Chyba zaczynam łapać jakiś niż nastrojowy ...
Jutro będzie jeszcze gorzej, bo potomkowi przeskoczy cyfra w kalendarzu.
Ale to dopiero jutro.
Póki co, poniedziałek był całkiem przyzwoity.
Nie zaspałam, dzieci do szkoły dotarły na czas.
Każde z potomstwa przyniosło coś do domu.
Marcin dyplom za 100% frekwencję w zeszłym semestrze, a Krzyś jakiegoś wirusa. W sensie że najprawdopodobniej jelitówkę. Na szczęście w łagodnej formie, ale już czuję nadciągające kłopoty.
Byle do piątku.
wtorek, 21 stycznia 2014
wtorek, 14 stycznia 2014
CZY KOS DA WIĘCEJ?!
Czy ktoś kiedyś chciał podważyć tezę ze jestem dziwna?!
Obawiam się że wątpię.
Dzisiaj nawet przypadkiem doszłam do wniosku że wyssałam to z mlekiem matki. Nie to żeby moja rodzicielka jakaś dziwna była. To znaczy może jest, na swój pokręcony sposób, ale to również czyni ją jedyną w swoim rodzaju.
Niewątpliwie jestem żywym przykładem na to jak dzieci powielają zachowania rodziców.
W związku z moimi staraniami o pracę, musiałam wypełnić wniosek do "Gardy" (tutejsza policja), żeby mnie prześwietli, sprawdzili w tą i w tamtą stronę i jeszcze raz. Czy nigdzie nie rozrabiałam na ten przykład. Jednym z wielu punktów w kwestionariuszu miliona pytań jest:
"Proszę podać wszystkie adresy zamieszkania od roku urodzenia, do teraz".
No i zaczęła się jazda.
Ile takich możecie naliczyć.
Ciekawe ile bym zarobiła jakby na moją "liczbę" stawiano kasę?!
Ponieważ pytano (mam nadzieję) tylko o oficjalne miejsca zamieszkania, wyszło mi ... tylko 9!
Jaki normalny człowiek w ciągu 30 i kilku lat tyle się przeprowadza?!
Gdyby liczyć jeszcze nieoficjalne, jak na ten przykład wynajmowane kawalerki w pierwszych latach samodzielnej i pięknej młodości w tak zwanym wczesnym stadium małżeństwa, to wyszło by 11.
No normalna to ja nie jestem.
A szykuje się następne! - jak tylko znajdę prace i mieszkanie na które będzie mnie stać.
Mam tylko nadzieję, że Garda nie będzie się w tym doszukiwała jakiegoś podtekstu, ucieczki na ten przykład.
Najzabawniejsze (albo i nie) jest to, że nie pamiętam wszystkich adresów. To znaczy pamiętam, ale mam luki jeśli chodzi np o numery mieszkań czy ulicy. Normalnie część mojego życia wyparowała.
Moje dzieci już mają za sobą 5 (nieoficjalnie 6).
Dogonią matkę ...
Chyba nawet Cyganie są bardziej ustatkowani.
Czy ktoś da więcej?!
Obawiam się że wątpię.
Dzisiaj nawet przypadkiem doszłam do wniosku że wyssałam to z mlekiem matki. Nie to żeby moja rodzicielka jakaś dziwna była. To znaczy może jest, na swój pokręcony sposób, ale to również czyni ją jedyną w swoim rodzaju.
Niewątpliwie jestem żywym przykładem na to jak dzieci powielają zachowania rodziców.
W związku z moimi staraniami o pracę, musiałam wypełnić wniosek do "Gardy" (tutejsza policja), żeby mnie prześwietli, sprawdzili w tą i w tamtą stronę i jeszcze raz. Czy nigdzie nie rozrabiałam na ten przykład. Jednym z wielu punktów w kwestionariuszu miliona pytań jest:
"Proszę podać wszystkie adresy zamieszkania od roku urodzenia, do teraz".
No i zaczęła się jazda.
Ile takich możecie naliczyć.
Ciekawe ile bym zarobiła jakby na moją "liczbę" stawiano kasę?!
Ponieważ pytano (mam nadzieję) tylko o oficjalne miejsca zamieszkania, wyszło mi ... tylko 9!
Jaki normalny człowiek w ciągu 30 i kilku lat tyle się przeprowadza?!
Gdyby liczyć jeszcze nieoficjalne, jak na ten przykład wynajmowane kawalerki w pierwszych latach samodzielnej i pięknej młodości w tak zwanym wczesnym stadium małżeństwa, to wyszło by 11.
No normalna to ja nie jestem.
A szykuje się następne! - jak tylko znajdę prace i mieszkanie na które będzie mnie stać.
Mam tylko nadzieję, że Garda nie będzie się w tym doszukiwała jakiegoś podtekstu, ucieczki na ten przykład.
Najzabawniejsze (albo i nie) jest to, że nie pamiętam wszystkich adresów. To znaczy pamiętam, ale mam luki jeśli chodzi np o numery mieszkań czy ulicy. Normalnie część mojego życia wyparowała.
Moje dzieci już mają za sobą 5 (nieoficjalnie 6).
Dogonią matkę ...
Chyba nawet Cyganie są bardziej ustatkowani.
Czy ktoś da więcej?!
piątek, 10 stycznia 2014
PLANY I ROKU POCZĄTKI, A ŚWISTAK SIEDZI I ZAWIJA W TE SREBERKA ...
Koniec roku był leniwy.
Powiedziałbym nawet że mega leniwy.
Spędziłam ten czas na "dalekiej północy" u mojego brata na kanapie.
Bałam się że po powrocie do rzeczywistości dostane jakiegoś wstrząsu anafilatycznego czy coś.
Ale nie, trzymam się dzielnie. Nakręcona jestem raczej.
Chociaż czuję powoli zmieniającą się kolejną cyfrę w kalendarzu.
Nie mogę spać w nocy - ci którzy mnie znają wiedzą że takie coś jak "bezsenność" w moim słowniku nie istnieje. No cóż - starzeję się chyba.
Postanowiłam uporządkować zdjęcia ... Przypadkiem oczywiście wpadłam na "tworzenie kopii zapasowych", ze zdjęć rzecz jasna, gdzieś w chmurze w Google.
Przy okazji zaczęłam kasować co bardziej beznadziejne egzemplarze.
Całkiem przypadkiem skasowałam większość zdjęć z bloga.
Jak to powiedział mój brat, nie jestem pierdolnięta, tylko permanentnie zakręcona.
Z tego chyba nigdy nie wyrosnę.
Przy okazji przeglądania zdjęć, wpadłam na kilka "mini filmików". Stare jak nie wiem co, długie nie są, ale wzruszyłam się i uśmiałam do łez.
Czy ktoś jeszcze pamięta moich chłopców w takim wydaniu?!
Jak się dowiedzą to się chyba wyrzekną praw do spadku po swojej rodzicielce, ale co tam.
Krzyś jak to zobaczył, podsumował
- Jak mogłaś pozwolić nam urosnąć?! Byliśmy tacy słodcy!
A tym czasem Nowy Rok przyniósł zmiany, a raczej plany zmian.
Kolejnych zmian.
Szukam pracy i mieszkania.
Mój planowy termin "0" to koniec marca.
Tak więc trzymajcie kciuki.
A może ktoś z was zna na wyspie zielonej kogoś kto chciałby zatrudnić mą skromną osobę ...
Nie?! - Tak myślałam.
Ale to nic, Dublin i okolice zostały zalane moim CV w ilości hurtowej.
Czekam i działam dalej.
Przy okazji kasowania i psucia ... nadal nie mogę zalogować się na Bloga jak normalny człowiek, tylko kombinuję. Na szczęście mam już wprawę.
Oraz nie mogę wstawić wam filmiku, więc musicie zadowolić się linkami.
Taka sytuacja.
Powiedziałbym nawet że mega leniwy.
Spędziłam ten czas na "dalekiej północy" u mojego brata na kanapie.
Bałam się że po powrocie do rzeczywistości dostane jakiegoś wstrząsu anafilatycznego czy coś.
Ale nie, trzymam się dzielnie. Nakręcona jestem raczej.
Chociaż czuję powoli zmieniającą się kolejną cyfrę w kalendarzu.
Nie mogę spać w nocy - ci którzy mnie znają wiedzą że takie coś jak "bezsenność" w moim słowniku nie istnieje. No cóż - starzeję się chyba.
Postanowiłam uporządkować zdjęcia ... Przypadkiem oczywiście wpadłam na "tworzenie kopii zapasowych", ze zdjęć rzecz jasna, gdzieś w chmurze w Google.
Przy okazji zaczęłam kasować co bardziej beznadziejne egzemplarze.
Całkiem przypadkiem skasowałam większość zdjęć z bloga.
Jak to powiedział mój brat, nie jestem pierdolnięta, tylko permanentnie zakręcona.
Z tego chyba nigdy nie wyrosnę.
Przy okazji przeglądania zdjęć, wpadłam na kilka "mini filmików". Stare jak nie wiem co, długie nie są, ale wzruszyłam się i uśmiałam do łez.
Czy ktoś jeszcze pamięta moich chłopców w takim wydaniu?!
Jak się dowiedzą to się chyba wyrzekną praw do spadku po swojej rodzicielce, ale co tam.
Krzyś jak to zobaczył, podsumował
- Jak mogłaś pozwolić nam urosnąć?! Byliśmy tacy słodcy!
A tym czasem Nowy Rok przyniósł zmiany, a raczej plany zmian.
Kolejnych zmian.
Szukam pracy i mieszkania.
Mój planowy termin "0" to koniec marca.
Tak więc trzymajcie kciuki.
A może ktoś z was zna na wyspie zielonej kogoś kto chciałby zatrudnić mą skromną osobę ...
Nie?! - Tak myślałam.
Ale to nic, Dublin i okolice zostały zalane moim CV w ilości hurtowej.
Czekam i działam dalej.
Przy okazji kasowania i psucia ... nadal nie mogę zalogować się na Bloga jak normalny człowiek, tylko kombinuję. Na szczęście mam już wprawę.
Oraz nie mogę wstawić wam filmiku, więc musicie zadowolić się linkami.
Taka sytuacja.
wtorek, 24 grudnia 2013
HAPPY CHRISTMAS!
Kochani,
Wszystkim razem i każdemu z osobna, życzę Bajkowych Świat!
Miłości, radości, pokoju i gwiazdki z nieba.
A teraz odpoczywajcie i nabierajcie siły na Nowy 2014,
który mam nadzieję że dla niektórych z nas będzie wytchnieniem po ciężkim 2013.
Dla tych, dla których 2013 był łatwy, miły i przyjemny - niech i Nowy taki będzie!
Nasze Zdrowie!
piątek, 20 grudnia 2013
GENY MATKI ...
Im dłużej przebywam z moimi dziećmi, tym bardziej upewniam się że są ze mną spokrewnione.
Biedne maleństwa.
Dzisiaj na ten przykład okazało się że mój ulubiony młodszy syn jest zakręcony jak słoik. Ja z resztą też.
Nasze poranki zwykły być automatyczne. Zero myślenia, bo o tej porze mózg jeszcze nie ma kontaktu z bazą. Przynajmniej w moim przypadku. Prysznic, ubieranie kawa ... Dzieci z tego co wiem zamiast kawy mają śniadanie, jeśli sobie je zrobią. Wszak rączki mają dwie oraz są dużymi chłopcami, którzy potrafią ugrzać mleko do płatków w mikrofali.
Boszzzz to brzmi, jakbym wyrodną matką była. No dobra, czasem robię im kanapki.
W każdym razie jak już mundurki są wdziane, poziom kawy w moim organizmie uzupełniony, hulajnogi wyciągnięte, po prostu idziemy - Gabrysia, chłopcy i ja.
Porannego marszu mamy jakieś 15-20 min (wszyscy na hulajnogach i ja biegnę - 15 min, jeden idzie i ja z nim - 20 min).
Dzisiaj mniej więcej w połowie drogi (po ok 10 min., JA) zorientowałam się że syn mój najmłodszy nie wziął do szkoły plecaka. Młody pewnie doszedł by do tego pod szkołą, albo pod koniec lekcji- taki jest zakręcony. PLECAK z książkami?! - nic ważnego.
A tak poza tym, to szykujemy się do świąt.
Wycięłam drzewo w ogródku - nie żeby jakieś tam o matko - zwykły mały jesion,
Póki co sprzątamy z siostrą ma najmłodszą, jak "Syzyfy" jakieś czy coś. Zdecydowanie przy takiej ilości dzieci (w wieku poniżej lat 10 , szt 4 + 1szt powyżej) porządek nie powinien być wymagany.
Opracowuję plan przyklejenia do kaloryfera ...
Biedne maleństwa.
Dzisiaj na ten przykład okazało się że mój ulubiony młodszy syn jest zakręcony jak słoik. Ja z resztą też.
Nasze poranki zwykły być automatyczne. Zero myślenia, bo o tej porze mózg jeszcze nie ma kontaktu z bazą. Przynajmniej w moim przypadku. Prysznic, ubieranie kawa ... Dzieci z tego co wiem zamiast kawy mają śniadanie, jeśli sobie je zrobią. Wszak rączki mają dwie oraz są dużymi chłopcami, którzy potrafią ugrzać mleko do płatków w mikrofali.
Boszzzz to brzmi, jakbym wyrodną matką była. No dobra, czasem robię im kanapki.
W każdym razie jak już mundurki są wdziane, poziom kawy w moim organizmie uzupełniony, hulajnogi wyciągnięte, po prostu idziemy - Gabrysia, chłopcy i ja.
Porannego marszu mamy jakieś 15-20 min (wszyscy na hulajnogach i ja biegnę - 15 min, jeden idzie i ja z nim - 20 min).
Dzisiaj mniej więcej w połowie drogi (po ok 10 min., JA) zorientowałam się że syn mój najmłodszy nie wziął do szkoły plecaka. Młody pewnie doszedł by do tego pod szkołą, albo pod koniec lekcji- taki jest zakręcony. PLECAK z książkami?! - nic ważnego.
| Kilka gałęzi wyciętych z ogrodu, które będą zdobić nasze drzwi :) |
A tak poza tym, to szykujemy się do świąt.
Wycięłam drzewo w ogródku - nie żeby jakieś tam o matko - zwykły mały jesion,
Póki co sprzątamy z siostrą ma najmłodszą, jak "Syzyfy" jakieś czy coś. Zdecydowanie przy takiej ilości dzieci (w wieku poniżej lat 10 , szt 4 + 1szt powyżej) porządek nie powinien być wymagany.
Opracowuję plan przyklejenia do kaloryfera ...
piątek, 13 grudnia 2013
13-GO W PIĄTEK
Nie wiem jak innym, ale z pewnością mi. W sumie ja nie potrzebuję do tego ani piątku, ani 13go. Ale jak nadarza się okazja ...
Na dzisiaj wyznaczono wizytę kontrolną u dentyna mego najstarszego potomka.
Na "zaproszeniu" pomylono tylko nazwisko i adres. Jedyne co się zgadzało, to imię ;) Myślicie że w Polsce by to przeszło? W sensie czy przyjęliby go na wizytę?! Obawiam się że wątpię, no ale my mieszkamy na wyspie.
Ponieważ nie znam jeszcze okolicy - dalszej (bo bliższą ogarniam), zapoznałam się wcześniej z mapą. Zorientowałam się co do opcji dojazdu autobusem i w ogóle.
Szkoła zaczyna się o 9, wizyta na 10:30.
Opcje były dwie. Młody mógł pójść na godzinę do szkoły i potem pojechalibyśmy autobusem, albo nie iść od rana do szkoły, ale do przychodni na na pieszo (ok 30 min - zakładając że zna się trasę).
Okazuje się że moje dziecko nie jest takie leniwe na jakie wygląda. Wybrał opcję drugą. Odstawiliśmy Mariana na zajęcia i sami udaliśmy się w drogę.
Tyle tylko, że okazało się że telefon mam na wyczerpaniu, a w telefonie mapę jakby co.
Wydawało mi się że pamiętam mniej więcej trasę.
No własnie, wydawało mi się.
Ja niestety orientację w terenie mam po mamusi. Wyprowadź mnie do lasu, zakręć trzy razy i pójdę dokładnie w przeciwnym kierunku niż powinnam.
Czyli zgubić mnie - to nie jest wyzwanie.
W każdym razie jak już zorientowałam się że nie jestem pewna czy dobrze idziemy, a wręcz byłam pewna że coś pokręciłam, kiedy rozpadało się tak, że strużki wody ściekały nam po twarzach, postanowiłam się poddać i zawrócić. Okazało się że pomyliłam "zjazdy" na rondzie i tylko obeszliśmy naszą wieś dookoła - prawie. Wróciliśmy do domu, wysuszyłam głowę, wzięłam parasol, Krzyś zmienił przemoczone buty i poszliśmy na autobus. Dobrze że mieliśmy zapas czasu.
Panu kierowcy powiedziałam nazwę "osiedla" na które mamy jechać - zdziwił się. O tym dla czego, przekonałam się jak już wysiadłam. Zawiózł nas do czegoś w stylu "zagłębia firm i fabryk".
Telefon wszedł w stan oszczędności baterii, więc ekran miałam taki ciemny, że w rażącym słońcu nie było opcji żeby cokolwiek zobaczyć. W sumie to nie wiedziałam nawet czy się włącza.
Bo zapomniałam dodać, że jak wzięłam z domu parasolkę, to nie dość że przestało padać, wyszło też słońce. Dookoła nas były tylko pola, gdzieś tam przed nami widać było jakieś osiedle domków. Po drodze żywego ducha. Aż tu nagle pojawił się na horyzoncie jakiś człowiek na rowerze. Zatrzymał się i wytłumaczył dokładnie jak mamy dojść do przychodni. Okazało się że wysiedliśmy kilka przystanków dalej niż powinniśmy.
Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się że nie ma syna w systemie, że powinnam mieć PPS (coś w stylu polskiego numeru PESEL). Oczywiście że miałam - zapisany na komórce. Na szczęście udało mi się ją włączyć na kilka sekund - tylko po to żeby spisać nr.
Wizyta trwała może 5 min. Dziecię me ma zęby na medal - Uffff
Wychodząc rozejrzałam się dokładnie, żeby wyłapać jakiś charakterystyczny punkt na przyszłość. Pub po łabędziem czy jakoś tak i ... monopolowy!
Następnym razem pewnie trafię, chyba żeby splajtował i go zamkną, w co wątpię.
... a dzień się dopiero rozkręca ...
MIKOŁAJKOWE PREZENTY
Zapomniałam się zapytać.
A mikołaj to u was był?!
W sensie że na mikołajki. U mnie był.
W zasadzie to sama pobawiłam się w Mikołaja. Taka fanaberia - przebieranki. No dobra, nie przebierałam się - nie mają takich rozmiarów. Po prostu uznałam że byłam wyjątkowo grzeczną dziewczynką w tym roku, a już na pewno w ostatnim kwartale i mi się należy.
Więc sobie kupiłam prezent - a co!
Przecudnej urody wiertarko - wkrętarka oraz wyrzynarka ... mrrrrr
W związku z tym iż nie każdy(a) - jak się okazuje - wie co to wyrzynarka, "elektronarzędzie o posuwisto-zwrotnym ruchu piłki służące przede wszystkim do cięcia drewna, ale również miękkich metali i tworzyw sztucznych" *
Pierwsze dziury poczynione. Wieszak w przedpokoju przykręcony.
Ja wierciłam i przykręcałam, siostra moja przestawiała ...
Tego dnia szwagier mój miał "męski wieczór". W związku z tym wrócił jak już wszyscy grzecznie spali oraz mógł mieć nieco zachwiany obraz rzeczywistości. Podobno pierwsze o czym pomyślał jak wszedł do domu, to to, że pomylił mieszkania.
Jak to jedna mała wiertarka może wiele zmienić.
Ale jeśli są jeszcze tacy, którzy uważają że w domach wyspiarzy można wiercić "śrubokrętem" - uświadamiam - nie we wszystkich. My mieszkamy w jakimś chyba przedwojennym okazie. Żeby wywiercić dziurę w ścianie to wyczyn jak w Polskim żelbetonie. Można się spocić i spuchnąć nieźle.
Teraz czekam jeszcze na palety ... i będzie się działo.
Jeśli czasu mi wystarczy to mam zamiar (jeszcze w tym roku) pozbawić życia jesion w ogródku - już widzę te wieszaki z gałęzi ...
Póki co do Świat przygotowywanie.
Renifery już w drodze. Teraz tylko wypatrujemy
pierwszej gwiazdki.
* tak napisali w Wikipedii, a oni chyba wiedza co piszą.
A mikołaj to u was był?!
W sensie że na mikołajki. U mnie był.
W zasadzie to sama pobawiłam się w Mikołaja. Taka fanaberia - przebieranki. No dobra, nie przebierałam się - nie mają takich rozmiarów. Po prostu uznałam że byłam wyjątkowo grzeczną dziewczynką w tym roku, a już na pewno w ostatnim kwartale i mi się należy.
Więc sobie kupiłam prezent - a co!
Przecudnej urody wiertarko - wkrętarka oraz wyrzynarka ... mrrrrr
W związku z tym iż nie każdy(a) - jak się okazuje - wie co to wyrzynarka, "elektronarzędzie o posuwisto-zwrotnym ruchu piłki służące przede wszystkim do cięcia drewna, ale również miękkich metali i tworzyw sztucznych" *
Pierwsze dziury poczynione. Wieszak w przedpokoju przykręcony.
Ja wierciłam i przykręcałam, siostra moja przestawiała ...
Tego dnia szwagier mój miał "męski wieczór". W związku z tym wrócił jak już wszyscy grzecznie spali oraz mógł mieć nieco zachwiany obraz rzeczywistości. Podobno pierwsze o czym pomyślał jak wszedł do domu, to to, że pomylił mieszkania.
Jak to jedna mała wiertarka może wiele zmienić.
Ale jeśli są jeszcze tacy, którzy uważają że w domach wyspiarzy można wiercić "śrubokrętem" - uświadamiam - nie we wszystkich. My mieszkamy w jakimś chyba przedwojennym okazie. Żeby wywiercić dziurę w ścianie to wyczyn jak w Polskim żelbetonie. Można się spocić i spuchnąć nieźle.
Teraz czekam jeszcze na palety ... i będzie się działo.
Jeśli czasu mi wystarczy to mam zamiar (jeszcze w tym roku) pozbawić życia jesion w ogródku - już widzę te wieszaki z gałęzi ...
Póki co do Świat przygotowywanie.
Renifery już w drodze. Teraz tylko wypatrujemy
pierwszej gwiazdki.
* tak napisali w Wikipedii, a oni chyba wiedza co piszą.
poniedziałek, 9 grudnia 2013
ŻYJEMY!!
No to mamy grudzień.
Czas leci tak szybko, że prawie przegapiłam Święta.
W sumie to już nawet nie pamiętam co miałam napisać.
Przez ostatnie kilka dni, a może nawet tygodni, komputer mi się oflagował i nie mogłam zalogować się na bloga.
Sama nie wiem jak mi się to dzisiaj udało. Z pewnością zrobiłam to od ...odwrotnej strony niż zazwyczaj.
W każdym razie żyjemy, mamy się dobrze.
Dzieci rosną jak na drożdżach - głównie Olka, bo to ona może bezkarnie tyć w tym domu.
Chorują - tym razem sztafetę rozpoczęła Gabrysia. O pałeczkę walczą Tosia z Marcinem.
Czyli wszystko w normie.
W zeszłym tygodniu, dzieciaki miały w szkole występ świąteczny. Ponieważ dzieci jest dużo, żeby każdy miał szanse się zaprezentować, trwa to 3 dni. Każda klasa ma innego dnia. Tylko 6-te klasy, ostatnie są uprzywilejowane i występują 3 dni pod rząd. Hurrrra!
W zasadzie Hurrra było jak się o tym dowiedziałam. Wszak dziecię me najstarsze jest właśnie w 6 klasie. Był najpiękniejszym bałwanem, jakkolwiek to brzmi.
Marian natomiast był w swoim żywiole. Plaża, bębenki - pełen odlot ...
Przeżyłam 3 dni sterczenia w szkole wieczorami po 3 godziny. Bo cóż innego można mieć lepszego do roboty?!
Nie, no trochę przesadzam. Jednego dnia sama siedziałam na widowni i podziwiałam występ. Pierwszego dnia uciekłam do koleżanki mieszkającej obok szkoły, a 3 dnia byłam Supervision - w sensie że pomagałam w klasie dzieciom, które czekały na swoją kolej. W sumie nie wiem czy można to do końca nazwać pomocą. Po prostu byłam tam.
Chłopcy z dwóch najstarszych klas i ja. Miała być jeszcze jedna mama, ale coś się pokręciło planującym dyżury. Dobrze że syn mój tam tez był. Uciszanie i uspokajanie nie miało sensu. Jedyną osobą na której widok klasa milkła - był jeden z wychowawców. Ja znalazłam swój sposób. Jak robić coś nie znając zbyt dobrze języka, jednocześnie ogarniając dziki tłum zbuntowanych już chłopców?! Graliśmy w Twistera. W zasadzie ja czytałam co i gdzie, a oni grali.
Dałam radę. Przeżyłam.
Na szczęście następna taka akcja - maraton 3 dniowy dopiero za 3 lata. Jak Marcin dotrwa.
I jeśli ja dożyję.
Czas leci tak szybko, że prawie przegapiłam Święta.
W sumie to już nawet nie pamiętam co miałam napisać.
Przez ostatnie kilka dni, a może nawet tygodni, komputer mi się oflagował i nie mogłam zalogować się na bloga.
Sama nie wiem jak mi się to dzisiaj udało. Z pewnością zrobiłam to od ...odwrotnej strony niż zazwyczaj.
W każdym razie żyjemy, mamy się dobrze.
Dzieci rosną jak na drożdżach - głównie Olka, bo to ona może bezkarnie tyć w tym domu.
Chorują - tym razem sztafetę rozpoczęła Gabrysia. O pałeczkę walczą Tosia z Marcinem.
Czyli wszystko w normie.
W zeszłym tygodniu, dzieciaki miały w szkole występ świąteczny. Ponieważ dzieci jest dużo, żeby każdy miał szanse się zaprezentować, trwa to 3 dni. Każda klasa ma innego dnia. Tylko 6-te klasy, ostatnie są uprzywilejowane i występują 3 dni pod rząd. Hurrrra!
W zasadzie Hurrra było jak się o tym dowiedziałam. Wszak dziecię me najstarsze jest właśnie w 6 klasie. Był najpiękniejszym bałwanem, jakkolwiek to brzmi.
Marian natomiast był w swoim żywiole. Plaża, bębenki - pełen odlot ...
Przeżyłam 3 dni sterczenia w szkole wieczorami po 3 godziny. Bo cóż innego można mieć lepszego do roboty?!
Nie, no trochę przesadzam. Jednego dnia sama siedziałam na widowni i podziwiałam występ. Pierwszego dnia uciekłam do koleżanki mieszkającej obok szkoły, a 3 dnia byłam Supervision - w sensie że pomagałam w klasie dzieciom, które czekały na swoją kolej. W sumie nie wiem czy można to do końca nazwać pomocą. Po prostu byłam tam.
Chłopcy z dwóch najstarszych klas i ja. Miała być jeszcze jedna mama, ale coś się pokręciło planującym dyżury. Dobrze że syn mój tam tez był. Uciszanie i uspokajanie nie miało sensu. Jedyną osobą na której widok klasa milkła - był jeden z wychowawców. Ja znalazłam swój sposób. Jak robić coś nie znając zbyt dobrze języka, jednocześnie ogarniając dziki tłum zbuntowanych już chłopców?! Graliśmy w Twistera. W zasadzie ja czytałam co i gdzie, a oni grali.
Dałam radę. Przeżyłam.
Na szczęście następna taka akcja - maraton 3 dniowy dopiero za 3 lata. Jak Marcin dotrwa.
I jeśli ja dożyję.
środa, 27 listopada 2013
SZPILA
Czy ja bym mogła kiedyś wziąć pojechać gdzieś i wrócić?!
Tak wiecie, zwyczajnie tam i z powrotem.
Zawsze jakieś atrakcje.
Jak nie remont linii kolejowej, to nie wiem co.
W ostatni weekend, wybrałam się z dziećmi do miasta.
Brzmi to jak wyprawa i prawie tak wygląda. Potrzebujemy jakieś 40 min autobusem żeby dostać się do centrum, a potem to już tylko skupienie na twarzy i angażowanie każdej szarej komórki do maximum. Wszak w centrum Dublina póki co wiem gdzie są 2 główne ulice, szpital, dworzec, polski kościół i przystanek w stronę domu. Wiec muszę się bardzo starać żeby się nie zgubić.
Ponieważ taka wycieczka wiąże się z tym, że zazwyczaj nie ma nas kilka godzin, staram się zawsze mieć pod ręką jakąś wodę do picia dla potomstwa, coś do przekąśnięcia, reklamówki na wypadek rzygania w autobusie, mokre chusteczki ... Pakowania jak na wyprawę stulecia.
No ale czasem trzeba do cywilizacji ...
Tak więc pojechaliśmy. Marian miał plan kupienia sobie wymarzonej hulajnogi. Udało mu się.
Pograsowaliśmy po sklepach w linii kościół - przystanek. Ze 3 razy musieliśmy się udawać do centrum handlowego (na szczęście znajdującego się w tej samej, bezpiecznej linii), bo siku ...
Podczas tej wycieczki postawiłam sobie za cel, rozszerzenie minimalnie zasięgu moich znajomości miasta. W drodze powrotnej, poszliśmy na autobus trochę inną droga niż zazwyczaj. Na szczęście w samym środku miasta stoi tzw "szpila. Kawał żelastwa, który jest widoczny może nie z każdego miejsca, ale z wielu. Stworzona (jak przypuszczam) właśnie dla takich mentalnych blondynek jak ja.
Trafiliśmy bez problemu - bardzo jestem z siebie dumna. Nie dość że nie zgubiłam "się", to jeszcze żadnego ze swoich potomków.
Podekscytowana sytuacją nie zwróciłam uwagi że jest dziwnie dużo ludzi. W sumie rzadko bywam, to się nie znam. Mojego podejrzenia nie wzbudził nawet fakt że przez główną (moim zdaniem główną) ulicę mogliśmy przejść bez włączania sygnalizacji świetlnej, bo stały bramki blokujące przejazd samochodów.
Dodać oczywiście muszę, że na w/w jest przystanek autobusowy "do domu" - jedyny jaki znam.
Moje zdziwienie nie miało końca, kiedy to okazało się że wszystkie przystanki po kolei na tejże ulicy są przeniesione na ulicę, o której istnieniu nigdy nie słyszałam, nie wspominając że była ona poza moim zasięgiem topograficznym. Wyglądało to tak, jak by szykował się jakiś festyn, parada czy coś. Oczywiście do dzisiaj nie wiem co tam się działo.
Chodziłam jak ta zabłąkana Andźka w kwiatach z nadzieją że zobaczę jakiś znak ...
W końcu zapytałam się panów policjantów, którzy przywrócili mi nadzieję w powrót do domu.
Po drodze jeszcze musieliśmy wrócić do centrum handlowego żeby oddać namiar płynów, co by w środku komunikacji publicznej tego nie robić.
Jak wsiadaliśmy do autobusu, to już robiło się ciemno, a z domu wyszliśmy w okolicach południa.
Wycieczka do kościoła i do sklepu po hulajnogę - 5 godzin.
Ciekawe czy kiedyś będziemy mieli lepszy czas.
Tak wiecie, zwyczajnie tam i z powrotem.
Zawsze jakieś atrakcje.
Jak nie remont linii kolejowej, to nie wiem co.
W ostatni weekend, wybrałam się z dziećmi do miasta.
Brzmi to jak wyprawa i prawie tak wygląda. Potrzebujemy jakieś 40 min autobusem żeby dostać się do centrum, a potem to już tylko skupienie na twarzy i angażowanie każdej szarej komórki do maximum. Wszak w centrum Dublina póki co wiem gdzie są 2 główne ulice, szpital, dworzec, polski kościół i przystanek w stronę domu. Wiec muszę się bardzo starać żeby się nie zgubić.
Ponieważ taka wycieczka wiąże się z tym, że zazwyczaj nie ma nas kilka godzin, staram się zawsze mieć pod ręką jakąś wodę do picia dla potomstwa, coś do przekąśnięcia, reklamówki na wypadek rzygania w autobusie, mokre chusteczki ... Pakowania jak na wyprawę stulecia.
No ale czasem trzeba do cywilizacji ...
Tak więc pojechaliśmy. Marian miał plan kupienia sobie wymarzonej hulajnogi. Udało mu się.
Pograsowaliśmy po sklepach w linii kościół - przystanek. Ze 3 razy musieliśmy się udawać do centrum handlowego (na szczęście znajdującego się w tej samej, bezpiecznej linii), bo siku ...
Trafiliśmy bez problemu - bardzo jestem z siebie dumna. Nie dość że nie zgubiłam "się", to jeszcze żadnego ze swoich potomków.
Podekscytowana sytuacją nie zwróciłam uwagi że jest dziwnie dużo ludzi. W sumie rzadko bywam, to się nie znam. Mojego podejrzenia nie wzbudził nawet fakt że przez główną (moim zdaniem główną) ulicę mogliśmy przejść bez włączania sygnalizacji świetlnej, bo stały bramki blokujące przejazd samochodów.
Dodać oczywiście muszę, że na w/w jest przystanek autobusowy "do domu" - jedyny jaki znam.
Moje zdziwienie nie miało końca, kiedy to okazało się że wszystkie przystanki po kolei na tejże ulicy są przeniesione na ulicę, o której istnieniu nigdy nie słyszałam, nie wspominając że była ona poza moim zasięgiem topograficznym. Wyglądało to tak, jak by szykował się jakiś festyn, parada czy coś. Oczywiście do dzisiaj nie wiem co tam się działo.
Chodziłam jak ta zabłąkana Andźka w kwiatach z nadzieją że zobaczę jakiś znak ...
W końcu zapytałam się panów policjantów, którzy przywrócili mi nadzieję w powrót do domu.
Po drodze jeszcze musieliśmy wrócić do centrum handlowego żeby oddać namiar płynów, co by w środku komunikacji publicznej tego nie robić.
Jak wsiadaliśmy do autobusu, to już robiło się ciemno, a z domu wyszliśmy w okolicach południa.
Wycieczka do kościoła i do sklepu po hulajnogę - 5 godzin.
Ciekawe czy kiedyś będziemy mieli lepszy czas.
niedziela, 24 listopada 2013
9 LAT ...
Dzisiaj będzie krótko, zwięźle i na temat.
Wszak uświadomiłam sobie za sprawą syna mego najmłodszego, ile to mam już wiosen za sobą ...
Dziecię me bowiem skończyło dzisiaj 9 LAT!!!
Śmiechu było co niemiara.
Kręgle, torty, koledzy, hel ...
Tylko ja (z racji wieku jak sadzę) zapomniałam ... o świeczkach na torcie.
To znaczy przypomniałam sobie, jak już niosłam tort ze śpiewem na ustach. Tyle że świeczek nie nabyłam drogą kupna wcześniej.
Ale i tak niech mu się spełnia ...
Marcin ' vel Marian - ostatnimi czasy Angel - Sto lat synku kochany
Dla bardziej wybrednych:
Wszak uświadomiłam sobie za sprawą syna mego najmłodszego, ile to mam już wiosen za sobą ...
Dziecię me bowiem skończyło dzisiaj 9 LAT!!!
Śmiechu było co niemiara.
Kręgle, torty, koledzy, hel ...
Tylko ja (z racji wieku jak sadzę) zapomniałam ... o świeczkach na torcie.
To znaczy przypomniałam sobie, jak już niosłam tort ze śpiewem na ustach. Tyle że świeczek nie nabyłam drogą kupna wcześniej.
Ale i tak niech mu się spełnia ...
Marcin ' vel Marian - ostatnimi czasy Angel - Sto lat synku kochany
Subskrybuj:
Posty (Atom)



