Strony

wtorek, 2 października 2012

POWRÓT

Doprowadziwszy swój organizm niemalże do stanu używalności, powróciłam do pracy.
Niemalże, bo moja krtań jest nadal innego zdania. Mówię i brzmię na oko w zasadzie normalnie. Na ucho profesjonalisty ponoć mam papier ścierny w gardle. Dyskutować nie zamierzam, tylko kisielki, tabletki "mydlane" zażywać zamierzam grzecznie.
Tylko oleju nie wypiję - BLECHHHH

Zazwyczaj po urlopie, albo choćby kilkudniowej nieobecności, stałym punktem jest depresja pourlopowa. Ale któż jej nie ma?!
Organizm rozleniwiony, ma kłopoty z nawiązaniem współpracy z wstawaniem o godzinie dalekiej od humanitarnej, a wieczory przeciągają się do godzin "dnia następnego", widok niektórych osób doprowadza do "refluksu"...
Z drugiej strony ocena własnej osoby w takim dniu pierwszym czy drugim po powrocie rośnie ...
Nikt bowiem nie cieszy się na mój widok tak bardzo, jak niektórzy moi koledzy, którzy na czas mojej nieobecności, bez względu na to czy chcą, czy też nie, przejmują moje obowiązki z różnym skutkiem.
Oraz klienci witają mnie okrzykami "jak to dobrze że w końcu pani wróciła".
Nie powiem, miło jest - przez chwilę.
Po kilku godzinach słuchania cudnych komentarzy skierowanych w kierunku mojej osoby, postanowiłam odsyłać wielbicieli moich kompetencji (bo nie urody przecież) do "od kierownika po dyrektora".
Sugerowałam grzecznie, że numer telefonu czy adres mailowy z radością podać mogę, aby taki klient jeden z drugim wykazać się wyobraźnią mógł do woli. Wówczas zachwytów mogą nie szczędzić.
Wszak osoby wyższego stanowiska żyją w zupełnej nieświadomości, jaki to skarb posiadają.

Dzisiaj postanowiłam sobie, że jeśli zachwyty do końca tygodnia nie skończą się, albo chociaż nie osłabną, wywieszę kartkę w stylu:

SZANOWNI PAŃSTWO
W TROSCE O DOBRO I ZADOWOLENIE KLIENTÓW ORAZ PRACOWNIKÓW, WSZYSTKIE POCHLEBNE UWAGI DOTYCZĄCE PRACY, KOMPETENCJI I INNYCH WARTOŚCI POZYTYWNYCH, PROSIMY KIEROWAĆ BEZPOŚREDNIO DO:
KRS: Jakiśtam Ktośtam
tel: 0123456789
DYREKTOR: Inny Bardzowazny
tel: 0987654321
mail: innybardzowżny@cośtam
PRACOWNIK TĄ DROGA POCHWALONY, MA SZANSE NA DOCENIENIE PRZEZ PRACODAWCĘ


Jeszcze pomyślę, rozważę i zastanowię się.





sobota, 22 września 2012

UWIEDZIONA

Zaczęło się niewinnie.
Na początku zaprzyjaźniły się z chłopcami. Pierwszego upatrzyły sobie Marcina. Po tygodniu zajęły się Krzysiem.
Myślałam już że to koniec.
Myślałam, że rozstaniemy się na dobre.
Tym czasem, pojawił się On.
Przyczaił się delikatnie. Posmyrał po nosie, zaśmiał się uroczo. Owinął się dookoła mojej szyi, żeby w końcu rozpalić mnie do czerwoności. Zlana potem zaniemówiłam z wrażenia.To on zafundował mi zapalenie krtani.

W ciągu najbliższych kilku dni, uprzejmie proszę o kontakt z moją skromną osobą wyłącznie drogą smsową, mailową i każdą inną, która nie będzie wymagała wykorzystania głosu.
Na razie szczekam, ale uprzedzam, w końcu mogę zacząć gryźć.
Za obrażenia na ciele i ubytki słuchu spowodowanie kontaktem ze mną, nie ponoszę odpowiedzialności.

piątek, 21 września 2012

...

...
- Wiesz, ja to się cieszę że jestem chłopakiem. Dobrze że nie urodziłem się dziewczyną.
- Ale dlaczego?
- Bo dziewczyny mają gorzej.
- Z czym na przykład?
- No bo dziewczyna to musi urodzić dziecko, a to boli. Musi potem je wychować ...
- No ale mężczyzna jak ma dziecko, to też je wychowuje.
- Wcale nie! Bo Chłopakowi jak się już znudzi, to sobie idzie i szuka innej dziewczyny!

Serce mi pęka ....

środa, 12 września 2012

MOJE MARZENIA ZAPISANE SĄ NUTAMI

Obiecałam sobie że chwalić się nie będę, żeby nie zapeszyć i w ogóle. Co chwila ktoś się mnie jednak dopytuje o szkoły do których poszłam.
Ale jak tu się nie chwalić, skoro z radości aż chce mi się skakać.
Jeden kierunek, jest ... hmmm ... dziwny?!
EKSPLOATACJA PORTÓW I TERMINALI
I chociaż sporo osób pukało się w głowę, ja się zapisałam. Czekaja mnie jeszcze badania wstępne, bo może okazać się na ten przykład że jestem za ślepa albo coś i nie mogę. Oczyma wyobraźni widzę jednak siebie, na lotnisku ....
Pierwsze zajęcia dopiero przede mną.

A szkoła druga, najcudniejsza i najbardziej wymarzona możliwych
WERBLEEEEEEEEEEEE, FANFARYYYYYY, OKLASKIIIIIIIIIII
Szkoła muzyczna :)
Zostałam przesłuchana i okazało się że daję radę, że się nadaję ...
Były już pierwsze zajęcia - i podobno będą ze mnie ludzie.

Były już pierwsze warsztaty - i jestem coraz bardziej zakochana w tej szkole, muzyce i w ogóle. Nawet deszcz mi nie przeszkadza.

To będą najcudniejsze dwa lata jakie można sobie wyobrazić :)
I od razu świat jest piękniejszy!





Obraz znaleziony w sieci

poniedziałek, 10 września 2012

SZKLARZ

Nad zaletami swymi, mogłabym rozpisywać się nie dzień, lecz dwa nawet. Wszak jestem bystra, mądra, urocza, zdolna .... oraz skromna nad wyraz.
Jednostką upartą i zawziętą jestem również. Większość moich znajomych mogłaby to potwierdzić.

Zrobiłam sobie szafę. W zasadzie to zrobili ją znajomi, mojego znajomego. Szło im długo, ale się udało. Ponieważ pomysłów miałam milion i jeszcze więcej w trakcie realizacji "zamówienia", nie mieli łatwego zadania. Z efektu jednak zadowolona jestem bardzo. W wersji (jak myślałam) ostatecznej, miało być lustro.
Umówiłam się ze szklarzem na pomiar.
- W poniedziałek koło godziny 10, ktoś do pani przyjedzie.
W tenże poniedziałek, w okolicy godziny 13 udałam się do zakładu szklarskiego, żeby grzecznie acz stanowczo zgłosić swoje niezadowolenie z tytułu olania mnie. Na drzwiach zobaczyłam kartkę :
"W dniu tym i tamtym (poniedziałek) zakład czynny od godziny 14:00"
W duchu wyrwało mi się kilka słów potocznie zwanych wulgarnymi.
Po 14:00 wykonałam telefon
- A mieliśmy do Pani przyjechać??!!
- Z tego co wiem - tak. Chyba że ja coś pokręciłam.
- Oj tak, przepraszam. Bo widzi pani, w kalendarzu zapisała panią szefowa. Tylko że nic nam nie powiedziała i jest na urlopie. Czy możemy umówić się na inny dzień?

Ponieważ sama wiem jak czasem komunikacja międzyludzka zawodzi, zgodziłam się grzecznie. Za tydzień czekałam o umówionej godzinie.
Po kolejnych 2, kiedy to nie doczekałam się kolejny raz, postanowiłam znowu zadzwonić

- A miał ktoś do pani przyjść?! - w słuchawce zabrzmiał głos zdziwionej pani. - To pracownicy panią zapisali jak byłam na urlopie i nic mi nie powiedzieli, wiec wysłałam ich do Warszawy ...

Kolejny termin został ustalony.
Przyszli za 4 razem.
Wymierzono moje drzwi w tą i w tamtą i z powrotem.
- Jeszcze dzisiaj zadzwoni do pani szefowa i poda dokładny koszt z montażem.

Na razie minęły 2 tygodnie. Oczywiście nikt nie zadzwonił.
Jak tylko będę w okolicy, zamierzam odwiedzić ów zakład i podziękować im pięknie za olanie sikiem prostym klienta. Może z nie największym zamówieniem, ale zawsze klienta, który mógłby później polecać usługi tu i tam. Uzyskali skutek odwrotny. Każdego komu do głowy wpadnie skorzystanie z ich usług, będę uprzedzać o sposobie ich pracy.

A co z moją szafą?!
Długo zastanawiać się nie musiałam, wszak pomysły szczególnie związane z wnętrzem mojego mieszkania to moja specjalność. Postanowiłam obić owe skrzydło materiałem. Problem zaczął się przy wyborze owego. Nic mi się nie podobało. Płótna były w nie takim odcieniu, bawełenki z nieciekawym wzorem. Aż razu pewnego zobaczyłam "LITERKI".
Zapałałam uczuciem do nich wielkim.
Oczywiście nabyłam drogą kupna odpowiedni kawałek, wyliczony tak, aby wystarczył również na osłonięcie kaloryfera i "obrusik" na stoliczek.
Wyobrażałam sobie że zamontowanie owego kawałka materiału przecudnej urody będzie jak przysłowiowa bułka z masłem. I o ile samo obicie płyty nie przysporzyło mi większych problemów, to z zamontowaniem okuć był problem. Okazało się że do tego nie wystarczą moje rączki. Poległo na tym 2 facetów. Dopiero 3, sposobem dał radę.
Teraz jestem już dumna i blada, oraz z radością chwalę się wam.
Nie sadziłam ze wyjdzie to aż tak fajnie.
Cóż, jednak ma się pomysły :)



czwartek, 6 września 2012

JUŻ JA COŚ WYMYŚLĘ

Pierwszy tydzień szkoły jeszcze dobrze się nie skończył, a w zasadzie dopiero co się rozpoczął, a my już mamy zaliczone pierwsze katary, temperatury, bóle głowy i czerwone gardła.
Znaczy, że jest dobrze.
Ostatnio, moja koleżanka stwierdziła, że już nic związanego z moją osobą nie jest w stanie jej zdziwić. Szkoda, bo ja czasem lubię zaskakiwać. Cóż, jestem przewidywalna. Zawsze jest duże prawdopodobieństwo ze zrobię coś, o czym normalny człowiek by nie pomyślał.
Zdążyłam już na ten przykład pomylić godziny rozpoczęcia roku szkolnego. Dobrze że dzień był ten sam.:)
W ciągu ostatnich tygodni, takich wpadek było co najmniej kilka, ale już przestałam zwracać na nie uwagę.
Kiedyś dawno temu, a w zasadzie jakiś rok ?! miałam "akcję karnetową". Jak tylko za obiad potomstwa swego w szkole zapłaciłam, to za chwilę taki karnet (zazwyczaj starszego potomka) ulegał biodegradacji. Czasem pozostawiał po sobie jedynie ślad w postaci upiornych paprochów w pralce. Pani w sekretariacie wyczerpała chyba wszystkie możliwości nacisku. Od groźby, przez szantaż na prośbach kończąc. Bezskutecznie. Zdarzało się co prawda czasem że karnet taki był w posiadaniu potomka dłużej niż 3 tyg. Zazwyczaj jednak po tygodniu rozpływał się w przestrzeni. Starałam się je zapobiegawczo kserować. Normą wiec było że po jakimś czasie zamiast np karteczki w kolorze zielonym na ten przykład, młody zanosił pani szarą. Raz zdarzyło mi się nawet nie donieść karnetów do domu ;) W końcu jaki syn, taka matka.
Ale uwaga!!!!
Podczas tegorocznego remontu, potocznie zwanego PALESTYNĄ, który to miał miejsce podczas nieobecności wakacyjnej potomstwa mego, wspomniane, nie doniesione do domu karnety znalazły się!!!
Piękne, w stanie idealnym, dwa, różowe, opisane imieniem i nazwiskiem, z datą PAŹDZIERNIK 2011.
Podejrzewam że ukryły się skutecznie ze strachu przed potomstwem i dopiero po upewnieniu się że nie wpadną w małe, wszędobylskie łapki postanowiły wyjść na światło dzienne. Same wcisnęły się do dziwnego notesika a potem cichaczem do szuflady z rzeczami pt "kiedyś na pewno się przyda".
W pierwszym momencie pomyślałam sobie że pobiegnę z szerokim uśmiechem do szkoły trzymając w ręku znalezisko, żeby pochwalić się pani sekretarce . W trosce o zdrowie wspomnianej miłej pani odpuściłam sobie.
Nie zdążyłam ich oprawić w ramki albo umieścić na jakimś honorowym miejscu ... bo znowu się zgubiły ... Ale kiedyś się znajdą.

W tym roku, wspomniane dowody wykupionych posiłków zostały wycofane!!!!!!!!!!!
Nie wiem czy za sprawą roztrzęsionej na sama myśl o karnetach wydawanych na nazwisko moich dzieci pani z sekretariatu, czy po prostu z oszczędności. Najważniejsze ze snu z powiek spędzać nam już nie będą.

Będę musiała znaleźć sobie jakąś inną przypadłość.
Notoryczne gubienie karnetów w tym roku się nie sprawdzi :)
Już ja coś wymyślę. Bo któż, jak nie ja.

poniedziałek, 3 września 2012

KONIEC LABY

KONIEC LABY
Potomstwo w ilości szt 2 odliczone, książki i zeszyty nabyte drogą kupna. Od jutra znowu wracam po cudnym urlopie do pracy, a potomstwo do placówek oświatowych, a konkretnie jednej, podstawówką zwaną  - HURAAAAA ;(
A było tak pięknie.
Nowe postanowienia, zmiany.
Znowu będę miała czas na buszowanie po blogach, na pisanie od czasu do czasu. Tylko przestane się wysypiać.
Nie będzie jednak czasu na aniołki, słoniki i inne lepianki.
Zapisałam się do szkoły. Nawet dwóch. To pierwszy mały kroczek do spełniania swoich marzeń. W końcu w wieku lat 20 + vat (bardzo wysoki) można już zacząć robić ciut dla siebie.
Potomstwo z lekkim zdziwieniem patrzyło na mnie jak składałam dokumenty. Wyglądali tak, jakby mieli ochotę zapytać się czy przypadkiem od nadmiaru słońca nie zaczęło mi się coś odklejać?!
Ja natomiast czuję się świetnie. I jeśli tylko zapału i funduszy mi wystarczy, oraz opracowania logistyczne zadziałają, to za 2 lata ...
Nie ma co na zapas się cieszyć.
Na razie jest cudnie.
Póki co, WAKACJE UWAŻAM ZA OFICJALNIE ZAKOŃCZONE.


czwartek, 26 lipca 2012

NOWE WCIELENIE MOJEJ DZIURY

Niektórzy z was mieli przyjemność widzieć (nawet na żywo) moją nową dziurę. W zasadzie to ona nie jest taka nowa, bo istnieje dokładnie tyle samo, o cały blok.
Do zeszłej soboty była moją szafą. Bardzo brzydką, starą, niefunkcjonalną i w ogóle be-fuj. Pierwszego dnia minionego weekendu, jako że pokój pociech został  już pomalowany i nie licząc kilku szczegółów na które muszę poczekać, dopieszczony, postanowiłam rozprawić się właśnie z ową wcześniej wspomnianą.

To, o się wtedy tam działo, to istny MEKSYK, albo jak mawiają PALESTYNA.
Gruz, tynk, dechy ... wszystko było wszędzie i w ilościach mogących wskazywać na rozbiórkę co najmniej  ściany łączącej mnie z sąsiadką .
Dzisiaj zobaczyć można już efekt. Nie jest to co prawda HOME MAKOVER, ale i tak dzielna jestem z siebie (po raz kolejny)



W tym miejscu pragnę podziękować:
- SELEROWI, bo dzielnie znosi moje pomysły i w milczeniu  łapie za ciężki sprzęt i działa.
- Dziewczynkom (córkom siostry mej najmłodszej) bo zasypiają przy dźwięku wiertarki, wyrzynarki i innych, nie marudząc i nie płacząc. Mam tylko nadzieję że traumy z tego tytułu mieć nie będą
- siostrze mojej, bo w tak uciążliwej gościnie ja bym długo nie wytrzymała, a ona po 2 miesiącach, nadal chce zostać jeszcze miesiąc!!!
- Sąsiadom, którzy pomimo zwyczaju że uciążliwe prace (czyt. wiercenie) wykonujemy do 20:00, dzielnie znoszą hałasy do punkt 22:00. Nikt nie przychodził ze skargą, a jak przyszedł to nie słyszałam, oraz policji i dzielnicowego na mnie nie napuścili.
- wszystkim innym, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do bałaganu w moim domu, oraz mimo owego nie boją się tu przyjść.



środa, 25 lipca 2012

ZAKUPY

Jaki jest najskuteczniejszy (a przynajmniej jeden z) sposób na poprawienie humoru kobiecie?! - ZAKUPY.

Osobiście należę do dziwnych jednostek. Zakupów jako takich nie cierpię, chorobliwie nie znoszę i mdli mnie na samą myśl. Wymiguję się od niech jak mogę z zadowalającym mnie skutkiem. Do dnia dzisiejszego, jedynymi rzeczami zakupionymi, które mogły poprawić mi humor były skarpetki oraz piżama. Żadne tam szpilki, sukienki, błyskotki ...
No właśnie, do dzisiaj.
W dniu dzisiejszym nabyłam drogą kupna WYRZYNARKĘ!!!!
Oczywiście wszyscy w Łodzi i okolicy już wiedzą i tylko ukradkiem stukają się w czoło.
Do pełni szczęścia brakuje mi tylko wiertarki, ale to dopiero jak będę już mieszkała w domu z ogródkiem ...

W tym roku na urodziny od swojej rodzicielki dostałam skrzynkę z narzędziami.
Niepodważalnie więc uznać można mnie za świra.

Już dawno nie miałam tak dobrego humoru!!!
Jak mawiają moi koledzy:
OOOŁŁŁŁŁ JJJJEEEEEEEE

czwartek, 19 lipca 2012

CUKROWE SZTYWNIAKI NA POLÓWCE

- Czy ty wiesz, że nazwała mnie cukrowym sztywniakiem?! - powiedziała Rybka do koleżanki w pracy. Siedziały znudzone wklepywaniem cyferek, nazwisk i innych mało istotnych w tabelki. No ale robić trzeba, choćby cokolwiek, bo za samo gadanie płacić nie chcą, a szkoda.
- Kto? - zapytała nie odrywając wzroku od monitora.
- No ta, co nas wyciąga na babski wypad do miasta. Nie chciało mi się iść z nią do kina na powietrzu i tak mnie ochrzciła. Dzisiaj też mnie wyciąga - w jej głosie dało się słyszeć dźwięk zrezygnowania
- Nie, no dzisiaj pewnie jej przejdzie. Jest tak zimno i mokro ... - zatrzęsła się na samą myśl o wyjściu z domu wieczorem. Żeby to siłą miało być, pod groźbą grzywny lub krzywdy, to co innego, ale z własnej, niczym nie przymuszonej woli, o nieprzyzwoicie późnej porze ... Jak mawiają NO WAY
- Coś ty, ona ma ADHD ... - skwitowała zrezygnowana.

Wpadłam po pracy do domu, przebrałam się w robocze ciuchy. Dokończyłam malowanie pokoju potomstwa i wyciągnęłam sztywniaka na film. Rzekłabym nawet że "sztywniaków dwóch". Tym razem się udało, bo z przyczyn pogodowych seans z parku przeniesiony został do kina.
Rybka przez pół drogi powtarzała że niby wariatka jestem czy coś.
Pod koniec seansu sala, a raczej ludzie na niej przebywający wydali zgodny jęk zawodu - bo za szybko się skończyło. Zdecydowanie powinien być ciąg dalszy. Może kiedyś dopiszę kontynuację "Za daleko od nieba" czy jakoś tak.
- Za tydzień też idziemy - skwitowała już nieco rozluźniona, mniej sztywna Rybka
- Jakie za tydzień, w niedzielę !!!.
Tak więc "Polówka" w Łodzi zyskała kolejną zwolenniczkę. A że do końca wakacji zostało jeszcze trochę czasu, to kilka ciekawych filmów na pewno uda się nam jeszcze zobaczyć.

A pokój chłopców będzie wyglądał cudnie, bo ...
1) ja go malowałam (oczywiście z pomocą)
2) ja wybierałam kolor ścian i fototapetę
3) nie podoba się mojej mamie
Czekam teraz kiedy zacznie mnie przekupywać w celu zmiany kolorów ścian. Ze mną jej się nie uda. Boję się tylko ze potomstwo może dać się wkręcić. To będzie ich test z lojalności wobec matki oraz gustu. Ale i tak dzielna z siebie jestem jak nie wiem co.

Dzisiaj wypad ze sztywniakami płci babskiej. Jutro przyklejanie fototapety i ustawianie mebli, a później coś się wymyśli. Wszak muszę zorganizować sobie czas podczas nieobecności nieletnich. Jak wrócą, będę musiała być znowu wzorową Matka Polką. Więc teraz korzystam, na zapas.




****

TaaaaDaaaaam



Pomalowane, Fototapeta naklejona. Nawet listwy przypodłogowe sana swoim miejscu  ...
Pękam z dumy (dumna z siebie oczywiście jestem)