Strony

środa, 11 lipca 2012

niedziela, 8 lipca 2012

TAK CZY SIAK?

Na samym początku mojej wstrząsającej historii, pragnę poinformować - WRÓCIŁAM.
Ze zgrają w komplecie. Co prawda wyliniałam nieco niczym wąż, ale ogólnie uznać za całą i zdrową jednostkę mnie można.
Od razu zamieszczam obiecane dla Stardust i Pieprza zdjęcia, słoików, kubków ... pierdzących w każdym razie.Nie wiem czy można nazwać to nocnikami?!
Mam wrażenie że to jakaś wakacyjna moda
- Mamo, ja chcę takiego różowego PIERDZIUCHA - zawołała Gabrysia ciągnąc mamę swoją, a siostrę moją prywatną do straganów z pamiątkami
Taki pamiątkowy HIT tego lata.

A teraz to co nastąpić na wstępie powinno.
Zostałam zaproszona do zabawy przez Idę.
Zaczynamy:

1. Dzień czy noc?
Zdecydowanie noc jest moją najulubieńszą częścią "dnia"
2. Prasowanie czy sprzątanie?
Obu czynności chorobliwie nie znoszę. Z racji tego że najrzadziej wykonywana - to wolę prasowanie (głównie mebli)
3. Taniec czy śpiew?
ŚPIEW, najchętniej o każdej porze dnia i nocy.
4. Wypoczynek czynny czy bierny?
Marzy mi się bierny. Niestety często biernie padam na pysk.
5. Kwiatki czy iglaki?
Kwiatki - jeśli ktoś je za mnie podlewa, po jak przystało na ogrodnika dyplomowanego, jestem w stanie uśmiercić wszystko. Nawet sałatę na balkonie, chociaż tak jej nieźle szło. Ewentualnie cięte w ilościach hurtowych bym chciała. Tylko niech się same sprzątają po przekwitnięciu.
6. Czereśnie czy wiście?
Czereśnie świeże, wiśnie w likierze
7. Żaluzje czy firanki?
Chyba jednak staroświecko - firanki
8. Grill czy ognisko?
Grill przy ognisku
9. Pływanie czy bieganie?
taaaak. Taka ze mnie pływaczka jak i biegaczka. Z zasady nie pływam, a na bieganie mam zwolnienie od lekarza. Więc się turlam, ale takiej odpowiedzi autor pytań nie przewidział
10. Puzzle czy scrable?
Ponieważ przy grze scrable nie ma automatycznego sprawdzania pisowni - puzzle
11. Tak czy siak? 

Oczywiście - SIAK. TAK byłoby zbyt proste

No i teraz moja wyobraźnia. Z racji panujących upałów oraz skutków ubocznych z tym związanych - ścinające się biało w mózgu, uprasza się odpowiadających o wyrozumiałość.

1. Wanna czy prysznic?
2. Książka czy film?
3. Mróz czy upał?
4. Wino czy piwo?
5. Spodnie czy sukienka?
6. Komedia czy Horror?
7. Mięso czy jarzyny?
8. Czarne czy białe?
9. Morze czy góry?
10. Fortepian czy saksofon?
11. A jedenaste proszę sobie wymyślić, bo moja wena już smacznie śpi.


A do odpowiedzi na ochotnika poproszę:
Akulara
Zołzę 
Meaart
Inę
A reszta albo już odpowiadała albo i tak mnie nie czyta. Jeśli jednak kogoś w wyliczance swojej pominęłam, niech również się poczuje jako "wytypowany". Oraz ręki nie dam sobie uciąć czy któraś w wymienionych przypadkiem już nie była wcześniej wylosowana do tablicy ...



środa, 4 lipca 2012

Ocean Park

Lato, wakacje plaża ...Ale co robić kiedy pada deszcz?! Opcje na taką ewentualność mieliśmy zaplanowane, gdyż jak wiadomo - spędzamy urlop w kraju. Nad polskim morzem tak już jest, że pewne jest to że na plaży będzie piasek, a woda w morzu słona.
Jak do tej pory wyglądało na to że mam niezłe układy z tym na górze. Dzieci grzeczne - jak nie moje. Pogoda idealna. W 2 strzaskaliśmy się na mahoń oraz spraye i pianki na poparzenia słoneczne stały się częścią naszego ekwipunku. Trzeciego dnia ochłodziło się nieco i trochę posmarkało z nieba

- No i gdzie ta pogoda? - zapytał pewnien pan przy kasie Muzeum
- Jest w sam raz. Dzisiaj chłodniej, żeby odpocząć. Dokładnie taką zamawiałam. Jutro już będzie ładnie.
Prawdopodobnie przy składaniu zamówienia na pogodę zapomniałam dodać, że poproszę bez mżawki, deszczu i innych mokrych atrakcji.
Odwiedziliśmy na ten przykład Muzeum Motyli. W domu oczywiście lepienie z masy solnej ...
Kolejny pochmurny dzień trochę nas zniesmaczył, no ale cóż. Widocznie tam na górze stwierdzili że jeszcze nasze plecy nie nadają się na słońce. Postanowiliśmy więc pójść do Ocean Parku! Oczyma wyobraźni widziałam delfiny pływające nad głową. Orki w basenach i inne rybki ...
Chyba jednak naoglądałam się za dużo filmów.
Po dotarciu na miejsce, wykupieniu biletów, naszym oczom ukazał się ten widok:
Słowem - plac budowy.
kilka atrap zwierząt morskich. oczywiście przy każdym tabliczka - "nie dotykać eksponatów". Kilka makiet zupełnie niedokończonych


Było kilka fajnych makiet, ale mnie nie przekonały aż tak, żeby miejsce to polecić.


Najfajniejszym miejscem w całym parku był plac zabaw. Tyle tylko że padało, i najwięcej na nim byo mokrych, ubłoconych dzieci i wkurzonych rodziców.
Poza tym, płacić za plac zabaw 15 zł od dziecka i 20 zł od dorosłego - lekka przesada.
A w słoneczny piękny dzień ... wolę iść na plażę.

W ramach rekompensaty, po mojej interwencji ,dzieci dostały po upominku. Mogły sobie nawet wybrać między pierdzącym kubkiem, medalem z Grunwaldu, plakietką na drzwi a pieńkiem z siekierą z napisem - "masz przerąbane - Władysławowo". Przerąbane to mają zwiedzający park. A my jesteśmy bogatsi w pierdzące kubki. No i bilety na "kiedy chcemy" żeby przyjść tam jeszcze raz. Na pewno z nich nie skorzystamy. Jeśli jednak ktoś miałby ochotę, to z radością odstąpimy je śmiałkom (2 normalne i 3 ulgowe).

Jutro już ma być ciepło, bo tak sobie zamówiłam. Plecki już prawie nie bolą, wiec znowu można popluskać się w morskiej toni.

niedziela, 1 lipca 2012

WAKAJCE

No i znowu mamy wakacje ...
A jeszcze kilka dni temu:
- Spakowałeś się już do szkoły?
- Tak, na czwartek
- Ale dzisiaj jest wtorek!
- No właśnie. W środę będę miał już z głowy!


Część naszej drużyny wyruszyła w kierunku wypoczynku letniego, podczas gdy ja pozostawiałam po sobie w pracy porządek.
Mieliśmy jechać wszyscy razem w ilości szt 6,5 (0,5 stanowi Antosia jako niewiele miejsca zajmująca osobniczka), okazało się jednak że w pociągu relacji Łódź - Miejscowość Nadmorska, nie ma aż tylu wolnych miejsc.W zasadzie, to nie było żadnego.
Decyzją starszych postanowiono co następuje:
Część (5 szt w tym dzieci najmłodsze i najmniej marudzące) jedzie samochodem. Reszta - czym się da.
Tą resztą okazałam się ja i Marian.
W pociągu tylko miejsca stojące, w samolocie drogo jak nie wiem o poza tym nie dokładnie tam gdzie byśmy chcieli, chociaż w dobrym kierunku. rozważałam opcje autostopu, ale z Marianem nie miałabym szans. Wiadomo, sama to co innego. Wszak składam się z uroku osobistego i podczepionej do niego swojej skromnej osoby.
Jedyna realną opcją okazał się autokar. Znalazły się nawet wolne miejsca. Zakładając że oboje mamy wysoko rozwiniętą chorobę lokomocyjną, nie było to najlepsze rozwiązanie. Z racji tego że jedyne - idealne.
Nasłuchawszy się relacji z trasy tych pierwszych miałam nadzieję, że limit przygód został wyczerpany.
Podczas jazdy wpadła im pszczółka (nie maja) do samochodu przez otwartą szybę. Musieli się zatrzymać, żeby ją wygonić. Po kilku minutach ponownej jazdy, okazało się że że siostra moja młodsza ulubiona zgubiła na poboczu telefon, więc wrócić się musieli. Telefon cierpliwie czekał w trawie. Chwilę później, okazało się że Antosia - najmłodsza z podróżujących, się ... zesrała. Potem jechali już bez przeszkód.
A my, pięknego sobotniego wieczora, dotarliśmy na dworzec autobusowym zwanym. Autokar  spóźnił się kilka minut, ale w zasadzie można to uznać za spóźnienie w dobrym tonie. Zobaczywszy autokar, pomyślałam że to żart. Do pobliskich miejscowości, jeździły "wypasione wozy", a nasz - trochę nowszy ogóras.
- O której godzinie będziemy na miejscu? - zapytałam grzecznie kierowcę.
- Droga pani - odpowiedział grzecznie - nie mam pojęcia. Jadę pierwszy raz. Jeśli nie zabłądzimy, to  powinniśmy dojechać na czas.
Nogi mi się ugięły, pot zimy po plecach spłynął.
Podróż minęła nam nad zwyczaj spokojnie, nie licząc cieknącej klimatyzacji - jedna z pasażerek została wybudzona kubłem zimnej wody z tejże maszyny chłodzącej, którą później kierowca profilaktycznie wyłączył.
A teraz smażymy się na plaży, nic nie robimy, śpimy jak długo nam się podoba i nie ma nas dla nikogo!
Jest CUDNIE!!!

P.S.
Wracamy pociągiem. Trzymali dla nas 2 wolne miejsca ;)
Tak więc wrócę jak będę i dobrze mi z tym.

czwartek, 28 czerwca 2012

Życie

Życie wymusza na nas różne decyzje.
Na mnie przyszedł czas - ALBO ON ALBO JA.
Nie będę siedzieć i patrzeć jak ktoś sobie mną zad wyciera...
Dlatego SZUKAM PRACY.
 

Liczę na to że od propozycji zatka mi się skrzynka mailowa. Jedna i druga :)

RADOSNE KOŃCE

Kończy się ....
Wiele rzeczy powoli się kończy. Półrocze na ten przykład, albo rok szkolny - ku radości nieletnich i nie tylko. Kończy się także czas posiadania gipsu przez Mariana na kończynie zwanej  prawą górną.
Dziś nastąpi uroczyste rozstanie.

- Chciałabym przyjść z potomkiem na zdjęcie gipsu. Czy mogę jeszcze dzisiaj, czy jest już za późno i lepiej przyjść jutro? - zapytałam grzecznie
- Kochaniutka, a była pani umówiona? - głos w słuchawce zawołał złośliwie.
- Nie, nie byłam - oznajmiłam zgodnie z prawdą - Jednak pamiętam że u Państwa nie trzeba było się umawiać
Z tego co pamiętam, to należało się jedynie zapatrzeć w cierpliwość oraz gadżety do zabijania czasu w poczekalni. Np gry planszowe, książki, paluszki w ilości wystarczającej na 4-5 godzin.
- Kiedyś tak, ale przez Szpital niepowiemktóry już trzeba. A kto panią tu przysłał?
- Pani ze Szpitala niepowiemktórego bo u nich najbliższy termin jest na koniec lipca.
- To my mamy na przyszły tydzień.
- Ale moje dziecko zaczyna się zrastać z nową rękawiczką oraz wyjeżdżamy na wakacje ... Czy mogłaby mi pani cos poradzić ... - poprosiłam, bo wizja Marian przez kolejne tygodnie z gipsem, który nie dość ze zaczyna kształtem przypominać nie wiem co, to kolorem już tylko do kupy błota z trawą i jeszcze czymś wymieszanym jest podobny. Poza tym, jak miałam mu wytłumaczyć, że nie wejdzie do wody przez gips, chociaż palec już się zrósł (chyba -  mam taka nadzieję)?!
 Warcząca na początku pani, uprzejmie już podała mi numery do pozostałych 3 placówek świadczących takie właśnie  "usługi dla ludzkości"
Jeden z nich był do wspomnianego Szpitala niepowiemktórego, następny do Szpitala na końcu Świata a trzeci głuchy.
Korzystając z inteligencji swojej oraz lekkiej podpowiedzi, zadzwoniłam do ..... NFZ z prośbą o pomoc.
Uzyskałam odpowiedź, która średnio mnie zadowoliła, ale ..
Proszę spróbować za chwilę jeszcze raz zadzwonić tam gdzie nie odbierali, albo przejść się do Szpitala niepowiemktórego i poprosić ich o zdjęcie gipsu, ponieważ jest to ich obowiązek jako kontynuacji leczenia. Jeśli odmówią, niech dadzą Pani to na piśmie i wtedy z tym do nas!

Druga propozycja najbardziej mi się podobałam. Oczyma wyobraźni już widziałam ten siwy dym na korytarzu oraz mnie w akcji ...
Tylko że jako szczęśliwa posiadaczka etatu nie mogłam pozwolić sobie na dzień wolny tuż przed zakończeniem miesiąca i przed urlopem. Pomimo wielkich starań, nie mogłam wyobrazić sobie swojej mamy, która kłóci się z panią z rejestracji, robi dym i trzaska drzwiami.

Pozostało zatem zdjęcie gipsu własnoręcznie. Już prawie złapałam się za nożyczki, kiedy przypomniało mi się, że miałam spróbować zadzwonić pod trzeci głuchy numer.
- Halo - odezwał się głos już w połowie pierwszego sygnału. Zaskoczona byłam tak bardzo, ze się prawie zakrztusiłam powietrzem ....

Tak więc idziemy zdjąć gips w cywilizowanych warunkach jeszcze dzisiaj, to jest 2 dni po owym telefonie.
Różne rzeczy słyszałam i osobiście myślałam o naszej służbie zdrowia, W wielu kwestiach zdania na pewno nie zmienię, chociaż bardzo bym chciała. Jedno jest pewne, chyba trochę niektórzy się ich boją, albo chociaż respekt czują?!

czwartek, 14 czerwca 2012

CUD 13go


W kwietniu po raz tysiącpięćsetniewiemktóry wysłałam maila do szkoły w Irlandii z zapytaniem o mój certyfikat ukończenia kursu nauki języka angielskiego, który uległ biodegradacji.
Wczoraj, to jest 13 go dnia miesiąca czerwca, dostałam potwierdzenie przeczytania wiadomości!!!

I chociaż odpowiedź uzyskaną inną drogą już znam, być może uzyskam pisemną inną, bardziej mi się podobającą?!

A dzisiaj ...
Jak dobrze ze wzięłam do pracy okulary przeciwsłoneczne zamiast przecudnej urody parasola.
Pada, leje, grzmi ...




Zdjęcie znalezione w sieci

środa, 13 czerwca 2012

WPŁYW EURO NA OKIENNICE

- Co za dzień - wymamrotała przez zaciśnięte zęby pani urzędniczka spoglądając na sznur ludzi ustawionych do jej okienka - Czy oni nie maja kiedy przyjść?! - pozostawiła bez odpowiedzi.

A no nie mają pomyślałam sobie., jako szczęśliwa "kolejkowiczka" usytuowana na pozycji prawie że początkowej.
O godzinie 8:10 byłam może 5-ta w kolejności. 10 min później, ludzi za mną było już milion, a kolejka wychodziła poza budynek.
Patrząc na minę "szczęśliwej" pani w okienku, jedyne o czym mogłam sobie pomyśleć to  to, że 13-ty nie jest taki straszny jak o nim mawiają, przy najmniej dla mnie. Mogłam wszak zaspać na ten przykład i kolejny raz nie zdążyć odebrać dokumentów umożliwiających mojemu potomstwu na wakacyjny wyjazd. Albo mogłam swojej osoby szukać na końcu kolejki gdyby pan kierowca autobusu zamarudził gdzieś po drodze i przyjazd mój opóźniłby się o kilka choćby minut. Mogłam również jak dnia poprzedniego nic nie załatwić, bo kto by pamiętał o zabraniu starych paszportów.  Mogło być tysiącpińćset powodów dla niezadowolenia, ale takowych znaleźć nie umiałam w przeciwieństwie do wspomnianej już pani z okienka. Kto to wymyślił, żeby ludzie stali w kolejce kilka minut po otworzeniu się wrót urzędu, nie pozwalając tym samym na poranne ploteczki, kawki i takie tam.
A może owa pani nie była zadowolona z wczorajszego wyniku meczu?!
Ja się nie znam, ale wszyscy mówią że źle nie było.
Więc oznaczać to może tylko tyle, że jest dobrze!

Nawet kibicowałam trochę - jednym okiem, bo drugim poczytywałam sobie. Wiedziałam również kiedy radość okazać swoją. Wcale nie dlatego że bacznie śledziłam akcję rozgrywająca się na ekranie. Chociaż pewnie i to nic by mi nie dało.
Otóż sąsiedzi moi, nie wiem którzy - za pewne większość - również obserwowali toczącą się piłkę oraz facetów za nią latających, głośno okazując swoje zadowolenie lub też jego brak. W pewnym momencie usłyszałam okrzyki, wiwaty, radości, trąbki. Gdyby dołożono do tego fajerwerki, gotowa byłabym pomyśleć że to Nowy Rok w środku lata. Zupełnie jak w "Lejdis".
Zastanawiałam się nawet, cóż za patriota ogląda inny mecz, kiedy jego rodacy w pocie czoła grają, bo na ekranie mojego telewizora, ciągle biegali i jakby nic się ciekawego nie działo. Aż tu po kilku sekundach domownicy aktualnie ze mną przebywający, podskoczyli z radości lekko dozując reakcje dźwiękowe z racji śpiącej obok Antoniny. W tym samym momencie za oknem usłyszałam buczenie, jęki i gwizdy niezadowolenia. Zupełnie zbaraniałam. Chwile później i u mnie wszyscy oklapli ze smutkiem na kanapy. I wtedy, mój mocno już zmęczony umysł zaskoczył. Mój już niekoniecznie pierwszej młodości, powiedziałabym wręcz ze długopoogwarancyjny telewizor pokazywał nam to, co inni widzieli już chwil kilka temu. I kiedy my z Radości skakaliśmy, inni już dawno o tym zapomnieli.
Podobno trochę to psuło emocje, bo już wiadomo było czy po akcji będzie gol - wszyscy z uwagą nasłuchiwali dźwięków z zewnątrz. Dla mnie jednak było to wybawienie. Zaczytana, jak usłyszałam okrzyki sąsiadów, nie przegapiłam żadnej akcji. Bramek co prawda nie było zbyt wiele, ale ich ilość i jakość względnie zadowalająca ogół, zadowoliła w zupełności i moją skromną osobę, gdyż w tym temacie wymagająca nie jestem.



Zdjęcie znalezione w sieci

piątek, 8 czerwca 2012

BRAMKARZ

Po co mama ma urlop?! A no właśnie po o żeby spędzić ten czas ze swoim potomstwem do reszty mu się oddając w żadnym wypadku nie po to żeby odpocząć. Bo nie ma takiej potrzeby. Odpocznie w pracy, w poniedziałek.
Wczorajsze przygotowania do dzisiejszego meczu zakończyły się niewielką kontuzją.
Marian dzielnie stał na bramce. Bronił jej zacięcie.
Wynik - jeden połamany palec.
Dzisiejsze przedpołudnie mieliśmy tylko dla siebie. Spędziliśmy je w izbie przyjęć w szpitalu.
Dlaczego dzisiaj, a nie wczoraj?! Bo mój ulubiony młodszy syn jest zuchem jak nie wiem co. Bolało go, ale jak mówił, bez przesady. Wszyscy podejrzewali stłuczenie. Nawet pani w izbie przyjęć z nutą lekkiej złośliwości mówiła "Pani doktor, do pani, pacjent z obitym paluszkiem".
Dzisiaj rano, mój dzielny syn obudził się  ze spuchniętą, lekko podsiniałą ręką. Zamiast płakać że go boli, to nie dość ze dał rodzicielce pospać do 9-tej, to jeszcze wmawiał, że tragedii nie ma, bo jak nim - tym palcem - nie rusza to ni nie boli.
 Cóż mogłam zrobić w obliczu cichego cierpienia potomka swego?!
Spakowałam nas w autobus bombardując po drodze telefonicznie wszystkie miejsca które mogły udzielić mi informacji o najbliższym dyżurze chirurgicznym.
Czekając na opis prześwietlenia ...
- Mamo, bo wiesz, ja to jednak będę zawodowym bramkarzem - powiedział zdecydowanie Marian
- To już nie malarzem?
- Malować będę, tak z przyjemności. Będę swoje obrazy sprzedawał. Ale zarabiać na życie będę z piłki.

Ja w wieku 7, no prawie 8 lat chyba nie miałam takich wizji swojego dorosłego życia. I nawet kontuzja go nie zraziła.





Oraz kibicował dzielnie

piątek, 1 czerwca 2012

DZIEŃ DZIECKA

Dzieckiem dla swej ulubionej mamy będę zawsze, do końca świata i jeszcze dłużej.
Taka "małą dziewczynką", chociaż natura szczodrze mnie obdarzyła i to nie koniecznie tam gdzie bym chciała. Ale co ja tam wiem.
W związku z powyższym, ręcami i nogyma  podtrzymuję że dzisiejsze święto jest również i do mnie skierowane.
W wieku lat już nie 20stu, człowiek czasem zapomina o radości dziecięcej przytłoczony codziennymi obowiązkami i opieka nad kolejnym pokoleniem.
Ja staram się jednak pamiętać pomiędzy zrzędzeniem, praniem, gotowaniem ...  noszę pomarańczowe trampki, chociaż może już nie wypada, kolorowe spinki we włosach, lepię dziwactwa z masy solnej ...
Ostatnio wpadłam tez na GENIALNY pomysł wraz z moją osobista jedną z najulubieńszych koleżanek.
Idziemy do szkoły!!!
W wolne weekendy, zamiast oddawać się rozkoszy sprzątania, będziemy się uczyć.
Pomysł w fazie wstępnej został pozytywnie przyjęty przez kilka osób z mojego otoczenia. Może dlatego, że nie były one w grupie osób o podwyższonym ryzyku sprawowania opieki nam potomstwem mym w czasie kiedy to matka wspomnianego potomstwa oddawałaby się urokom znienawidzonej przez większość nieletnich szkoły.
Dziwne miny oraz komentarze zaczynały się w momencie, kiedy przedstawiałam kierunek na jaki się z koleżanka Gruszką wybieramy: EKSPLOATACJA PORTÓW I TERMINALI
Moim skromnym zdaniem brzmi cudnie. Na lotnisku bywam tylko jako pasażerka. Tam jeszcze nie pracowałam, choć nie jedno już w życiu robiłam. Takiego zawodu jeszcze nie posiadam, a wspaniale by się zapewne prezentował w moim zbiorze zawodów (w większości nieprzydatnych, choć śmiem sądzić że ten byłby radośnie wykorzystywany o ile do jakiegoś portu czy na jakieś lotnisko od strony służbowej byłabym wpuszczona).
Oraz znowu mogłabym bezkarnie poczuć się może nie jak dziecko, ale jak młodzież ...

Jest jeszcze szansa że kierunku tego jednak nie otworzą w mieście moim ulubionym, i winę za niezrealizowane mojego pomysłu będę mogła zwalić na szkołę, a nie na brak organizacji.
Bowiem jeśli nie znajdzie się chętny na przygarnianie moich pociech w co drugi weekend przez najbliższe 2 lata, z moich planów nici.
Póki co, nie znalazł się śmiałek.

A teraz, mojemu najcudniejszemu na świecie potomstwu w ilości szt 2, oraz wszystkim innym, szczególnie spokrewnionym ze mną dzieciom i dorosłym, w których krąży jeszcze choćby kropla dziecięcej krwi, życzę CUDNEGO DNIA DZIECKA

Musiałam, bo nie mogłam się powstrzymać ... Przyleciała do mnie moja ulubiona młodsza siostra, tak jak zagroziła. Będzie u nie przez 3 miesiące!!! Oj, będzie się działo :) (chyba się powtarzam)
Na zdjęciu wyżej, moje potomstwo płci męskiej wraz z moją córką chrzestną Antosią.
Na zdjęciu poniżej Marian z Gabrysią.
Obie panny, to potomstwo siostry mojej osobistej młodszej, gdyż starsza z racji wykonywanego "zawodu" takowego nie posiada.



I trochę spóźnione - SERDUSZKA DLA MAMY