Wyjazd ten planowałam już od dłuższego czasu. W zasadzie jak tylko było wiadomo że chłopcy będą mieli wolny tydzień w szkole, wiedziałam że pojedziemy. Albo tu, albo tam ... Wypadło na Irlandię Północną. Chłopcy spędzą kilka dni z tatą, a ja odwiedzę stare, znajome kąty, no i kilka dni z bratem spędzę (jak się uda, bo po dzisiejszym dniu nie wiem co mnie jeszcze czeka).
Jakieś dwa tygodnie temu zaczęłam opracowywanie planu podróży. Rozważałam za i przeciw różnym środkom lokomocji. Padło na pociąg, bo:
- szybciej
- po sprawdzeniu ceny biletów (przez internet) okazało się że są prawie takie same
- w pociągu można spokojnie wstać i pójść do toalety kiedy tylko się chce, albo i częściej
- istniała duża szansa na "nieporzyganie się" w podróży
- W pociągu są stoliki (duże) na których można się "rozłożyć" z rysowaniem na ten przykład
W zaistniałej sytuacji, za autokarem nie przemawiało nic.
Kilka dni przed operacją "wyjazd" sprawdzone ceny biletów, godziny odjazdu i przyjazdu pociągu i wszystko inne co tylko wpadło mi do głowy.
Na trasie naszej podróży są następujące stacje".
Dublin - Drocheda - Dundalk - Newry - Portadown - Lurgan
Akcja została wprowadzona w życie 26go z samego rana.
Piękna, słoneczna pogoda, okulary przeciwsłoneczne spakowane. Wesoło zaczęło robić się już w autobusie, kiedy to Marcin zaczął zmieniać kolory po pół godziny jazdy. Udało nam się szczęśliwie dotrzeć na dworzec nabywając po drodze środki na chorobę lokomocyjną.
Na dworcu, wszystkie automaty do zakupu biletów - nieczynne.
Do kas kolejka długa jak nie powiem co. Zastanawiałam się nawet czy przypadkiem czegoś tam nie rozdają. Po odstaniu tego co nasze, dowiedziałam się od pana w okienku, że pociągu nie ma. Musimy pojechać do Drochedy autobusem, gdzie będzie pociąg do Belfastu przez Portadown ...
Myślałam żeby pójść jednak na dworzec autobusowy i spróbować z przesiadką tam, ale ostatecznie po dowiedzeniu się wszystkiego w punkcie informacyjnym, zdecydowaliśmy (a w zasadzie ja, bo chłopcy nie bardzo mogli załapać o co chodzi) pojechać podstawionym przez kolej autobusem. Po odstaniu ponownie mega kolejki do kasy, nabyłam bilety drogą kupna. Szkoda że nikt nie zrobił mi zdjęcia jak usłyszałam ich cenę. 2 razy droższe niż te, których cenę sprawdzałam przez internet.
Ale słowo się rzekło, trzeba było autobusu szukać. Jak już przyszedł TEN CZAS zaprowadzono nas do 2 autokarów - całkiem przyzwoitych. Udało nam się nawet znaleźć ostatnie 3 miejsca obok siebie. Oczywiście w miejscu "idealnym" dal tych rzygających, czyli na samym końcu, gdzie najbardziej trzęsie. Daliśmy radę. W Drochedzie już czekał na nas pociąg. Przez chwilę nie byłam pewna czy jesteśmy we właściwym, czy jedziemy w dobrym kierunku. Uspokoiłam się jak usłyszałam, że następna stacją, będzie Dundalk. Po dojechaniu tam, usłyszeliśmy kolejny komunikat, że mamy wysiąść z pociągu i przenieść się na peron 2gi. Nikt nie wiedział co zrobić, wszak na tym właśnie peronie stał nasz pociąg. Dorwałam jakiegoś gościa co to wyglądał na konduktora. Okazało się że "nasz" pociąg wraca do Dublina, a my musimy poczekać na następny. Po 15 min przyjechał, I znowu w niepewności jechałam do kolejnej stacji, aż usłyszałam że zbliżamy się do Newry. A tam ... Nie, nie wysadzili nas. Pozwolili jechać dalej. Powiedzieli tylko że i tak nie zawieźli by nas na czas, bo od rana w Lurgan był ogłoszony alarm z powodu podłożonej bomby - taka to miła okolica. Dojechaliśmy do Portadown. Tam w ostatniej chwili złapaliśmy pociąg do Luragan i ....
5,5 godziny od wyjścia z domu. 1 autobus, 1 autokar i 3 pociągi później...
TADAM pokonaliśmy trasę ok 150 km.
Czyli nie tylko w Polsce takie cuda.
Teraz mam tyko nadzieję że nie odciśnie się ta podróż na naszej psychice, a przynajmniej nie głęboko.
Oraz postanawiam, iż następnym razem przyjadę tutaj dopiero jak kupię sobie samochód, co może skrócić czas o jakieś 4 godziny.
Jak następnym razem będę się gdzieś wybierała, ktoś chętny?!
niedziela, 27 października 2013
środa, 16 października 2013
SZTAFETY CIĄG DALSZY
Sztafeta trwa,
Wyścig, kto więcej razy przejmie pałeczkę.
Mam wrażenie że zaczęło się kolejne, 3 lub 4 (straciłam rachubę) okrążenie.
Tym razem na prowadzeniu jest Krzyś.
Tym razem on trzyma wirusa w garści, a raczej w nosie ...
Mam nadzieję że na tym będzie koniec.
Miałam sobie ponarzekać, ale nie chce mi się.
Wybaczcie, może innym razem.
Nie wiem czy to wina klimatu. Nastawiłam się na deszcze, wiatry, pochmurne niebo ...
A tu nic z tego. Słonko codziennie świeci. Jeśli pada, to tylko tak, jakby smarkało. Zachód słońca jest co najmniej 2 godziny później niż w Polandii. W październiku chodzę w okularach przeciwsłonecznych, bo tak razi ...
Tfu, tfu przez lewe ramię postukać w niemalowane - żeby nie zapeszyć.
Ale mój nastrój może być również spowodowany nieustającym zachwytem nad tutejszą szkołą.
To, czego obawiałam się najbardziej, okazuje się jedną z najlepszych decyzji w moim życiu. No ale chyba się powtarzam.
Dzieciaki są zachwycone - to pewne.
Powiedziałabym nawet że zaczarowane.
Tutaj nie ma kar. To znaczy pewnie są, ale dzieci są tak zmotywowane, że nie ma potrzeby ich stosowania. Zamiast tego są nagradzane na każdym kroku, za pracę na lekcji, za aktywność, zachowanie ... Moje młodsze dziecię ma już 20 punktów. Jeszcze 5 i w nagrodę będzie zwolniony z 1 pracy domowej!
Siedzą nie w ławkach ustawionych w rzędzie, tylko w grupach po kilka osób. Wiecie, 3 stoliki zestawione razem i dzieciaki dookoła. Każdy ma jakąś funkcję. Jest "kierownik", jest "odbieracz zadań" ... muszę zgłębić je wszystkie, to wam opowiem. Marian najczęściej jest kierownikiem - w końcu moja krew.
W każdy piątek jest podsumowanie tygodnia. Zawsze ktoś zostaje wyróżniony i otrzymuje nagrodę.
Naklejkę, odznakę, puchar (przechodni, taki tylko na tydzień), żelka ...
Zupełnie małe rzeczy, ale ważne dla dzieciaków.
No i podejście do ucznia.
Oczywiście nie mówię że w Polsce jest złe. W Polsce nie ma do tego warunków. Tutaj nauczyciel dostaje dla takiego Mariana osobę do pomocy, która ma np. dodatkowe zajęcia podczas Irlandzkiego, z którego jak się okazało zwolnili moje dzieci. Jest to, jak sadzę, bardzo duże wsparcie dla nauczyciela.
Każdego dnia (za wyjątkiem magicznego piątku oczywiście), chłopcy maja kilka nowych wyrazów do nauczenia. Z każdym z nich muszą ułożyć po 1 zdaniu.
Ponieważ mam duże braki z językiem (nad którymi nieustannie pracuję), czasem posiłkujemy się wujkiem google i jego translatorem. Okazuje się że i on się czasem myli. Albo np. nauczyciel miał co innego na myśli. Jeśli wyraz ma kilka znaczeń, oczywiście wybieramy sobie to, które nam najbardziej w danej chwili odpowiada. Podejrzewam, że dzięki temu wychowawca Mariana postanowił tłumaczyć mu te wyrazy w szkole.
I co robi taki nauczyciel?
Jeśli nie jet w stanie wytłumaczyć mu innymi słowami, bierze takiego delikwenta i szukają w szkole rzeczy, która temu słowu odpowiada. W najgorszym wypadku, googlają. Ale nie w słowniku, tylko wyszukują obrazki.
Jak mi dziecię opowiada o takich sytuacjach - własnym uszom nie wierzę.
A konsekwencją jest to, że dziecię chodzi jak zaczarowane.
- Mamo, dzisiaj przeze mnie pan Lynch miał przez chwilę zły humor
- Dlaczego? - zapytałam
- Bo nie odrobiłem do końca pracy domowej.
- Jak to?
- Ja nie chciałem! To pani (imienia nie pamiętam - nauczycielka pomocnicza) mi źle powiedziała.
Takich wyrzutów sumienia u syna mego już dawno nie widziałam.
Normalnie zaczarowani.
Zdjęcie znalezione w sieci
Wyścig, kto więcej razy przejmie pałeczkę.
Mam wrażenie że zaczęło się kolejne, 3 lub 4 (straciłam rachubę) okrążenie.
Tym razem na prowadzeniu jest Krzyś.
Tym razem on trzyma wirusa w garści, a raczej w nosie ...
Mam nadzieję że na tym będzie koniec.
Miałam sobie ponarzekać, ale nie chce mi się.
Wybaczcie, może innym razem.
Nie wiem czy to wina klimatu. Nastawiłam się na deszcze, wiatry, pochmurne niebo ...
A tu nic z tego. Słonko codziennie świeci. Jeśli pada, to tylko tak, jakby smarkało. Zachód słońca jest co najmniej 2 godziny później niż w Polandii. W październiku chodzę w okularach przeciwsłonecznych, bo tak razi ...
Tfu, tfu przez lewe ramię postukać w niemalowane - żeby nie zapeszyć.
Ale mój nastrój może być również spowodowany nieustającym zachwytem nad tutejszą szkołą.
To, czego obawiałam się najbardziej, okazuje się jedną z najlepszych decyzji w moim życiu. No ale chyba się powtarzam.
Dzieciaki są zachwycone - to pewne.
Powiedziałabym nawet że zaczarowane.
Tutaj nie ma kar. To znaczy pewnie są, ale dzieci są tak zmotywowane, że nie ma potrzeby ich stosowania. Zamiast tego są nagradzane na każdym kroku, za pracę na lekcji, za aktywność, zachowanie ... Moje młodsze dziecię ma już 20 punktów. Jeszcze 5 i w nagrodę będzie zwolniony z 1 pracy domowej!
Siedzą nie w ławkach ustawionych w rzędzie, tylko w grupach po kilka osób. Wiecie, 3 stoliki zestawione razem i dzieciaki dookoła. Każdy ma jakąś funkcję. Jest "kierownik", jest "odbieracz zadań" ... muszę zgłębić je wszystkie, to wam opowiem. Marian najczęściej jest kierownikiem - w końcu moja krew.
W każdy piątek jest podsumowanie tygodnia. Zawsze ktoś zostaje wyróżniony i otrzymuje nagrodę.
Naklejkę, odznakę, puchar (przechodni, taki tylko na tydzień), żelka ...
Zupełnie małe rzeczy, ale ważne dla dzieciaków.
No i podejście do ucznia.
Oczywiście nie mówię że w Polsce jest złe. W Polsce nie ma do tego warunków. Tutaj nauczyciel dostaje dla takiego Mariana osobę do pomocy, która ma np. dodatkowe zajęcia podczas Irlandzkiego, z którego jak się okazało zwolnili moje dzieci. Jest to, jak sadzę, bardzo duże wsparcie dla nauczyciela.
Każdego dnia (za wyjątkiem magicznego piątku oczywiście), chłopcy maja kilka nowych wyrazów do nauczenia. Z każdym z nich muszą ułożyć po 1 zdaniu.
Ponieważ mam duże braki z językiem (nad którymi nieustannie pracuję), czasem posiłkujemy się wujkiem google i jego translatorem. Okazuje się że i on się czasem myli. Albo np. nauczyciel miał co innego na myśli. Jeśli wyraz ma kilka znaczeń, oczywiście wybieramy sobie to, które nam najbardziej w danej chwili odpowiada. Podejrzewam, że dzięki temu wychowawca Mariana postanowił tłumaczyć mu te wyrazy w szkole.
I co robi taki nauczyciel?
Jeśli nie jet w stanie wytłumaczyć mu innymi słowami, bierze takiego delikwenta i szukają w szkole rzeczy, która temu słowu odpowiada. W najgorszym wypadku, googlają. Ale nie w słowniku, tylko wyszukują obrazki.
Jak mi dziecię opowiada o takich sytuacjach - własnym uszom nie wierzę.
A konsekwencją jest to, że dziecię chodzi jak zaczarowane.
- Mamo, dzisiaj przeze mnie pan Lynch miał przez chwilę zły humor
- Dlaczego? - zapytałam
- Bo nie odrobiłem do końca pracy domowej.
- Jak to?
- Ja nie chciałem! To pani (imienia nie pamiętam - nauczycielka pomocnicza) mi źle powiedziała.
Takich wyrzutów sumienia u syna mego już dawno nie widziałam.
Normalnie zaczarowani.
Zdjęcie znalezione w sieci
poniedziałek, 7 października 2013
BO NIE MA TO JAK DOBRZE ROZPOCZETY TYDZIEŃ
Weekend przeżyłam.
Dziecię doszło do siebie, ale żebym wyspana była, to bym nie powiedziała.
Poniedziałek więc rozpoczął się w średnim nastroju.
Oraz ku radości mej, mam od samego rana podnoszone ciśnienie.
Chyba taka zmowa mieszkańców wsi.
Mój system nerwowy jest zdecydowanie nadszarpnięty. Może wystarczy go do środy.
Później zacznę gryźć.
Dziecię doszło do siebie, ale żebym wyspana była, to bym nie powiedziała.
Poniedziałek więc rozpoczął się w średnim nastroju.
Oraz ku radości mej, mam od samego rana podnoszone ciśnienie.
Chyba taka zmowa mieszkańców wsi.
Mój system nerwowy jest zdecydowanie nadszarpnięty. Może wystarczy go do środy.
Później zacznę gryźć.
Motto na dziś:
piątek, 4 października 2013
KTO MA SKLEROZĘ, TEN MA ZMECZONA MATKĘ
No i mammy weekend Yupiiiii.
A ja już mam dość.
Dzisiaj od rana Marian coś markotny był. Głowa go bolała czy coś.
Ale jak już odebrałam go ze szkoły to zupełnie fajnie nie było.
A że piątek dniem basenowym, jest, sprawy się ciut skomplikowały.
Poszliśmy na basen. Krzysiek pływał, a my czekaliśmy w kawiarni.
W pewnym momencie Marcinowi zrobiło się zimno. Zaglądam do plecaka, a tam kurtki ZERO.
Zapomniał, zostawił w szkole.
Dałam mu kurtkę Krzysia i poleciałam do szkoły czym prędzej co by pozostawioną w klasie odzyskać. Nie pocałowałam klamki, tylko kłódkę - blechhh
Musiałam zdecydowanie zagęszczać ruchy, bo jedno dziecko na lekcji pływania, która niebawem miała się zakończyć, kolejny potomek ledwo-leżący na stole w kawiarni basenowej ...
Wróciwszy, już był czas na odebranie Krzyśka. Podrzuciłam mu tylko ubrania na zmianę i wróciłam do Marcina. Ten od razu poleciał to toalety ...
A no właśnie. Bo dziecko dobrze wychowane jest! Wie, że obietnic trzeba dotrzymywać.
Obiecywał w zeszłą niedzielę rodzicielce że się porzyga?! Obiecywał! Może nie dokładnie sprecyzował termin całej akcji, ale słowa dotrzymał.
Dzieła dokończył w taksówce - na szczęście nie na siedzenie.
Impreza dopiero się rozkręca ....
No, to mamy weekend!
A ja już mam dość.
Dzisiaj od rana Marian coś markotny był. Głowa go bolała czy coś.
Ale jak już odebrałam go ze szkoły to zupełnie fajnie nie było.
A że piątek dniem basenowym, jest, sprawy się ciut skomplikowały.
Poszliśmy na basen. Krzysiek pływał, a my czekaliśmy w kawiarni.
W pewnym momencie Marcinowi zrobiło się zimno. Zaglądam do plecaka, a tam kurtki ZERO.
Zapomniał, zostawił w szkole.
Dałam mu kurtkę Krzysia i poleciałam do szkoły czym prędzej co by pozostawioną w klasie odzyskać. Nie pocałowałam klamki, tylko kłódkę - blechhh
Musiałam zdecydowanie zagęszczać ruchy, bo jedno dziecko na lekcji pływania, która niebawem miała się zakończyć, kolejny potomek ledwo-leżący na stole w kawiarni basenowej ...
Wróciwszy, już był czas na odebranie Krzyśka. Podrzuciłam mu tylko ubrania na zmianę i wróciłam do Marcina. Ten od razu poleciał to toalety ...
A no właśnie. Bo dziecko dobrze wychowane jest! Wie, że obietnic trzeba dotrzymywać.
Obiecywał w zeszłą niedzielę rodzicielce że się porzyga?! Obiecywał! Może nie dokładnie sprecyzował termin całej akcji, ale słowa dotrzymał.
Dzieła dokończył w taksówce - na szczęście nie na siedzenie.
Impreza dopiero się rozkręca ....
No, to mamy weekend!
czwartek, 3 października 2013
Z INNEJ BECZKI
Dzisiaj będzie zupełnie z innej beczki.
Pamiętacie akcje "Anioły dla Filipa"?!
Jeśli nie, to teraz dam wam szanse na odświeżenie.
Sprawa jest pilna, bo został nam niecały miesiąc do dnia ZERO.
"Kochani 31 października 2013r. mój synek Filip zostanie poddany w klinice w Dallas zabiegowi przeszczepienia mięśni brzucha. Koszt operacji wynosi około 100.000 $. Niestety zabieg ten nie jest finansowany przez NFZ. Dzięki Fundacji "GAJUSZ" zgromadziliśmy połowę środków. Pilnie potrzebujemy drugiej połowy. Mamy nadzieję, że wspomożecie nas finansowo. Liczy się każda złotówka. Darowiznę można przekazać na konto: Fundacji "GAJUSZ" nr rachunku 59109027050000000121688878 z dopiskiem na leczenie Filipa Kołomańskiego. Z góry dziękujemy za wsparcie. Ps przekażcie informację Waszym znajomym"
Informacji z prośbą o pomoc krąży w internecie cała masa. Wiele z nich, to zwykły SPAM i naciągactwo.
Dla tych co mają wątpliwość, Agnieszka - mama Filipa, to moja osobista, prywatna koleżanka, która wraz ze swoim mężem nie raz mi pomogła! Ich starszy syn, to jeden z najlepszych kumpli mojego potomka.
Jeśli sami nie możecie pomóc finansowo, to chociaż przekażcie dalej tą informację.
Agnieszka ma profil na Facebooku:
Agnieszka Kołomańska. Jako zdjęcie profilowe ma właśnie to, z Filipem.
Myślę że odpowie na każde pytanie!
Pamiętacie akcje "Anioły dla Filipa"?!
Jeśli nie, to teraz dam wam szanse na odświeżenie.
Sprawa jest pilna, bo został nam niecały miesiąc do dnia ZERO.
"Kochani 31 października 2013r. mój synek Filip zostanie poddany w klinice w Dallas zabiegowi przeszczepienia mięśni brzucha. Koszt operacji wynosi około 100.000 $. Niestety zabieg ten nie jest finansowany przez NFZ. Dzięki Fundacji "GAJUSZ" zgromadziliśmy połowę środków. Pilnie potrzebujemy drugiej połowy. Mamy nadzieję, że wspomożecie nas finansowo. Liczy się każda złotówka. Darowiznę można przekazać na konto: Fundacji "GAJUSZ" nr rachunku 59109027050000000121688878 z dopiskiem na leczenie Filipa Kołomańskiego. Z góry dziękujemy za wsparcie. Ps przekażcie informację Waszym znajomym"
![]() |
| To jest FILIP! |
Informacji z prośbą o pomoc krąży w internecie cała masa. Wiele z nich, to zwykły SPAM i naciągactwo.
Dla tych co mają wątpliwość, Agnieszka - mama Filipa, to moja osobista, prywatna koleżanka, która wraz ze swoim mężem nie raz mi pomogła! Ich starszy syn, to jeden z najlepszych kumpli mojego potomka.
Jeśli sami nie możecie pomóc finansowo, to chociaż przekażcie dalej tą informację.
Agnieszka ma profil na Facebooku:
Agnieszka Kołomańska. Jako zdjęcie profilowe ma właśnie to, z Filipem.
Myślę że odpowie na każde pytanie!
niedziela, 29 września 2013
ŻEBY SIĘ MATCE NIE NUDZIŁO ...
Człowiek czasem powinien zastanowić się nad tym co myśli i gada.
Pomyślałam sobie ostatnio, że w sumie już miesiąc w nowym miejscu minął i jakoś się tak zrobiło spokojnie, bez niespodzianek .... Może nie to że nudno od razu, ale jakoś tak przewidywalnie?!
No to sobie wymyśliłam - w ramach urozmaicania niedzieli - wypad z małolatem do kościoła w mieście. Nie wystarczył mi kościół we wsi. Chciałam się rozerwać - po polsku.
Atrakcje zaczęły się już po drodze.
- Mamo, mamo, ja chciałbym jechać na górze!
Dziecko mówi i ma. Przyjechał piętrowy autobus - jechaliśmy na górze, dopóki ...
- Mamo, chyba będę rzygał.
Dobrze że nie był to taki turystyczny bez dachu, bo by przypadkowi przechodnie mieli atrakcji wiele.
Zeszliśmy na dół. Jak już potomek zaczął zmieniać kolory na odcień zielonkawy, postanowiłam że wysiądziemy i jak piesza pielgrzymka dojdziemy do celu. Ustaliliśmy że damy radę jeszcze jeden przystanek, aż tu nagle TRACH, DUP i autobus zgasł. W pierwszej chwili myślałam że ktoś nam w "tył" wjechał. Ale to chyba był po prostu silnik - tak sadzę, bo zapomniałam spojrzeć. W każdym razie wszyscy przesiedli się do następnego autobusu który właśnie podjechał.
Młody złapał kilka "świeżych" wdechów i pojawiła się szansa na dojazd do celu. Szansa jak się okazało była zmyłką. Po kilku przystankach akcja powtórzyła się nabierając tępa. W każdym razie ostatecznie do celu dotarliśmy na piechotę, a nasz refleks uratował nas przed katastrofą, chociaż torebkę swoją zaczęłam przygotowywać na taką ewentualność. Wiecie, portfel i perfumy do kieszeni znajdującej się w bezpiecznej odległości od przegródki głównej. Oraz nastawienie na wywalenie jej przy najbliższym śmietniku po zakupie reklamówki na skarby które ocaleją.
Ja chyba jednak kocham moje dziecko, skoro swoją ulubioną, własnoręcznie uszytą torebkę, byłabym w stanie poświęcić.
Zanim dotarliśmy do celu, jeszcze tylko prawie zgubiłam potomka w kiblu (nie wpadł, tylko się zawieruszył - chociaż to też nie brzmi dobrze)
Na szczęście prawie, bo odnaleźliśmy się szczęśliwie.
Każde z nas poszło do toalety przystosowanej do płci konkretnej. Marian wyszedł szybciej, nie było mnie, więc zaczął mnie szukać (a to było centrum handlowe). Jak mu się nie udało, wrócił na szczęście w to samo miejsce w którym się rozstaliśmy. Stwierdził że jak go długo nie będę mogła znaleźć to wrócę po niego do toalety. Mądrę dziecko - po mamusi oczywiście.
Widzieliśmy jeszcze dziewczynę malującą sobie usta na CZERWONO markerem - to taki chyba nowy rodzaj makijażu permanentnego.
Potem tylko Marcin usiłował sobie przypomnieć nazwę pewnego znanego sklepu odzieżowego zwanego PENNY, ale nie powiem jak dedukował, bo to bardzo niecenzuralne.
Wróciliśmy do domu cali, zdrowi i bez niespodzianek. I znowu doceniłam monotonię i nudę ;)
Tylko gołąbki były niesłone. Gotowałam wczoraj - chyba zapomniałam posolić.
NIEDZIELA
Pomyślałam sobie ostatnio, że w sumie już miesiąc w nowym miejscu minął i jakoś się tak zrobiło spokojnie, bez niespodzianek .... Może nie to że nudno od razu, ale jakoś tak przewidywalnie?!
No to sobie wymyśliłam - w ramach urozmaicania niedzieli - wypad z małolatem do kościoła w mieście. Nie wystarczył mi kościół we wsi. Chciałam się rozerwać - po polsku.
Atrakcje zaczęły się już po drodze.
- Mamo, mamo, ja chciałbym jechać na górze!
Dziecko mówi i ma. Przyjechał piętrowy autobus - jechaliśmy na górze, dopóki ...
- Mamo, chyba będę rzygał.
Dobrze że nie był to taki turystyczny bez dachu, bo by przypadkowi przechodnie mieli atrakcji wiele.
Zeszliśmy na dół. Jak już potomek zaczął zmieniać kolory na odcień zielonkawy, postanowiłam że wysiądziemy i jak piesza pielgrzymka dojdziemy do celu. Ustaliliśmy że damy radę jeszcze jeden przystanek, aż tu nagle TRACH, DUP i autobus zgasł. W pierwszej chwili myślałam że ktoś nam w "tył" wjechał. Ale to chyba był po prostu silnik - tak sadzę, bo zapomniałam spojrzeć. W każdym razie wszyscy przesiedli się do następnego autobusu który właśnie podjechał.
Młody złapał kilka "świeżych" wdechów i pojawiła się szansa na dojazd do celu. Szansa jak się okazało była zmyłką. Po kilku przystankach akcja powtórzyła się nabierając tępa. W każdym razie ostatecznie do celu dotarliśmy na piechotę, a nasz refleks uratował nas przed katastrofą, chociaż torebkę swoją zaczęłam przygotowywać na taką ewentualność. Wiecie, portfel i perfumy do kieszeni znajdującej się w bezpiecznej odległości od przegródki głównej. Oraz nastawienie na wywalenie jej przy najbliższym śmietniku po zakupie reklamówki na skarby które ocaleją.
Ja chyba jednak kocham moje dziecko, skoro swoją ulubioną, własnoręcznie uszytą torebkę, byłabym w stanie poświęcić.
Zanim dotarliśmy do celu, jeszcze tylko prawie zgubiłam potomka w kiblu (nie wpadł, tylko się zawieruszył - chociaż to też nie brzmi dobrze)
Na szczęście prawie, bo odnaleźliśmy się szczęśliwie.
Każde z nas poszło do toalety przystosowanej do płci konkretnej. Marian wyszedł szybciej, nie było mnie, więc zaczął mnie szukać (a to było centrum handlowe). Jak mu się nie udało, wrócił na szczęście w to samo miejsce w którym się rozstaliśmy. Stwierdził że jak go długo nie będę mogła znaleźć to wrócę po niego do toalety. Mądrę dziecko - po mamusi oczywiście.
Widzieliśmy jeszcze dziewczynę malującą sobie usta na CZERWONO markerem - to taki chyba nowy rodzaj makijażu permanentnego.
Potem tylko Marcin usiłował sobie przypomnieć nazwę pewnego znanego sklepu odzieżowego zwanego PENNY, ale nie powiem jak dedukował, bo to bardzo niecenzuralne.
Wróciliśmy do domu cali, zdrowi i bez niespodzianek. I znowu doceniłam monotonię i nudę ;)
Tylko gołąbki były niesłone. Gotowałam wczoraj - chyba zapomniałam posolić.
NIEDZIELA
piątek, 27 września 2013
TAJEMNICZE PLAMY
Zaobserwowałam TAJEMNICZE PLAMY i bynajmniej nie na księżycu.
Co powieszę pranie w ogródku - a przyznać muszę że jak na tą szerokość geograficzną pogodę mamy cudowną, to zaraz coś jest dziwnie poplamione. Najgorsze że nie da się tego sprać.
Na początku winę zwalałam na ślimory tak zwane wszędobylskie. Niby takie ciche, powolne, ale licho wie czy nie potrafią skakać. Co to dla nich taka zasłonka trzepocząca radośnie na wietrze.
Jak przystało na solidnego domownika, wychodzę kilka razy dziennie, co by osłonę dymną stworzyć w okolicy i odstraszyć intruzy.
Ostatniej niedzieli winowajca został zdemaskowany, a raczej całe stado - GOŁĘBIE.
Zaczynam podejrzewać że one mnie śledzą. Gdzie się nie ruszę - tam zawsze stanie są. Siedzą, obserwują, trzepoczą tymi swoimi skrzydełkami i srają gdzie popadnie.
W Polsce nie mogłam wygrać z nimi walki. Nie straszny był im domestos, środki chemiczne odstraszające ptactwo ... nic.
Wyprowadziłam i się i wiecie kogo mam za sąsiada?! Przesympatyczną (jak sadzę) rodzinkę, która w ogródku ma plantację gołębi. Normalnie profesjonalna hodowla.
Czy jest jakiś kraj w którym one nie występują?!
Nie może tam też być pająków i innego robactwa.
Normalnie chyba została mi Antarktyda.
Co powieszę pranie w ogródku - a przyznać muszę że jak na tą szerokość geograficzną pogodę mamy cudowną, to zaraz coś jest dziwnie poplamione. Najgorsze że nie da się tego sprać.
Na początku winę zwalałam na ślimory tak zwane wszędobylskie. Niby takie ciche, powolne, ale licho wie czy nie potrafią skakać. Co to dla nich taka zasłonka trzepocząca radośnie na wietrze.
Jak przystało na solidnego domownika, wychodzę kilka razy dziennie, co by osłonę dymną stworzyć w okolicy i odstraszyć intruzy.
Ostatniej niedzieli winowajca został zdemaskowany, a raczej całe stado - GOŁĘBIE.
Zaczynam podejrzewać że one mnie śledzą. Gdzie się nie ruszę - tam zawsze stanie są. Siedzą, obserwują, trzepoczą tymi swoimi skrzydełkami i srają gdzie popadnie.
W Polsce nie mogłam wygrać z nimi walki. Nie straszny był im domestos, środki chemiczne odstraszające ptactwo ... nic.
Wyprowadziłam i się i wiecie kogo mam za sąsiada?! Przesympatyczną (jak sadzę) rodzinkę, która w ogródku ma plantację gołębi. Normalnie profesjonalna hodowla.
Czy jest jakiś kraj w którym one nie występują?!
Nie może tam też być pająków i innego robactwa.
Normalnie chyba została mi Antarktyda.
sobota, 21 września 2013
OBIECANKI MACANKI
Ostatnio zaczęliśmy namiętnie uprawiać z potomstwem bieganie -
taka nasza fanaberia. Oczywiście pogoda jest słaba, ale siostra moja
ulubiona posiada bieżnię.
No i tak sobie truchtamy powolutku.
Wczoraj, jak Marian biegał już nie stałam obok, tylko kręciłam się po pokoju. W pewnym momencie zobaczyłam że nóżka mu się "zesmykła" i się przewrócił. To była scena jak z filmu akcji. Widziałam wszystko w zwolnionym tempie. Podbiegłam do niego z wyciągniętą ręką wołając Maaaaa - rciiiiin ...
Wyłączyłam sprzęt i uratowałam syna.
Upadł tak niefortunnie, że nie wypiął się "safety key" i szurał potomek kolankami.
Kończyny dolne syna, a w zasadzie tylko kolanka wyglądają tak, jak by je ktoś ostro potraktował papierem ściernym.
- Mamo, już nigdy więcej ie będę na tym biegał! Nigdy! - mówił przez łzy
Ze 2 godziny później, kiedy już przestało szczypać i boleć:
- Mamo, mogę wejść na bieżnię?
- ?
- Na najmniejszą prędkość. Wiesz, tak żebym się tylko czołgał.
Ten osobnik na własnych błędach się nie uczy.
Ja tak. Następnym razem pamiętać:
1 - stać przy dziecku podczas biegania choćby nie wiem co.
2 - założyć długie spodnie od dresu - krótkie chronią tylko tyłek
Syn nogi w kolankach zgina - rokowania są dobre.
No i tak sobie truchtamy powolutku.
Wczoraj, jak Marian biegał już nie stałam obok, tylko kręciłam się po pokoju. W pewnym momencie zobaczyłam że nóżka mu się "zesmykła" i się przewrócił. To była scena jak z filmu akcji. Widziałam wszystko w zwolnionym tempie. Podbiegłam do niego z wyciągniętą ręką wołając Maaaaa - rciiiiin ...
Wyłączyłam sprzęt i uratowałam syna.
Upadł tak niefortunnie, że nie wypiął się "safety key" i szurał potomek kolankami.
Kończyny dolne syna, a w zasadzie tylko kolanka wyglądają tak, jak by je ktoś ostro potraktował papierem ściernym.
- Mamo, już nigdy więcej ie będę na tym biegał! Nigdy! - mówił przez łzy
Ze 2 godziny później, kiedy już przestało szczypać i boleć:
- Mamo, mogę wejść na bieżnię?
- ?
- Na najmniejszą prędkość. Wiesz, tak żebym się tylko czołgał.
Ten osobnik na własnych błędach się nie uczy.
Ja tak. Następnym razem pamiętać:
1 - stać przy dziecku podczas biegania choćby nie wiem co.
2 - założyć długie spodnie od dresu - krótkie chronią tylko tyłek
Syn nogi w kolankach zgina - rokowania są dobre.
KOLEJNY TYDZIEŃ ZA NAMI
Tydzień minął szybko i spokojnie.
Oprócz tego, że każdy (z wyjątkiem Krzyśków dwóch) chodził z gilem do samej podłogi, to żadnych rewelacyjnych rewelacji.
Tylko wychowawca Marcina przede mną ucieka - chociaż zupełnie nie wiem czemu, wszak przestałam go atakować. Mój zestaw 1000 pytań jest na wyczerpaniu. Postanowiłam ostatnie oszczędzać.
Któregoś dnia, po wyjściu ze szkoły Marian z uśmiechem wyśpiewał prawie:
- Mój pan ma ciebie dosyć! Mój pan ma ciebie dosyć ...
- Czemu tak uważasz? - Zapytałam zniesmaczona.
- Nie widziałaś? Jak tylko się odwróciłaś, a on cię zauważył, miał minę jak by się po cichu modlił "żeby do mnie nie podeszła" i od razu dorwał jakąś inną mamę.
No tak. Ja to potrafię zachęcić do siebie każdego.
Chłopcy będą mieli od przyszłego tygodnia dodatkowy angielski - taki dla nich, w szkole.
Jeszcze trochę i znowu będę tylko mogła wierzyć im na słowo o czym rozmawiają.
Ehh - te dzieci.
Oprócz tego, że każdy (z wyjątkiem Krzyśków dwóch) chodził z gilem do samej podłogi, to żadnych rewelacyjnych rewelacji.
Tylko wychowawca Marcina przede mną ucieka - chociaż zupełnie nie wiem czemu, wszak przestałam go atakować. Mój zestaw 1000 pytań jest na wyczerpaniu. Postanowiłam ostatnie oszczędzać.
Któregoś dnia, po wyjściu ze szkoły Marian z uśmiechem wyśpiewał prawie:
- Mój pan ma ciebie dosyć! Mój pan ma ciebie dosyć ...
- Czemu tak uważasz? - Zapytałam zniesmaczona.
- Nie widziałaś? Jak tylko się odwróciłaś, a on cię zauważył, miał minę jak by się po cichu modlił "żeby do mnie nie podeszła" i od razu dorwał jakąś inną mamę.
No tak. Ja to potrafię zachęcić do siebie każdego.
Chłopcy będą mieli od przyszłego tygodnia dodatkowy angielski - taki dla nich, w szkole.
Jeszcze trochę i znowu będę tylko mogła wierzyć im na słowo o czym rozmawiają.
Ehh - te dzieci.
sobota, 14 września 2013
ŚNIADANIE DO ŁÓŻKA
Czy ja mówiłam coś że lubię sobotnie popołudnia?!
A wspominałam o weekendach?!
mmmm...
Można spać do oporu, na przykład do 9:30. A jeśli już cię coś obudzi to taki widok
Mówiłam już że mam zajebiste dzieci?
To sprawka Mariana.
Śniadanie do łóżka ...
A wspominałam o weekendach?!
mmmm...
Można spać do oporu, na przykład do 9:30. A jeśli już cię coś obudzi to taki widok
Mówiłam już że mam zajebiste dzieci?
To sprawka Mariana.
Śniadanie do łóżka ...
Subskrybuj:
Posty (Atom)



