Strony

piątek, 13 grudnia 2013

13-GO W PIĄTEK

Komu się mogą przytrafić dziwne rzeczy w piątek 13go?
Nie wiem jak innym, ale z pewnością mi. W sumie ja nie potrzebuję do tego ani piątku, ani 13go. Ale jak nadarza się okazja ...
Na dzisiaj wyznaczono wizytę kontrolną u dentyna mego najstarszego potomka.
Na "zaproszeniu" pomylono tylko nazwisko i adres. Jedyne co się zgadzało, to imię ;) Myślicie że w Polsce by to przeszło? W sensie czy przyjęliby go na wizytę?! Obawiam się że wątpię, no ale my mieszkamy na wyspie.
Ponieważ nie znam jeszcze okolicy - dalszej (bo bliższą ogarniam), zapoznałam się wcześniej z mapą. Zorientowałam się co do opcji dojazdu autobusem i w ogóle.
Szkoła zaczyna się o 9, wizyta na 10:30.
Opcje były dwie. Młody mógł pójść na godzinę do szkoły i potem pojechalibyśmy autobusem, albo nie iść od rana do szkoły, ale do przychodni na  na pieszo (ok 30 min - zakładając że zna się trasę).
Okazuje się że moje dziecko nie jest takie leniwe na jakie wygląda. Wybrał opcję drugą. Odstawiliśmy Mariana na zajęcia i sami udaliśmy się w drogę.
Tyle tylko, że okazało się że telefon mam na wyczerpaniu, a w telefonie mapę jakby co.
Wydawało mi się że pamiętam mniej więcej trasę.
No własnie, wydawało mi się.
Ja niestety orientację w terenie mam po mamusi. Wyprowadź mnie do lasu, zakręć trzy razy i pójdę dokładnie w przeciwnym kierunku niż powinnam.
Czyli zgubić mnie - to  nie jest wyzwanie.

W każdym razie jak już zorientowałam się że nie jestem pewna czy dobrze idziemy, a wręcz byłam pewna że coś pokręciłam, kiedy rozpadało się tak, że strużki wody ściekały nam po twarzach, postanowiłam się poddać i zawrócić. Okazało się że pomyliłam "zjazdy" na rondzie i tylko obeszliśmy naszą wieś dookoła - prawie. Wróciliśmy do domu, wysuszyłam głowę, wzięłam parasol, Krzyś zmienił przemoczone buty i poszliśmy na autobus. Dobrze że mieliśmy zapas czasu.
Panu kierowcy powiedziałam nazwę "osiedla" na które mamy jechać - zdziwił się. O tym dla czego, przekonałam się jak już wysiadłam. Zawiózł nas do czegoś w stylu "zagłębia firm i fabryk".
Telefon wszedł w stan oszczędności baterii, więc ekran miałam taki ciemny, że w rażącym słońcu nie było opcji żeby cokolwiek zobaczyć. W sumie to nie wiedziałam nawet czy się włącza.
Bo zapomniałam dodać, że jak wzięłam z domu parasolkę, to nie dość że przestało padać, wyszło też słońce. Dookoła nas były tylko pola, gdzieś tam przed nami widać było jakieś osiedle domków. Po drodze żywego ducha. Aż tu nagle pojawił się na horyzoncie jakiś człowiek na rowerze. Zatrzymał się i wytłumaczył dokładnie jak mamy dojść do przychodni. Okazało się że wysiedliśmy kilka przystanków dalej niż powinniśmy.
Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się że nie ma syna w systemie, że powinnam mieć PPS (coś  w stylu polskiego numeru PESEL). Oczywiście że miałam - zapisany na komórce. Na szczęście udało mi się ją włączyć na kilka sekund - tylko po to żeby spisać nr.
Wizyta trwała może 5 min. Dziecię me ma zęby na medal - Uffff
Wychodząc rozejrzałam się dokładnie, żeby wyłapać jakiś charakterystyczny punkt na przyszłość. Pub po łabędziem czy jakoś tak i ...  monopolowy!
Następnym razem pewnie trafię, chyba żeby splajtował i go zamkną, w co wątpię.

... a dzień się dopiero rozkręca ...







MIKOŁAJKOWE PREZENTY

Zapomniałam się zapytać.
A mikołaj to u was był?!
W sensie że na mikołajki. U mnie był.
W zasadzie to sama pobawiłam się w Mikołaja. Taka fanaberia - przebieranki.  No dobra, nie przebierałam się - nie mają takich rozmiarów. Po prostu uznałam że byłam wyjątkowo grzeczną dziewczynką w tym roku, a już na pewno w ostatnim kwartale i mi się należy.
Więc sobie kupiłam prezent - a co!
Przecudnej urody wiertarko - wkrętarka oraz wyrzynarka ... mrrrrr
W związku z tym iż nie każdy(a) - jak się okazuje - wie co to wyrzynarka, "elektronarzędzie o posuwisto-zwrotnym ruchu piłki służące przede wszystkim do cięcia drewna, ale również miękkich metali i tworzyw sztucznych" *

Pierwsze dziury poczynione. Wieszak w przedpokoju przykręcony.
Ja wierciłam i przykręcałam, siostra moja przestawiała ...
Tego dnia szwagier mój miał "męski wieczór". W związku z tym wrócił jak już wszyscy grzecznie spali oraz mógł mieć nieco zachwiany obraz rzeczywistości. Podobno pierwsze o czym pomyślał jak wszedł do domu, to to, że pomylił mieszkania.
Jak to jedna mała wiertarka może wiele zmienić.
Ale jeśli są jeszcze tacy, którzy uważają że w domach wyspiarzy można wiercić "śrubokrętem" - uświadamiam - nie we wszystkich. My mieszkamy w jakimś chyba przedwojennym okazie. Żeby wywiercić dziurę w ścianie to wyczyn jak w Polskim żelbetonie. Można się spocić i spuchnąć nieźle.
Teraz czekam jeszcze na palety ... i będzie się działo.
Jeśli czasu mi wystarczy to mam zamiar (jeszcze w tym roku) pozbawić życia jesion w ogródku - już widzę te wieszaki z gałęzi ...

Póki co do Świat przygotowywanie.
Renifery już w drodze. Teraz tylko wypatrujemy
pierwszej gwiazdki.




* tak napisali w Wikipedii, a oni chyba wiedza co piszą.

poniedziałek, 9 grudnia 2013

ŻYJEMY!!

No to mamy grudzień.
Czas leci tak szybko, że prawie przegapiłam Święta.
W sumie to już nawet nie pamiętam co miałam napisać.
Przez ostatnie kilka dni, a może nawet tygodni, komputer mi się oflagował i nie mogłam zalogować się na bloga.
Sama nie wiem jak mi się to dzisiaj udało. Z pewnością zrobiłam to od ...odwrotnej strony niż zazwyczaj.

W każdym razie żyjemy, mamy się dobrze.
Dzieci rosną jak na drożdżach - głównie Olka, bo to ona może bezkarnie tyć w tym domu.
Chorują - tym razem sztafetę rozpoczęła Gabrysia. O pałeczkę walczą Tosia z Marcinem.
Czyli wszystko w normie.

W zeszłym tygodniu, dzieciaki miały w szkole występ świąteczny. Ponieważ dzieci jest dużo, żeby każdy miał szanse się zaprezentować, trwa to 3 dni. Każda klasa ma innego dnia. Tylko 6-te klasy, ostatnie są uprzywilejowane i występują 3 dni pod rząd. Hurrrra!
W zasadzie Hurrra było jak się o tym dowiedziałam. Wszak dziecię me najstarsze jest właśnie w 6 klasie. Był najpiękniejszym bałwanem, jakkolwiek to brzmi.

Marian natomiast był w swoim żywiole. Plaża, bębenki - pełen odlot ...

Przeżyłam 3 dni sterczenia w szkole wieczorami po 3 godziny. Bo cóż innego można mieć lepszego do roboty?!
Nie, no trochę przesadzam. Jednego dnia sama siedziałam na widowni i podziwiałam występ. Pierwszego dnia uciekłam do koleżanki mieszkającej obok szkoły, a 3 dnia byłam Supervision - w sensie że pomagałam w klasie dzieciom, które czekały na swoją kolej. W sumie nie wiem czy można to do końca nazwać pomocą. Po prostu byłam tam.
Chłopcy z dwóch najstarszych klas i ja. Miała być jeszcze jedna mama, ale coś się pokręciło planującym dyżury. Dobrze że syn mój tam tez był. Uciszanie i uspokajanie nie miało sensu. Jedyną osobą na której widok klasa milkła - był jeden z wychowawców. Ja znalazłam swój sposób. Jak robić coś nie znając zbyt dobrze języka, jednocześnie ogarniając dziki tłum zbuntowanych już chłopców?! Graliśmy w Twistera. W zasadzie ja czytałam co i gdzie, a oni grali.
Dałam radę. Przeżyłam.
Na szczęście następna taka akcja - maraton 3 dniowy dopiero za 3 lata. Jak Marcin dotrwa.
I jeśli ja dożyję.


środa, 27 listopada 2013

SZPILA

Czy ja bym mogła kiedyś wziąć pojechać gdzieś i wrócić?!
Tak wiecie, zwyczajnie tam i z powrotem.
Zawsze jakieś atrakcje.
Jak nie remont linii kolejowej, to nie wiem co.

W ostatni weekend, wybrałam się z dziećmi do miasta.
Brzmi to jak wyprawa i prawie tak wygląda. Potrzebujemy jakieś 40 min autobusem żeby dostać się do centrum, a potem to już tylko skupienie na twarzy i angażowanie każdej szarej komórki do maximum. Wszak w centrum Dublina póki co wiem gdzie są 2 główne ulice, szpital, dworzec, polski kościół i przystanek w stronę domu. Wiec muszę się bardzo starać żeby się nie zgubić.
Ponieważ taka wycieczka wiąże się z tym, że zazwyczaj nie ma nas kilka godzin, staram się zawsze mieć pod ręką jakąś wodę do picia dla potomstwa, coś do przekąśnięcia, reklamówki na wypadek rzygania w autobusie, mokre chusteczki ... Pakowania jak na wyprawę stulecia.
No ale czasem trzeba do cywilizacji ...
Tak więc pojechaliśmy. Marian miał plan kupienia sobie wymarzonej hulajnogi. Udało mu się.
Pograsowaliśmy po sklepach w linii kościół - przystanek. Ze 3 razy musieliśmy się udawać do centrum handlowego (na szczęście znajdującego się w tej samej, bezpiecznej linii), bo siku ...

Podczas tej wycieczki postawiłam sobie za cel, rozszerzenie minimalnie zasięgu moich znajomości miasta. W drodze powrotnej, poszliśmy na autobus trochę inną droga niż zazwyczaj. Na szczęście w samym środku miasta stoi tzw "szpila. Kawał żelastwa, który jest widoczny może nie z każdego miejsca, ale z wielu. Stworzona (jak przypuszczam) właśnie dla takich mentalnych blondynek jak ja.
Trafiliśmy bez problemu - bardzo jestem z siebie dumna. Nie dość że nie zgubiłam "się", to jeszcze żadnego ze swoich potomków.
Podekscytowana sytuacją nie zwróciłam uwagi że jest dziwnie dużo ludzi. W sumie rzadko bywam, to się nie znam. Mojego podejrzenia nie wzbudził nawet fakt że przez główną (moim zdaniem główną) ulicę mogliśmy przejść bez włączania sygnalizacji świetlnej, bo stały bramki blokujące przejazd samochodów.
Dodać oczywiście muszę, że na w/w jest przystanek autobusowy "do domu" - jedyny jaki znam.
Moje zdziwienie nie miało końca, kiedy to okazało się że wszystkie przystanki po kolei na tejże ulicy są przeniesione na ulicę, o której istnieniu nigdy nie słyszałam, nie wspominając że była ona poza moim zasięgiem topograficznym. Wyglądało to tak, jak by szykował się jakiś festyn, parada czy coś. Oczywiście do dzisiaj nie wiem co tam się działo.
Chodziłam jak ta zabłąkana Andźka w kwiatach z nadzieją że zobaczę jakiś znak ...
W końcu zapytałam się panów policjantów, którzy przywrócili mi nadzieję w powrót do domu.
Po drodze jeszcze musieliśmy wrócić do centrum handlowego żeby oddać namiar płynów, co by w środku komunikacji publicznej tego nie robić.
Jak wsiadaliśmy do autobusu, to już robiło się ciemno, a z domu wyszliśmy w okolicach południa.
Wycieczka do kościoła i do sklepu po hulajnogę - 5 godzin.
Ciekawe czy kiedyś będziemy mieli lepszy czas.


niedziela, 24 listopada 2013

9 LAT ...

Dzisiaj będzie krótko, zwięźle i na temat.
Wszak uświadomiłam sobie za sprawą syna mego najmłodszego, ile to mam już wiosen za sobą ...
Dziecię me bowiem skończyło dzisiaj 9 LAT!!!

Śmiechu było co niemiara.
Kręgle, torty, koledzy, hel ...
Tylko ja (z racji wieku jak sadzę) zapomniałam ... o świeczkach na torcie.
To znaczy przypomniałam sobie, jak już niosłam tort ze śpiewem na ustach. Tyle że świeczek nie nabyłam drogą kupna wcześniej.

Ale i tak niech mu się spełnia ...

Marcin ' vel Marian - ostatnimi  czasy Angel - Sto lat synku kochany

 
Dla bardziej wybrednych:


niedziela, 17 listopada 2013

WIADOMOŚCI Z POLIGONU

3 dni w składzie: 4 dzieci w wieku 21 miesięcy - 11 lat i JA.
Przetrwaliśmy!
Żyjemy!
Obyło się bez ofiar w ludziach.
Nawet straty psychiczne nie są takie duże, jakich się spodziewałam.
Ba, nawet dali byśmy radę dłużej!

Dzisiaj odwiedziła nas moja znajoma Margerita.
Dziękujemy ci kochana za wiadro cukierków! Dzięki nim, niedziela była słodka i w sumie spokojna jak na taka ilość cukru.
(No i teraz sie wydało że nie spedziłam tych 3 dni sama z dziećmi).
Ale efekt końcowy uzyskany - dzieci grzecznie śpią.
Kosztowało to: wygłupianki plastyczne,  wiadro cukierków, przeczytany regał książek (w takiej wersji, że zazdroście tylko, wszak Margerita wie co czyta!)

Musze przyznać nawet (cichutko, żeby nie usłyszeli) że w sumie to mamy z siostrą moją grzeczne dzieci. 
Powiem nawet że nie tylko grzeczne, ale i fajne jakieś takie ...
Ale nie, ja swój limit już wyrobiłam. Obowiązek obywatelski spełniłam.
Z resztą, kto by chciał mieć jeszcze ze mną dzieci?!

No ale taką Tośkę - moi chłopcy chcieli na ten przykład nabyć drogą kupna. Może gdyby im sie udało dobrą cenę wytargować ...
Jej rodzice uparcie nie chcą się zgodzić. Nie wiem czy cena nieodpowiednia?! Czy to w związku z tym że handel dziećmi ... ?! No nie wiem.

Boszzzz, chyba jednak zbyt długo byłam w domu sama z małoletnimi.
Przy dobrych wiatrach (a silne są) moja ulubiona młodsza siostra wróci jutro do domu z nową obywatelką Aleksandrą.
To teraz przy sprawdzaniu stanu dzieci będziemy liczyły do 5!
Jak to nigdy człowiek nie wie kiedy i w jakiej ilości mu się matematyka w życiu przyda ...






piątek, 15 listopada 2013

UP TO DATE

Żyjemy, dajemy radę.
Dzieci może nie są najczystsze, ale nakarmione, wyśmiechane, wyprzytulane ... Teraz niektóre już smacznie śpią, inne dopiero się zbierają.
Moje dzieci okazały się najwspanialsze na świecie.
Wiedziałam oczywiście o tym wcześniej, ale dzisiaj przeszli samych siebie. Szczególnie Krzyś.
Przy nich mogłabym mieć jeszcze kolejną 2-kę ;) (żartowałam).

A Olka już jest.
Cała i zdrowa.
Nie za duża, nie za mała. Taka w sam raz.
Mam i młoda czują się dobrze.
Dziękujemy za wszystkie kciuki i finger crossy.

A oto i ona w całej okazałości
No dobra, może nie w całej, ale najważniejsze jest ;)


NIE SPIMY! KCIUKI TRZYMAMY.

Tak, dokładnie tak.
Wiem że świt dopiero nastał, no ale sytuacja wyjątkowa.
Trzymamy kciuki za moją młodszą siostrę, która właśnie pojechała sobie do szpitala w celu wydania na świat córki trzeciej.

Nie wiem czy koniec ciąży można uznać za stan pełnej świadomości. Mam co do tego wątpliwość małą, ponieważ udając się na wspomnianą wyprawę, pozostawiła mi pod opieką swoje dotychczasowe córki w ilości szt 2. Wraz z moim potomstwem mam szt 4 przez kilka następnych dni.
Oł jeeee....

Tak więc kciuki za nią i za mnie poproszę!

środa, 13 listopada 2013

JAKIE SZCZĘŚCIE ŻE TO NIE NIEMIEC ...

Nie to żebym miała coś przeciwko nim.
Generalnie osobą tolerancyjną raczej jestem, a już na pewno bywam. Ale tego jednego (Alzheimer mu dano na imię, albo nazwisko?!) nie lubię i wolałabym żeby naszej rodziny nie odwiedzał.
W każdym razie myślałam że to on, abo chociaż zmęczenie materiału. Okazało się jednak ze to tylko wirus. Jakieś wstrętne przeziębienie i podwyższona temperatura ścięła mi trochę białka a w mózgu - innego wytłumaczenia nie znajduję.
No bo jak inaczej to wyjaśnić?!
Wczoraj zaczęłam odpisywać rodzicielce swojej na smsa. Zaczęłam. Bo przypomniałam sobie o nim dzisiaj rano jak złapałam tel. Długo szła ta wiadomość.
Albo idę po dzieci do szkoły. Spokojnie, powoli, ponieważ wyszłam 5 min wcześniej niż zwykle.
Dzwoni telefon
- Odbierasz dzisiaj dzieci?! Może ci ich podrzucić, czy zostawiasz do jutra?! - zapytała znajoma mama.

Oczywiście że odbieram. Kto by ich chciał tam trzymać do jutra.
Szkoda tylko że zapomniałam, że dzisiaj kończą wcześniej z okazji konsultacji z rodzicami - Matka roku normalnie.

Ale po spotkaniu z wychowawcami jestem zadowolona, wręcz uradowana wielce.
Miło jest usłyszeć że twoje dziecko jedno z drugim robi postępy, że jak robi coś na lekcji, to niezależnie od wyniku widać że robi to nie na 100, ale na 150% oraz że to przyjemność być nauczycielem młodego Galińskiego.
Zupełna nowość!!!

To teraz idę się wychorować. Mam czas do rana. Maksymalnie do piątkowego poranka, kiedy to nastąpi wyklucie młodej (dla niewtajemniczonych - córki mojej ulubionej młodszej siostry która gości nas u siebie).

TAKIE TAM ...

No dobra, zaniedbałam bloga.
Moja wina, moja wina ...
Wróciliśmy z dalekiej podróży z niedalekiej północy.
Podróż powrotna była krótka i nudna. Żadnych przesiadek - prosto do celu. A to wszystko za sprawą mojego ulubionego byłego męża.
Zdążyliśmy już wrócić do rzeczywistości.
Zwykła rzeczywistość. Może nie nudna, ale spokojna, przewidywalna ... Aż tu nagle moja ulubiona młodsza siostra z którą przyszło mi mieszkać udała się do lekarza.
Zmienili jej datę porodu z 22 na ...... 15!!!!
No, to koniec z nudą. Wszystko co miałyśmy zrobić w 2 tygodnie, teraz musimy zrobić w 1 . W zasadzie już zrobiłyśmy, bo zostały nam 2 dni do wyklucia.
Na szczęście wszystko się jakoś fajnie ułożyło. Od wakacji usiłowałam zmusić się na ten przykład do posprzątania  garażu.
Wczoraj znalazłam fajowskie biurko dla dzieci mych (w tak zwanym charity shopie) . Problem - nie mamy samochodu. Targanie mebla (nawet tak niewielkich rozmiarów) przez wieś - nawet jak dla mnie jest obciachem.
- Chciałabym kupić biurko. Czy moglibyście przytrzymać je dla mnie maksymalnie do jutra? Muszę zorganizować sobie transport. - zapytałam grzecznie korzystając ze wszystkich dostępnych mi wdzięków.
- Niestety nie mamy tego w zwyczaju. Obawiam się że nie ma takiej możliwości. - Odpowiedział młodzieniec przy kasie, wyjątkowo odporny na moje ... hmm ... uśmiechy.
Jeśli nie urok osobisty, to co? To podstęp!
- Ok. Mam w garażu kilka pudeł zabawek, ubrań ... chciałabym przekazać je wam. Czy jest szansa żeby ktoś po to przyjechał? - zapytałam grzecznie.
- Oczywiście. Zapytam kierowcę kiedy będzie to możliwe - odpowiedział młodzieniec.
- Jutro w okolicach południa?! - zapytał kierowca
- Wspaniale. W takim razie poproszę od razu o przywiezienie biurka które właśnie kupię. Plisssss
- Nie ma sprawy. Proszę tylko podać dokładny adres.

Czyli jak nie drzwiami to oknem.
Tak więc udało się mi nie tylko nabyć droga taniego kupna biurko, ale również opróżnić garaż.

W tak zwanym między czasie udało mi się kupić łóżko piętrowe dla mych dzieci - koniec spania na podłodze - hurrraaaaaaa!!!!!!!

Poza tym tylko kilka farbowań włosów. Kilka dla klientek crazy scissors oraz ze 3 w tym tygodniu moje własnej, osobistej prywatnej głowy.
Jeszcze wczoraj wyglądałam jak własna mama - siwa. Białe z ciemnymi pasemkami. Dzisiaj jak sadziłam, wróciłam do własnego koloru - brąz. Jak to jeden z moich ulubionych szwagrów rzekł "wyglądasz jak Irena Kwiatkowska" - właśnie to chciałam usłyszeć. Nie wiem czy mam  się obrazić na niego teraz, czy być złośliwa i poczekać do weekendu?!
A tak poza tym, to - nudy.

Może tylko tyle że jutro pierwsza wywiadówka w szkole potomstwa, a za 2 dni zamiast 4 dzieci, razem z moją ulubiona młodszą siostrą będziemy miały 5 szt!
Trzymajcie za nią kciuki w piątkowy poranek!