdarza się tak, że marzenia się spełniają, to w sobotę, z okazji imienin dostałam dodatkową godzinę gratis.
Tak, tak - zagięłam czaso-przestrzeń.
Sobota miała 25 godzin.
Co prawda tylko dlatego że zmieniłam strefę czasową zyskując w ten sposób 60 min, ale zawsze to już coś.
Tak więc kochani, cieszę się że mogłam spędzić z wami ten tydzień. Z tymi, z którymi mi się nie udało - przepraszam i bardzo żałuję.
Bardzo tęsknię!
Oraz chciałam powiedzieć że to nie był łatwy wylot. Gorszy chyba niż pół roku temu, kiedy to postanowiłam zamieszkać na wyspach.
Ale i tak będę przylatywać, oraz liczę na wasze odwiedziny.
To był cudny czas.
Co prawda spędzony z kalendarzem i zegarkiem w ręku, bardzo intensywny, ale cudny.
Latałam po urzędach, bankach, instytucjach różnych.
Odwiedziłam nawet kilkakrotnie swoją ulubioną dentystkę - co by porządkowaną do domu wrócić.
Razu jednego, chyba zmęczona całym dniem, zasnęłam na fotelu dentystycznym - sama w to nie wierzę.
Spotkałam się z ukochanymi znajomymi, nawet jeden chrzest w roli matki chrzestnej zaliczyłam. Z wieloma jednak nie udało mi się spotkać, nawet skontaktować, czego bardzo żałuję.
Wszystko przez to, że doba ma tylko 24 godziny!
Co ja bym dała, żeby była ciut dłuższa ...
A ponieważ zdarza się tak, że marzenia się spełniają, to w sobotę, z okazji imienin dostałam dodatkową godzinę gratis.
Tak, tak - zagięłam czaso-przestrzeń.
Sobota miała 25 godzin.
Co prawda tylko dlatego że zmieniłam strefę czasową zyskując w ten sposób 60 min, ale zawsze to już coś.
Tak więc kochani, cieszę się że mogłam spędzić z wami ten tydzień. Z tymi, z którymi mi się nie udało - przepraszam i bardzo żałuję.
Bardzo tęsknię!
Oraz chciałam powiedzieć że to nie był łatwy wylot. Gorszy chyba niż pół roku temu, kiedy to postanowiłam zamieszkać na wyspach.
Ale i tak będę przylatywać, oraz liczę na wasze odwiedziny.
piątek, 14 lutego 2014
ZACZYNA SIĘ LABA, CZYLI HAPPY ST. V-DAY
No i się zaczęło ...
A raczej skończyła się cisza i spokój.
Wrócił potomek ze szkoły i buzia mu się nie zamyka. Opowiada, rysuje, opowiada, opowiada ... Dziwne?!
Nie powiedziałam z jakiej szkoły wrócił?!
Dzisiaj miał dzień "próbny" w szkole, do której idzie we wrześniu (odpowiednik polskiego gimnazjum).
Uczniowie testowali przez cały dzień wszystkie przedmioty praktyczne. Teraz muszą wybrać jeden.
Młody najchętniej poszedł by na 4 z 6.
A jak już skończy opowiadać, odbierzemy Mariana ze szkoły i ... zaczną się ferie! oraz PAKOWAŃSKO.
Matka leci do Polandii, bo urzędy się za nią stęskniły.
Potomstwo zostanie oddelegowane do taty - chłopcy już przebierają nóżkami.
Czyli Happy St. V-day
A raczej skończyła się cisza i spokój.
Wrócił potomek ze szkoły i buzia mu się nie zamyka. Opowiada, rysuje, opowiada, opowiada ... Dziwne?!
Nie powiedziałam z jakiej szkoły wrócił?!
Dzisiaj miał dzień "próbny" w szkole, do której idzie we wrześniu (odpowiednik polskiego gimnazjum).
Uczniowie testowali przez cały dzień wszystkie przedmioty praktyczne. Teraz muszą wybrać jeden.
Młody najchętniej poszedł by na 4 z 6.
A jak już skończy opowiadać, odbierzemy Mariana ze szkoły i ... zaczną się ferie! oraz PAKOWAŃSKO.
Matka leci do Polandii, bo urzędy się za nią stęskniły.
Potomstwo zostanie oddelegowane do taty - chłopcy już przebierają nóżkami.
Czyli Happy St. V-day
poniedziałek, 3 lutego 2014
NIE TO ŻEBYM SIĘ NIE SPODZIEWAŁA ...
Zszokowana trafnością podsumowania oraz ociupinkę rozbawiona jestem.
Nie to żeby mnie dziwiło bardzo, czy żebym się nie spodziewała, że cechy osobowościowe mam podobne do ...
uwaga ....
Nicole Kidman, Matki Teresy z Kalkuty i Nelsona Mandeli na ten przykład. Reszty nie kojarzę, więc się nie chwalę. Jak się wyedukuję na ich temat, to wtedy mogę.
A w którą stronę powinnam szukać pracy?! W sensie tak żeby wilk był syty i żebym ja ocalała?!
Usługi społeczne np
- praca socjalna
- prawo
- edukacja
Opieka Zdrowotna (nie wiem czy coś takiego istnieje?)
- wczesna edukacja
- psychologia
- psychoterapia (chyba dla mnie)
Sztuka i nauki humanistyczne - i to mi się podoba najbardziej i najmniej.
Najmniej, bo część tych rzeczy mnie nie kreci ani ciut ciut. Najbardziej - bo są najfajniejsze
- grafika,
- projektowanie
- biżuteria i praca w metalu i drewnie ( no dobra, drewno sobie dopisałam, bo moje ulubione jest)
Czyli że ja jestem odpowiednio wyedukowana, łapię się dobrych zajęć ...
A to że nie umiem powiedzieć - "tak, tylko to bym chciała robić", to nie wina tego że popieprzoną i niezdecydowaną jednostką jestem. To wina popieprzonej osobowości i takich jak ja jest więcej - Ołłł jeee.
Od razu człowiekowi raźniej, jak wie, że gdzieś tam jego obłąkane stado szaleje.
Ale ja coś czuję że muszę zacząć znowu w drewnie dłubać. A niech Irlandczycy tez maja szanse.
Czekam tylko na palety ...
Póki co, dam jeszcze szanse zakładom fryzjerskim. Dostaną moje CV. A co! Wszak litościwą jednostka podobno jestem. Niech maja swoje 5 min - UWAGA NALOT!
P.S. Gdyby ktoś jeszcze w okolicy był zainteresowany, to śmiało pisać, nie krępować się.
Nie to żeby mnie dziwiło bardzo, czy żebym się nie spodziewała, że cechy osobowościowe mam podobne do ...
uwaga ....
Nicole Kidman, Matki Teresy z Kalkuty i Nelsona Mandeli na ten przykład. Reszty nie kojarzę, więc się nie chwalę. Jak się wyedukuję na ich temat, to wtedy mogę.
A w którą stronę powinnam szukać pracy?! W sensie tak żeby wilk był syty i żebym ja ocalała?!
Usługi społeczne np
- praca socjalna
- prawo
- edukacja
Opieka Zdrowotna (nie wiem czy coś takiego istnieje?)
- wczesna edukacja
- psychologia
- psychoterapia (chyba dla mnie)
Sztuka i nauki humanistyczne - i to mi się podoba najbardziej i najmniej.
Najmniej, bo część tych rzeczy mnie nie kreci ani ciut ciut. Najbardziej - bo są najfajniejsze
- grafika,
- projektowanie
- biżuteria i praca w metalu i drewnie ( no dobra, drewno sobie dopisałam, bo moje ulubione jest)
Czyli że ja jestem odpowiednio wyedukowana, łapię się dobrych zajęć ...
A to że nie umiem powiedzieć - "tak, tylko to bym chciała robić", to nie wina tego że popieprzoną i niezdecydowaną jednostką jestem. To wina popieprzonej osobowości i takich jak ja jest więcej - Ołłł jeee.
Od razu człowiekowi raźniej, jak wie, że gdzieś tam jego obłąkane stado szaleje.
Ale ja coś czuję że muszę zacząć znowu w drewnie dłubać. A niech Irlandczycy tez maja szanse.
Czekam tylko na palety ...
Póki co, dam jeszcze szanse zakładom fryzjerskim. Dostaną moje CV. A co! Wszak litościwą jednostka podobno jestem. Niech maja swoje 5 min - UWAGA NALOT!
P.S. Gdyby ktoś jeszcze w okolicy był zainteresowany, to śmiało pisać, nie krępować się.
niedziela, 2 lutego 2014
JAK SYN USIŁOWAŁ UTOPIĆ MATKĘ W ŁYŻCE ROSOŁU
Niedzielna sielanka.
Rosół i my przy rosole.
Nagle Marcin wpadł na świetny pomysł.
- Wiesz mamo, jak już będę dorosły ... No wiesz, jak będę miał jakieś 18 czy 16 lat i będę miał rodzinę ...
Usiłował dokończyć swą myśl. Wspominał coś o Owczarku Niemieckim, ale pewności nie mam, bo musiałam się skupić na podtrzymaniu czynności oddechowych swojej osoby, które to czynności ustały na chwilę po zakrztuszeniu się rosołem.
Jak już mój system oddechowy zaczął działać samodzielnie i poprawnie, przy świadkach kazałam obiecać potomkowi, że wiek zakładania rodziny zmieni. Upewniłam się czy palców skrzyżowanych przy tym nie miał.
- A co jeśli skrzyżowałem poślady?!
Rosół i my przy rosole.
Nagle Marcin wpadł na świetny pomysł.
- Wiesz mamo, jak już będę dorosły ... No wiesz, jak będę miał jakieś 18 czy 16 lat i będę miał rodzinę ...
Usiłował dokończyć swą myśl. Wspominał coś o Owczarku Niemieckim, ale pewności nie mam, bo musiałam się skupić na podtrzymaniu czynności oddechowych swojej osoby, które to czynności ustały na chwilę po zakrztuszeniu się rosołem.
Jak już mój system oddechowy zaczął działać samodzielnie i poprawnie, przy świadkach kazałam obiecać potomkowi, że wiek zakładania rodziny zmieni. Upewniłam się czy palców skrzyżowanych przy tym nie miał.
- A co jeśli skrzyżowałem poślady?!
poniedziałek, 27 stycznia 2014
JAKI PONIEDZIAŁEK, TAKA DAWKA POLOPIRYNY ... CZYLI JAK ZAGIEŁAM CZASO-PRZESTRZEŃ
Dokonało się niemalże.
O mały włos nie pozostawiłam ducha gdzieś na wiejskim przystanku.
W Polandii mróz, śnieg. Normalnie zima pełną gębą. Cały czas cieszyłam się że u nas na wsi wiosna prawie. Kiełkują cebulki kwiatów w doniczkach w ogrodzie. Nawet krzak jeden dziwny, co to miałam w planach go wyciąć jak tylko na zimę wyłysieje - nie zdążył. Jeszcze kilka listków zostało, już już witał się z gąską - i zaczął kwitnąć. No żesz kurtka siwa. I jak ja mam go takiego kwitnącego życia pozbawić?! Żal mi się chwasta zrobiło i rośnie dalej.
Tym czasem, na jedną z moich aplikacji w sprawie pracy, odpowiedziano. Jakieś 2 tygodnie temu może, byłam na rozmowie o pracę. Jeszcze dobrze do domu nie wróciłam, już dostałam zaproszenie na szkolenie - takie wrażenie na rozmówcach wywarłam ;)
No wiec pojechałam tam dzielnie dzisiaj.
O ile droga samochodem z moją osobistą koleżanką zajęła nam 15 w porywach do 20 min, to autobusem czas ten wydłużył się nieco - 1,5-2 godziny.
Wszystko odbywało się w zasadzie w pobliskiej wsi (następnej dzielnicy Dublina). Problem polega jednak na tym że można tam dojechać tylko z przesiadką (mowa tu o komunikacji miejskiej) i to z taką krajoznawcą - dookoła miasta.
Najpierw zaufałam aplikacji na komórkę z rozkładem jazdy - nie pierwszy, ale najprawdopodobniej ostatni raz. W Polsce podany jest czas o której autobus ma być na przystanku, bo jeśli nie to kierowca musi być naszykowany na ostre cięgi od pasażerów, chyba że trafią się wyrozumiali, lub tak zmarznięci że ich mięśnie nie maja mocy sprawczej w celu rozbujania ręki czy też wytrzeszczu paszczy w celu nawrzeszczenia na winnego. Tutaj, to co jest na rozkładzie na przystanku, o ile w ogóle jest, to tylko wisi. Wspomniana aplikacja pokazuje za ile autobus ma być na danym przystanku. Czas ten potrafi się szybko zmienić w zależności od przepustowości dróg, albo długo nie zmieniać się wcale - w tak zwanych godzinach szczytu.
No więc pognałam skoro świt na przystanek, mając w zapasie 10 min. Jak dotarłam, okazało się że autobus już nie istnieje. W sensie nie pokazuje się. Wziął i wyparował, uległ biodegradacji - jak kolwiek to nazwać. Następny miał być za 45 min. Wróciłam do domu, bo na dworze ziąb. Po sprawdzeniu - miał być za min 15. Ubrałam się wiec grzecznie i pognałam czym prędzej co by i ten mi nie zniknął. I proszę państwa - zagięłam czaso-przestrzeń. Wielu rzeczy mogę się po sobie spodziewać, ale nie tego. Dotarłszy na przystanek okazało się że znowu mam 44 min. Tym razem czekałam. Nie zamarzałam, obudziłam się za to bardzo skutecznie. Po 15 min jazdy - przesiadka. Kolejny autobus za 50 min ... Jak już dotarłam na miejsce oczywiście nie mogłam trafić ... Ale to już nikogo nie dziwi.
Najzabawniejsze było skupianie się na wyłapaniu odpowiedniego przystanka. Oczywiście okolicy nie znam ani ciut ciut. Wiedziałam tylko gdzie mam wysiąść po numerze przystanku. Ale przy moim sokolim wzroku nie zawsze go widziałam nawet jak już autobus stał, a co dopiero wcześniej, bo tutaj jak nie zatrzymasz autobusu przyciskiem STOP (jak w Polandii przystanki na żądanie) to ten będzie jechał w siną dal. No chyba że ktoś mu pomacha na ulicy. Dobrze że nie byłam się w stanie zobaczyć - mojej żółwiej szyi, czy pozycji pieska preriowego.
Dotarłam na miejsce cudem. Tak też wróciłam. Oczywiście pomyliłam przystanki i bałam się że po ciemku to jedynie trafie do pobliskiego szpitala psychiatrycznego. W między czasie zastanawiałam się czy nie zakwitnąć na przystankach, ale byłam bliska jedynie rozpadowi na kawałki pod wpływem niskiej temperatury.
Dałam radę. Teraz odtajam.
Jutro włożę sobie w buty i w rękawiczki rozżarzone węgle chyba. Padła też propozycja od Selera (on to dopiero ma życiowe pomysły) żebym wcześniej wypiła flaszkę wódki, ale jak mają ze mną kontrakt podpisać, to wolałabym chyba nie.
Teraz tylko mursze czekać, aż mnie w policji sprawdzą - wiecie niekaralność i takie tam. Po podaniu im tylu adresów poprzedniego zamieszkania, może to chwilę potrwać. Poza tym grzeczną jestem dziewczynką, ale podobno niezłe ze mnie ziółko.
Na szczęście, nie trwa to dłużej niż 3 do 18 tygodni!!!
Czyli podumowując - nadal szukam pracy!
P.S. Dzisiaj w naszej wsi było +6'C z lekką mżawką.
Wyobrażacie sobie mnie teraz w -20'C ....?!
O mały włos nie pozostawiłam ducha gdzieś na wiejskim przystanku.
W Polandii mróz, śnieg. Normalnie zima pełną gębą. Cały czas cieszyłam się że u nas na wsi wiosna prawie. Kiełkują cebulki kwiatów w doniczkach w ogrodzie. Nawet krzak jeden dziwny, co to miałam w planach go wyciąć jak tylko na zimę wyłysieje - nie zdążył. Jeszcze kilka listków zostało, już już witał się z gąską - i zaczął kwitnąć. No żesz kurtka siwa. I jak ja mam go takiego kwitnącego życia pozbawić?! Żal mi się chwasta zrobiło i rośnie dalej.
Tym czasem, na jedną z moich aplikacji w sprawie pracy, odpowiedziano. Jakieś 2 tygodnie temu może, byłam na rozmowie o pracę. Jeszcze dobrze do domu nie wróciłam, już dostałam zaproszenie na szkolenie - takie wrażenie na rozmówcach wywarłam ;)
No wiec pojechałam tam dzielnie dzisiaj.
O ile droga samochodem z moją osobistą koleżanką zajęła nam 15 w porywach do 20 min, to autobusem czas ten wydłużył się nieco - 1,5-2 godziny.
Wszystko odbywało się w zasadzie w pobliskiej wsi (następnej dzielnicy Dublina). Problem polega jednak na tym że można tam dojechać tylko z przesiadką (mowa tu o komunikacji miejskiej) i to z taką krajoznawcą - dookoła miasta.
Najpierw zaufałam aplikacji na komórkę z rozkładem jazdy - nie pierwszy, ale najprawdopodobniej ostatni raz. W Polsce podany jest czas o której autobus ma być na przystanku, bo jeśli nie to kierowca musi być naszykowany na ostre cięgi od pasażerów, chyba że trafią się wyrozumiali, lub tak zmarznięci że ich mięśnie nie maja mocy sprawczej w celu rozbujania ręki czy też wytrzeszczu paszczy w celu nawrzeszczenia na winnego. Tutaj, to co jest na rozkładzie na przystanku, o ile w ogóle jest, to tylko wisi. Wspomniana aplikacja pokazuje za ile autobus ma być na danym przystanku. Czas ten potrafi się szybko zmienić w zależności od przepustowości dróg, albo długo nie zmieniać się wcale - w tak zwanych godzinach szczytu.
No więc pognałam skoro świt na przystanek, mając w zapasie 10 min. Jak dotarłam, okazało się że autobus już nie istnieje. W sensie nie pokazuje się. Wziął i wyparował, uległ biodegradacji - jak kolwiek to nazwać. Następny miał być za 45 min. Wróciłam do domu, bo na dworze ziąb. Po sprawdzeniu - miał być za min 15. Ubrałam się wiec grzecznie i pognałam czym prędzej co by i ten mi nie zniknął. I proszę państwa - zagięłam czaso-przestrzeń. Wielu rzeczy mogę się po sobie spodziewać, ale nie tego. Dotarłszy na przystanek okazało się że znowu mam 44 min. Tym razem czekałam. Nie zamarzałam, obudziłam się za to bardzo skutecznie. Po 15 min jazdy - przesiadka. Kolejny autobus za 50 min ... Jak już dotarłam na miejsce oczywiście nie mogłam trafić ... Ale to już nikogo nie dziwi.
Najzabawniejsze było skupianie się na wyłapaniu odpowiedniego przystanka. Oczywiście okolicy nie znam ani ciut ciut. Wiedziałam tylko gdzie mam wysiąść po numerze przystanku. Ale przy moim sokolim wzroku nie zawsze go widziałam nawet jak już autobus stał, a co dopiero wcześniej, bo tutaj jak nie zatrzymasz autobusu przyciskiem STOP (jak w Polandii przystanki na żądanie) to ten będzie jechał w siną dal. No chyba że ktoś mu pomacha na ulicy. Dobrze że nie byłam się w stanie zobaczyć - mojej żółwiej szyi, czy pozycji pieska preriowego.
Dotarłam na miejsce cudem. Tak też wróciłam. Oczywiście pomyliłam przystanki i bałam się że po ciemku to jedynie trafie do pobliskiego szpitala psychiatrycznego. W między czasie zastanawiałam się czy nie zakwitnąć na przystankach, ale byłam bliska jedynie rozpadowi na kawałki pod wpływem niskiej temperatury.
Dałam radę. Teraz odtajam.
Jutro włożę sobie w buty i w rękawiczki rozżarzone węgle chyba. Padła też propozycja od Selera (on to dopiero ma życiowe pomysły) żebym wcześniej wypiła flaszkę wódki, ale jak mają ze mną kontrakt podpisać, to wolałabym chyba nie.
Teraz tylko mursze czekać, aż mnie w policji sprawdzą - wiecie niekaralność i takie tam. Po podaniu im tylu adresów poprzedniego zamieszkania, może to chwilę potrwać. Poza tym grzeczną jestem dziewczynką, ale podobno niezłe ze mnie ziółko.
Na szczęście, nie trwa to dłużej niż 3 do 18 tygodni!!!
Czyli podumowując - nadal szukam pracy!
P.S. Dzisiaj w naszej wsi było +6'C z lekką mżawką.
Wyobrażacie sobie mnie teraz w -20'C ....?!
czwartek, 23 stycznia 2014
NIEUGIĘTYM BYĆ ...
Kocham ich nad życie, ale czasem nadwyrężają mój system nerwowy do granic możliwości i wtedy jest źle.
Dzisiaj było źle ...
Zakończyło się to karą na komputer, tableta i inne atrakcje nie z tego świata.
Jest to chyba jedyna kara, która wyegzekwowana - działa.
Jak już sobie jeden z drugim uświadomił że tym razem rodzicielka nie żartuje (bo zdarza się że konsekwentną bywam), zmieniła się melodia.
Pyskowanie i krzyki zamieniły się w miauczenie.
Były datki na przekupstwo, a jakże.
Kwiaty, serca ...
Niektóre nawet były pachnące - dezodorantem męskim. W pewnym momencie stwierdziłam że dzisiaj mi wszystko śmierdzi. Nawet woda z cytrynką.
Młody poleciał w te pędy i popsikał swoim dezodorantem papierowy kwiatek - jeden z tych które dostałam.
- Mamo - poważnie zaczął Marcin - zauważyłem ostatnio że prawie wcale ci nie pomagam. W związku z tym nie jestem godzien pełnić funkcji Edka Debeściaka. Postanowiłem więc, że od tej pory będę ci ciągle pomagał.
Tak mi dopomóż Edek Debeściak.
Dzisiaj pozostaję nieugiętą.
Chyba częściej muszę się na nich złościć.
Dzisiaj było źle ...
Zakończyło się to karą na komputer, tableta i inne atrakcje nie z tego świata.
Jest to chyba jedyna kara, która wyegzekwowana - działa.
Jak już sobie jeden z drugim uświadomił że tym razem rodzicielka nie żartuje (bo zdarza się że konsekwentną bywam), zmieniła się melodia.
Pyskowanie i krzyki zamieniły się w miauczenie.
Były datki na przekupstwo, a jakże.
Kwiaty, serca ...
Niektóre nawet były pachnące - dezodorantem męskim. W pewnym momencie stwierdziłam że dzisiaj mi wszystko śmierdzi. Nawet woda z cytrynką.
Młody poleciał w te pędy i popsikał swoim dezodorantem papierowy kwiatek - jeden z tych które dostałam.
- Mamo - poważnie zaczął Marcin - zauważyłem ostatnio że prawie wcale ci nie pomagam. W związku z tym nie jestem godzien pełnić funkcji Edka Debeściaka. Postanowiłem więc, że od tej pory będę ci ciągle pomagał.
Tak mi dopomóż Edek Debeściak.
Dzisiaj pozostaję nieugiętą.
Chyba częściej muszę się na nich złościć.
środa, 22 stycznia 2014
STUDENT OF THE WEEK
Oczywiście że będę się chwalić, bo to jest chyba jedna z niewielu rzeczy którą umiem robić.
A co! Jak mawia Marian "kto bogatemu zabroni?!"
Więc chwalę się ... synem swoim.
Nie dość że dzisiaj oficjalnie stał się członkiem licznej grupy 12-to latków, to jeszcze przyniósł do domu MEDAL.
Nie jakiś tam za byle co, tylko "Uczeń tygodnia".
Chciałam zaznaczyć że mowa tu o Krzysiu. Tym samym, który do tej pory był leniem i łobuzem klasowym. Ten sam w sprawie którego musiałam pomykać do szkoły na dywanik średnio co miesiąc.
Okazuje się, że nawet beznadziejne przypadki nie są aż tak beznadziejne żeby z nich coś dobrego nie mogło wyrosnąć.
Kamień z serca ...
Czyli że ciągle mamy szanse - że dziecko wyrośnie na ludzi.
Za 2 tygodnie egzaminy do następnej szkoły ...
Mamy wtorek. Jak tak będą mi znosić do domu przez cały tydzień dyplomy, medale i inne takie, to już wcale miejsca nie będzie ;)
Albo niech znoszą. Jak tak trochę z dumy urosnę, to się wyciągam w górę o kilka centymetrów i kilogramy mają inne rozłożenie ... i jakoś
człowiek od razu lepiej się czuje.
A co! Jak mawia Marian "kto bogatemu zabroni?!"
Więc chwalę się ... synem swoim.
Nie dość że dzisiaj oficjalnie stał się członkiem licznej grupy 12-to latków, to jeszcze przyniósł do domu MEDAL.
Nie jakiś tam za byle co, tylko "Uczeń tygodnia".
Chciałam zaznaczyć że mowa tu o Krzysiu. Tym samym, który do tej pory był leniem i łobuzem klasowym. Ten sam w sprawie którego musiałam pomykać do szkoły na dywanik średnio co miesiąc.
Okazuje się, że nawet beznadziejne przypadki nie są aż tak beznadziejne żeby z nich coś dobrego nie mogło wyrosnąć.
Kamień z serca ...
Czyli że ciągle mamy szanse - że dziecko wyrośnie na ludzi.
Za 2 tygodnie egzaminy do następnej szkoły ...
Mamy wtorek. Jak tak będą mi znosić do domu przez cały tydzień dyplomy, medale i inne takie, to już wcale miejsca nie będzie ;)
Albo niech znoszą. Jak tak trochę z dumy urosnę, to się wyciągam w górę o kilka centymetrów i kilogramy mają inne rozłożenie ... i jakoś
człowiek od razu lepiej się czuje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

