Strony

środa, 12 września 2012

MOJE MARZENIA ZAPISANE SĄ NUTAMI

Obiecałam sobie że chwalić się nie będę, żeby nie zapeszyć i w ogóle. Co chwila ktoś się mnie jednak dopytuje o szkoły do których poszłam.
Ale jak tu się nie chwalić, skoro z radości aż chce mi się skakać.
Jeden kierunek, jest ... hmmm ... dziwny?!
EKSPLOATACJA PORTÓW I TERMINALI
I chociaż sporo osób pukało się w głowę, ja się zapisałam. Czekaja mnie jeszcze badania wstępne, bo może okazać się na ten przykład że jestem za ślepa albo coś i nie mogę. Oczyma wyobraźni widzę jednak siebie, na lotnisku ....
Pierwsze zajęcia dopiero przede mną.

A szkoła druga, najcudniejsza i najbardziej wymarzona możliwych
WERBLEEEEEEEEEEEE, FANFARYYYYYY, OKLASKIIIIIIIIIII
Szkoła muzyczna :)
Zostałam przesłuchana i okazało się że daję radę, że się nadaję ...
Były już pierwsze zajęcia - i podobno będą ze mnie ludzie.

Były już pierwsze warsztaty - i jestem coraz bardziej zakochana w tej szkole, muzyce i w ogóle. Nawet deszcz mi nie przeszkadza.

To będą najcudniejsze dwa lata jakie można sobie wyobrazić :)
I od razu świat jest piękniejszy!





Obraz znaleziony w sieci

poniedziałek, 10 września 2012

SZKLARZ

Nad zaletami swymi, mogłabym rozpisywać się nie dzień, lecz dwa nawet. Wszak jestem bystra, mądra, urocza, zdolna .... oraz skromna nad wyraz.
Jednostką upartą i zawziętą jestem również. Większość moich znajomych mogłaby to potwierdzić.

Zrobiłam sobie szafę. W zasadzie to zrobili ją znajomi, mojego znajomego. Szło im długo, ale się udało. Ponieważ pomysłów miałam milion i jeszcze więcej w trakcie realizacji "zamówienia", nie mieli łatwego zadania. Z efektu jednak zadowolona jestem bardzo. W wersji (jak myślałam) ostatecznej, miało być lustro.
Umówiłam się ze szklarzem na pomiar.
- W poniedziałek koło godziny 10, ktoś do pani przyjedzie.
W tenże poniedziałek, w okolicy godziny 13 udałam się do zakładu szklarskiego, żeby grzecznie acz stanowczo zgłosić swoje niezadowolenie z tytułu olania mnie. Na drzwiach zobaczyłam kartkę :
"W dniu tym i tamtym (poniedziałek) zakład czynny od godziny 14:00"
W duchu wyrwało mi się kilka słów potocznie zwanych wulgarnymi.
Po 14:00 wykonałam telefon
- A mieliśmy do Pani przyjechać??!!
- Z tego co wiem - tak. Chyba że ja coś pokręciłam.
- Oj tak, przepraszam. Bo widzi pani, w kalendarzu zapisała panią szefowa. Tylko że nic nam nie powiedziała i jest na urlopie. Czy możemy umówić się na inny dzień?

Ponieważ sama wiem jak czasem komunikacja międzyludzka zawodzi, zgodziłam się grzecznie. Za tydzień czekałam o umówionej godzinie.
Po kolejnych 2, kiedy to nie doczekałam się kolejny raz, postanowiłam znowu zadzwonić

- A miał ktoś do pani przyjść?! - w słuchawce zabrzmiał głos zdziwionej pani. - To pracownicy panią zapisali jak byłam na urlopie i nic mi nie powiedzieli, wiec wysłałam ich do Warszawy ...

Kolejny termin został ustalony.
Przyszli za 4 razem.
Wymierzono moje drzwi w tą i w tamtą i z powrotem.
- Jeszcze dzisiaj zadzwoni do pani szefowa i poda dokładny koszt z montażem.

Na razie minęły 2 tygodnie. Oczywiście nikt nie zadzwonił.
Jak tylko będę w okolicy, zamierzam odwiedzić ów zakład i podziękować im pięknie za olanie sikiem prostym klienta. Może z nie największym zamówieniem, ale zawsze klienta, który mógłby później polecać usługi tu i tam. Uzyskali skutek odwrotny. Każdego komu do głowy wpadnie skorzystanie z ich usług, będę uprzedzać o sposobie ich pracy.

A co z moją szafą?!
Długo zastanawiać się nie musiałam, wszak pomysły szczególnie związane z wnętrzem mojego mieszkania to moja specjalność. Postanowiłam obić owe skrzydło materiałem. Problem zaczął się przy wyborze owego. Nic mi się nie podobało. Płótna były w nie takim odcieniu, bawełenki z nieciekawym wzorem. Aż razu pewnego zobaczyłam "LITERKI".
Zapałałam uczuciem do nich wielkim.
Oczywiście nabyłam drogą kupna odpowiedni kawałek, wyliczony tak, aby wystarczył również na osłonięcie kaloryfera i "obrusik" na stoliczek.
Wyobrażałam sobie że zamontowanie owego kawałka materiału przecudnej urody będzie jak przysłowiowa bułka z masłem. I o ile samo obicie płyty nie przysporzyło mi większych problemów, to z zamontowaniem okuć był problem. Okazało się że do tego nie wystarczą moje rączki. Poległo na tym 2 facetów. Dopiero 3, sposobem dał radę.
Teraz jestem już dumna i blada, oraz z radością chwalę się wam.
Nie sadziłam ze wyjdzie to aż tak fajnie.
Cóż, jednak ma się pomysły :)



czwartek, 6 września 2012

JUŻ JA COŚ WYMYŚLĘ

Pierwszy tydzień szkoły jeszcze dobrze się nie skończył, a w zasadzie dopiero co się rozpoczął, a my już mamy zaliczone pierwsze katary, temperatury, bóle głowy i czerwone gardła.
Znaczy, że jest dobrze.
Ostatnio, moja koleżanka stwierdziła, że już nic związanego z moją osobą nie jest w stanie jej zdziwić. Szkoda, bo ja czasem lubię zaskakiwać. Cóż, jestem przewidywalna. Zawsze jest duże prawdopodobieństwo ze zrobię coś, o czym normalny człowiek by nie pomyślał.
Zdążyłam już na ten przykład pomylić godziny rozpoczęcia roku szkolnego. Dobrze że dzień był ten sam.:)
W ciągu ostatnich tygodni, takich wpadek było co najmniej kilka, ale już przestałam zwracać na nie uwagę.
Kiedyś dawno temu, a w zasadzie jakiś rok ?! miałam "akcję karnetową". Jak tylko za obiad potomstwa swego w szkole zapłaciłam, to za chwilę taki karnet (zazwyczaj starszego potomka) ulegał biodegradacji. Czasem pozostawiał po sobie jedynie ślad w postaci upiornych paprochów w pralce. Pani w sekretariacie wyczerpała chyba wszystkie możliwości nacisku. Od groźby, przez szantaż na prośbach kończąc. Bezskutecznie. Zdarzało się co prawda czasem że karnet taki był w posiadaniu potomka dłużej niż 3 tyg. Zazwyczaj jednak po tygodniu rozpływał się w przestrzeni. Starałam się je zapobiegawczo kserować. Normą wiec było że po jakimś czasie zamiast np karteczki w kolorze zielonym na ten przykład, młody zanosił pani szarą. Raz zdarzyło mi się nawet nie donieść karnetów do domu ;) W końcu jaki syn, taka matka.
Ale uwaga!!!!
Podczas tegorocznego remontu, potocznie zwanego PALESTYNĄ, który to miał miejsce podczas nieobecności wakacyjnej potomstwa mego, wspomniane, nie doniesione do domu karnety znalazły się!!!
Piękne, w stanie idealnym, dwa, różowe, opisane imieniem i nazwiskiem, z datą PAŹDZIERNIK 2011.
Podejrzewam że ukryły się skutecznie ze strachu przed potomstwem i dopiero po upewnieniu się że nie wpadną w małe, wszędobylskie łapki postanowiły wyjść na światło dzienne. Same wcisnęły się do dziwnego notesika a potem cichaczem do szuflady z rzeczami pt "kiedyś na pewno się przyda".
W pierwszym momencie pomyślałam sobie że pobiegnę z szerokim uśmiechem do szkoły trzymając w ręku znalezisko, żeby pochwalić się pani sekretarce . W trosce o zdrowie wspomnianej miłej pani odpuściłam sobie.
Nie zdążyłam ich oprawić w ramki albo umieścić na jakimś honorowym miejscu ... bo znowu się zgubiły ... Ale kiedyś się znajdą.

W tym roku, wspomniane dowody wykupionych posiłków zostały wycofane!!!!!!!!!!!
Nie wiem czy za sprawą roztrzęsionej na sama myśl o karnetach wydawanych na nazwisko moich dzieci pani z sekretariatu, czy po prostu z oszczędności. Najważniejsze ze snu z powiek spędzać nam już nie będą.

Będę musiała znaleźć sobie jakąś inną przypadłość.
Notoryczne gubienie karnetów w tym roku się nie sprawdzi :)
Już ja coś wymyślę. Bo któż, jak nie ja.

poniedziałek, 3 września 2012

KONIEC LABY

KONIEC LABY
Potomstwo w ilości szt 2 odliczone, książki i zeszyty nabyte drogą kupna. Od jutra znowu wracam po cudnym urlopie do pracy, a potomstwo do placówek oświatowych, a konkretnie jednej, podstawówką zwaną  - HURAAAAA ;(
A było tak pięknie.
Nowe postanowienia, zmiany.
Znowu będę miała czas na buszowanie po blogach, na pisanie od czasu do czasu. Tylko przestane się wysypiać.
Nie będzie jednak czasu na aniołki, słoniki i inne lepianki.
Zapisałam się do szkoły. Nawet dwóch. To pierwszy mały kroczek do spełniania swoich marzeń. W końcu w wieku lat 20 + vat (bardzo wysoki) można już zacząć robić ciut dla siebie.
Potomstwo z lekkim zdziwieniem patrzyło na mnie jak składałam dokumenty. Wyglądali tak, jakby mieli ochotę zapytać się czy przypadkiem od nadmiaru słońca nie zaczęło mi się coś odklejać?!
Ja natomiast czuję się świetnie. I jeśli tylko zapału i funduszy mi wystarczy, oraz opracowania logistyczne zadziałają, to za 2 lata ...
Nie ma co na zapas się cieszyć.
Na razie jest cudnie.
Póki co, WAKACJE UWAŻAM ZA OFICJALNIE ZAKOŃCZONE.


czwartek, 26 lipca 2012

NOWE WCIELENIE MOJEJ DZIURY

Niektórzy z was mieli przyjemność widzieć (nawet na żywo) moją nową dziurę. W zasadzie to ona nie jest taka nowa, bo istnieje dokładnie tyle samo, o cały blok.
Do zeszłej soboty była moją szafą. Bardzo brzydką, starą, niefunkcjonalną i w ogóle be-fuj. Pierwszego dnia minionego weekendu, jako że pokój pociech został  już pomalowany i nie licząc kilku szczegółów na które muszę poczekać, dopieszczony, postanowiłam rozprawić się właśnie z ową wcześniej wspomnianą.

To, o się wtedy tam działo, to istny MEKSYK, albo jak mawiają PALESTYNA.
Gruz, tynk, dechy ... wszystko było wszędzie i w ilościach mogących wskazywać na rozbiórkę co najmniej  ściany łączącej mnie z sąsiadką .
Dzisiaj zobaczyć można już efekt. Nie jest to co prawda HOME MAKOVER, ale i tak dzielna jestem z siebie (po raz kolejny)



W tym miejscu pragnę podziękować:
- SELEROWI, bo dzielnie znosi moje pomysły i w milczeniu  łapie za ciężki sprzęt i działa.
- Dziewczynkom (córkom siostry mej najmłodszej) bo zasypiają przy dźwięku wiertarki, wyrzynarki i innych, nie marudząc i nie płacząc. Mam tylko nadzieję że traumy z tego tytułu mieć nie będą
- siostrze mojej, bo w tak uciążliwej gościnie ja bym długo nie wytrzymała, a ona po 2 miesiącach, nadal chce zostać jeszcze miesiąc!!!
- Sąsiadom, którzy pomimo zwyczaju że uciążliwe prace (czyt. wiercenie) wykonujemy do 20:00, dzielnie znoszą hałasy do punkt 22:00. Nikt nie przychodził ze skargą, a jak przyszedł to nie słyszałam, oraz policji i dzielnicowego na mnie nie napuścili.
- wszystkim innym, którzy w jakikolwiek sposób przyczynili się do bałaganu w moim domu, oraz mimo owego nie boją się tu przyjść.



środa, 25 lipca 2012

ZAKUPY

Jaki jest najskuteczniejszy (a przynajmniej jeden z) sposób na poprawienie humoru kobiecie?! - ZAKUPY.

Osobiście należę do dziwnych jednostek. Zakupów jako takich nie cierpię, chorobliwie nie znoszę i mdli mnie na samą myśl. Wymiguję się od niech jak mogę z zadowalającym mnie skutkiem. Do dnia dzisiejszego, jedynymi rzeczami zakupionymi, które mogły poprawić mi humor były skarpetki oraz piżama. Żadne tam szpilki, sukienki, błyskotki ...
No właśnie, do dzisiaj.
W dniu dzisiejszym nabyłam drogą kupna WYRZYNARKĘ!!!!
Oczywiście wszyscy w Łodzi i okolicy już wiedzą i tylko ukradkiem stukają się w czoło.
Do pełni szczęścia brakuje mi tylko wiertarki, ale to dopiero jak będę już mieszkała w domu z ogródkiem ...

W tym roku na urodziny od swojej rodzicielki dostałam skrzynkę z narzędziami.
Niepodważalnie więc uznać można mnie za świra.

Już dawno nie miałam tak dobrego humoru!!!
Jak mawiają moi koledzy:
OOOŁŁŁŁŁ JJJJEEEEEEEE

czwartek, 19 lipca 2012

CUKROWE SZTYWNIAKI NA POLÓWCE

- Czy ty wiesz, że nazwała mnie cukrowym sztywniakiem?! - powiedziała Rybka do koleżanki w pracy. Siedziały znudzone wklepywaniem cyferek, nazwisk i innych mało istotnych w tabelki. No ale robić trzeba, choćby cokolwiek, bo za samo gadanie płacić nie chcą, a szkoda.
- Kto? - zapytała nie odrywając wzroku od monitora.
- No ta, co nas wyciąga na babski wypad do miasta. Nie chciało mi się iść z nią do kina na powietrzu i tak mnie ochrzciła. Dzisiaj też mnie wyciąga - w jej głosie dało się słyszeć dźwięk zrezygnowania
- Nie, no dzisiaj pewnie jej przejdzie. Jest tak zimno i mokro ... - zatrzęsła się na samą myśl o wyjściu z domu wieczorem. Żeby to siłą miało być, pod groźbą grzywny lub krzywdy, to co innego, ale z własnej, niczym nie przymuszonej woli, o nieprzyzwoicie późnej porze ... Jak mawiają NO WAY
- Coś ty, ona ma ADHD ... - skwitowała zrezygnowana.

Wpadłam po pracy do domu, przebrałam się w robocze ciuchy. Dokończyłam malowanie pokoju potomstwa i wyciągnęłam sztywniaka na film. Rzekłabym nawet że "sztywniaków dwóch". Tym razem się udało, bo z przyczyn pogodowych seans z parku przeniesiony został do kina.
Rybka przez pół drogi powtarzała że niby wariatka jestem czy coś.
Pod koniec seansu sala, a raczej ludzie na niej przebywający wydali zgodny jęk zawodu - bo za szybko się skończyło. Zdecydowanie powinien być ciąg dalszy. Może kiedyś dopiszę kontynuację "Za daleko od nieba" czy jakoś tak.
- Za tydzień też idziemy - skwitowała już nieco rozluźniona, mniej sztywna Rybka
- Jakie za tydzień, w niedzielę !!!.
Tak więc "Polówka" w Łodzi zyskała kolejną zwolenniczkę. A że do końca wakacji zostało jeszcze trochę czasu, to kilka ciekawych filmów na pewno uda się nam jeszcze zobaczyć.

A pokój chłopców będzie wyglądał cudnie, bo ...
1) ja go malowałam (oczywiście z pomocą)
2) ja wybierałam kolor ścian i fototapetę
3) nie podoba się mojej mamie
Czekam teraz kiedy zacznie mnie przekupywać w celu zmiany kolorów ścian. Ze mną jej się nie uda. Boję się tylko ze potomstwo może dać się wkręcić. To będzie ich test z lojalności wobec matki oraz gustu. Ale i tak dzielna z siebie jestem jak nie wiem co.

Dzisiaj wypad ze sztywniakami płci babskiej. Jutro przyklejanie fototapety i ustawianie mebli, a później coś się wymyśli. Wszak muszę zorganizować sobie czas podczas nieobecności nieletnich. Jak wrócą, będę musiała być znowu wzorową Matka Polką. Więc teraz korzystam, na zapas.




****

TaaaaDaaaaam



Pomalowane, Fototapeta naklejona. Nawet listwy przypodłogowe sana swoim miejscu  ...
Pękam z dumy (dumna z siebie oczywiście jestem)




środa, 11 lipca 2012

niedziela, 8 lipca 2012

TAK CZY SIAK?

Na samym początku mojej wstrząsającej historii, pragnę poinformować - WRÓCIŁAM.
Ze zgrają w komplecie. Co prawda wyliniałam nieco niczym wąż, ale ogólnie uznać za całą i zdrową jednostkę mnie można.
Od razu zamieszczam obiecane dla Stardust i Pieprza zdjęcia, słoików, kubków ... pierdzących w każdym razie.Nie wiem czy można nazwać to nocnikami?!
Mam wrażenie że to jakaś wakacyjna moda
- Mamo, ja chcę takiego różowego PIERDZIUCHA - zawołała Gabrysia ciągnąc mamę swoją, a siostrę moją prywatną do straganów z pamiątkami
Taki pamiątkowy HIT tego lata.

A teraz to co nastąpić na wstępie powinno.
Zostałam zaproszona do zabawy przez Idę.
Zaczynamy:

1. Dzień czy noc?
Zdecydowanie noc jest moją najulubieńszą częścią "dnia"
2. Prasowanie czy sprzątanie?
Obu czynności chorobliwie nie znoszę. Z racji tego że najrzadziej wykonywana - to wolę prasowanie (głównie mebli)
3. Taniec czy śpiew?
ŚPIEW, najchętniej o każdej porze dnia i nocy.
4. Wypoczynek czynny czy bierny?
Marzy mi się bierny. Niestety często biernie padam na pysk.
5. Kwiatki czy iglaki?
Kwiatki - jeśli ktoś je za mnie podlewa, po jak przystało na ogrodnika dyplomowanego, jestem w stanie uśmiercić wszystko. Nawet sałatę na balkonie, chociaż tak jej nieźle szło. Ewentualnie cięte w ilościach hurtowych bym chciała. Tylko niech się same sprzątają po przekwitnięciu.
6. Czereśnie czy wiście?
Czereśnie świeże, wiśnie w likierze
7. Żaluzje czy firanki?
Chyba jednak staroświecko - firanki
8. Grill czy ognisko?
Grill przy ognisku
9. Pływanie czy bieganie?
taaaak. Taka ze mnie pływaczka jak i biegaczka. Z zasady nie pływam, a na bieganie mam zwolnienie od lekarza. Więc się turlam, ale takiej odpowiedzi autor pytań nie przewidział
10. Puzzle czy scrable?
Ponieważ przy grze scrable nie ma automatycznego sprawdzania pisowni - puzzle
11. Tak czy siak? 

Oczywiście - SIAK. TAK byłoby zbyt proste

No i teraz moja wyobraźnia. Z racji panujących upałów oraz skutków ubocznych z tym związanych - ścinające się biało w mózgu, uprasza się odpowiadających o wyrozumiałość.

1. Wanna czy prysznic?
2. Książka czy film?
3. Mróz czy upał?
4. Wino czy piwo?
5. Spodnie czy sukienka?
6. Komedia czy Horror?
7. Mięso czy jarzyny?
8. Czarne czy białe?
9. Morze czy góry?
10. Fortepian czy saksofon?
11. A jedenaste proszę sobie wymyślić, bo moja wena już smacznie śpi.


A do odpowiedzi na ochotnika poproszę:
Akulara
Zołzę 
Meaart
Inę
A reszta albo już odpowiadała albo i tak mnie nie czyta. Jeśli jednak kogoś w wyliczance swojej pominęłam, niech również się poczuje jako "wytypowany". Oraz ręki nie dam sobie uciąć czy któraś w wymienionych przypadkiem już nie była wcześniej wylosowana do tablicy ...



środa, 4 lipca 2012

Ocean Park

Lato, wakacje plaża ...Ale co robić kiedy pada deszcz?! Opcje na taką ewentualność mieliśmy zaplanowane, gdyż jak wiadomo - spędzamy urlop w kraju. Nad polskim morzem tak już jest, że pewne jest to że na plaży będzie piasek, a woda w morzu słona.
Jak do tej pory wyglądało na to że mam niezłe układy z tym na górze. Dzieci grzeczne - jak nie moje. Pogoda idealna. W 2 strzaskaliśmy się na mahoń oraz spraye i pianki na poparzenia słoneczne stały się częścią naszego ekwipunku. Trzeciego dnia ochłodziło się nieco i trochę posmarkało z nieba

- No i gdzie ta pogoda? - zapytał pewnien pan przy kasie Muzeum
- Jest w sam raz. Dzisiaj chłodniej, żeby odpocząć. Dokładnie taką zamawiałam. Jutro już będzie ładnie.
Prawdopodobnie przy składaniu zamówienia na pogodę zapomniałam dodać, że poproszę bez mżawki, deszczu i innych mokrych atrakcji.
Odwiedziliśmy na ten przykład Muzeum Motyli. W domu oczywiście lepienie z masy solnej ...
Kolejny pochmurny dzień trochę nas zniesmaczył, no ale cóż. Widocznie tam na górze stwierdzili że jeszcze nasze plecy nie nadają się na słońce. Postanowiliśmy więc pójść do Ocean Parku! Oczyma wyobraźni widziałam delfiny pływające nad głową. Orki w basenach i inne rybki ...
Chyba jednak naoglądałam się za dużo filmów.
Po dotarciu na miejsce, wykupieniu biletów, naszym oczom ukazał się ten widok:
Słowem - plac budowy.
kilka atrap zwierząt morskich. oczywiście przy każdym tabliczka - "nie dotykać eksponatów". Kilka makiet zupełnie niedokończonych


Było kilka fajnych makiet, ale mnie nie przekonały aż tak, żeby miejsce to polecić.


Najfajniejszym miejscem w całym parku był plac zabaw. Tyle tylko że padało, i najwięcej na nim byo mokrych, ubłoconych dzieci i wkurzonych rodziców.
Poza tym, płacić za plac zabaw 15 zł od dziecka i 20 zł od dorosłego - lekka przesada.
A w słoneczny piękny dzień ... wolę iść na plażę.

W ramach rekompensaty, po mojej interwencji ,dzieci dostały po upominku. Mogły sobie nawet wybrać między pierdzącym kubkiem, medalem z Grunwaldu, plakietką na drzwi a pieńkiem z siekierą z napisem - "masz przerąbane - Władysławowo". Przerąbane to mają zwiedzający park. A my jesteśmy bogatsi w pierdzące kubki. No i bilety na "kiedy chcemy" żeby przyjść tam jeszcze raz. Na pewno z nich nie skorzystamy. Jeśli jednak ktoś miałby ochotę, to z radością odstąpimy je śmiałkom (2 normalne i 3 ulgowe).

Jutro już ma być ciepło, bo tak sobie zamówiłam. Plecki już prawie nie bolą, wiec znowu można popluskać się w morskiej toni.