No i znowu mamy wakacje ...
A jeszcze kilka dni temu:
- Spakowałeś się już do szkoły?
- Tak, na czwartek
- Ale dzisiaj jest wtorek!
- No właśnie. W środę będę miał już z głowy!
Część naszej drużyny wyruszyła w kierunku wypoczynku letniego, podczas gdy ja pozostawiałam po sobie w pracy porządek.
Mieliśmy jechać wszyscy razem w ilości szt 6,5 (0,5 stanowi Antosia jako niewiele miejsca zajmująca osobniczka), okazało się jednak że w pociągu relacji Łódź - Miejscowość Nadmorska, nie ma aż tylu wolnych miejsc.W zasadzie, to nie było żadnego.
Decyzją starszych postanowiono co następuje:
Część (5 szt w tym dzieci najmłodsze i najmniej marudzące) jedzie samochodem. Reszta - czym się da.
Tą resztą okazałam się ja i Marian.
W pociągu tylko miejsca stojące, w samolocie drogo jak nie wiem o poza tym nie dokładnie tam gdzie byśmy chcieli, chociaż w dobrym kierunku. rozważałam opcje autostopu, ale z Marianem nie miałabym szans. Wiadomo, sama to co innego. Wszak składam się z uroku osobistego i podczepionej do niego swojej skromnej osoby.
Jedyna realną opcją okazał się autokar. Znalazły się nawet wolne miejsca. Zakładając że oboje mamy wysoko rozwiniętą chorobę lokomocyjną, nie było to najlepsze rozwiązanie. Z racji tego że jedyne - idealne.
Nasłuchawszy się relacji z trasy tych pierwszych miałam nadzieję, że limit przygód został wyczerpany.
Podczas jazdy wpadła im pszczółka (nie maja) do samochodu przez otwartą szybę. Musieli się zatrzymać, żeby ją wygonić. Po kilku minutach ponownej jazdy, okazało się że że siostra moja młodsza ulubiona zgubiła na poboczu telefon, więc wrócić się musieli. Telefon cierpliwie czekał w trawie. Chwilę później, okazało się że Antosia - najmłodsza z podróżujących, się ... zesrała. Potem jechali już bez przeszkód.
A my, pięknego sobotniego wieczora, dotarliśmy na dworzec autobusowym zwanym. Autokar spóźnił się kilka minut, ale w zasadzie można to uznać za spóźnienie w dobrym tonie. Zobaczywszy autokar, pomyślałam że to żart. Do pobliskich miejscowości, jeździły "wypasione wozy", a nasz - trochę nowszy ogóras.
- O której godzinie będziemy na miejscu? - zapytałam grzecznie kierowcę.
- Droga pani - odpowiedział grzecznie - nie mam pojęcia. Jadę pierwszy raz. Jeśli nie zabłądzimy, to powinniśmy dojechać na czas.
Nogi mi się ugięły, pot zimy po plecach spłynął.
Podróż minęła nam nad zwyczaj spokojnie, nie licząc cieknącej klimatyzacji - jedna z pasażerek została wybudzona kubłem zimnej wody z tejże maszyny chłodzącej, którą później kierowca profilaktycznie wyłączył.
A teraz smażymy się na plaży, nic nie robimy, śpimy jak długo nam się podoba i nie ma nas dla nikogo!
Jest CUDNIE!!!
P.S.
Wracamy pociągiem. Trzymali dla nas 2 wolne miejsca ;)
Tak więc wrócę jak będę i dobrze mi z tym.
niedziela, 1 lipca 2012
czwartek, 28 czerwca 2012
Życie
Życie wymusza na nas różne decyzje.
Na mnie przyszedł czas - ALBO ON ALBO JA.
Nie będę siedzieć i patrzeć jak ktoś sobie mną zad wyciera...
Dlatego SZUKAM PRACY.
Liczę na to że od propozycji zatka mi się skrzynka mailowa. Jedna i druga :)
Na mnie przyszedł czas - ALBO ON ALBO JA.
Nie będę siedzieć i patrzeć jak ktoś sobie mną zad wyciera...
Dlatego SZUKAM PRACY.
Liczę na to że od propozycji zatka mi się skrzynka mailowa. Jedna i druga :)
RADOSNE KOŃCE
Kończy się ....
Wiele rzeczy powoli się kończy. Półrocze na ten przykład, albo rok szkolny - ku radości nieletnich i nie tylko. Kończy się także czas posiadania gipsu przez Mariana na kończynie zwanej prawą górną.
Dziś nastąpi uroczyste rozstanie.
- Chciałabym przyjść z potomkiem na zdjęcie gipsu. Czy mogę jeszcze dzisiaj, czy jest już za późno i lepiej przyjść jutro? - zapytałam grzecznie
- Kochaniutka, a była pani umówiona? - głos w słuchawce zawołał złośliwie.
- Nie, nie byłam - oznajmiłam zgodnie z prawdą - Jednak pamiętam że u Państwa nie trzeba było się umawiać
Z tego co pamiętam, to należało się jedynie zapatrzeć w cierpliwość oraz gadżety do zabijania czasu w poczekalni. Np gry planszowe, książki, paluszki w ilości wystarczającej na 4-5 godzin.
- Kiedyś tak, ale przez Szpital niepowiemktóry już trzeba. A kto panią tu przysłał?
- Pani ze Szpitala niepowiemktórego bo u nich najbliższy termin jest na koniec lipca.
- To my mamy na przyszły tydzień.
- Ale moje dziecko zaczyna się zrastać z nową rękawiczką oraz wyjeżdżamy na wakacje ... Czy mogłaby mi pani cos poradzić ... - poprosiłam, bo wizja Marian przez kolejne tygodnie z gipsem, który nie dość ze zaczyna kształtem przypominać nie wiem co, to kolorem już tylko do kupy błota z trawą i jeszcze czymś wymieszanym jest podobny. Poza tym, jak miałam mu wytłumaczyć, że nie wejdzie do wody przez gips, chociaż palec już się zrósł (chyba - mam taka nadzieję)?!
Warcząca na początku pani, uprzejmie już podała mi numery do pozostałych 3 placówek świadczących takie właśnie "usługi dla ludzkości"
Jeden z nich był do wspomnianego Szpitala niepowiemktórego, następny do Szpitala na końcu Świata a trzeci głuchy.
Korzystając z inteligencji swojej oraz lekkiej podpowiedzi, zadzwoniłam do ..... NFZ z prośbą o pomoc.
Uzyskałam odpowiedź, która średnio mnie zadowoliła, ale ..
Proszę spróbować za chwilę jeszcze raz zadzwonić tam gdzie nie odbierali, albo przejść się do Szpitala niepowiemktórego i poprosić ich o zdjęcie gipsu, ponieważ jest to ich obowiązek jako kontynuacji leczenia. Jeśli odmówią, niech dadzą Pani to na piśmie i wtedy z tym do nas!
Druga propozycja najbardziej mi się podobałam. Oczyma wyobraźni już widziałam ten siwy dym na korytarzu oraz mnie w akcji ...
Tylko że jako szczęśliwa posiadaczka etatu nie mogłam pozwolić sobie na dzień wolny tuż przed zakończeniem miesiąca i przed urlopem. Pomimo wielkich starań, nie mogłam wyobrazić sobie swojej mamy, która kłóci się z panią z rejestracji, robi dym i trzaska drzwiami.
Pozostało zatem zdjęcie gipsu własnoręcznie. Już prawie złapałam się za nożyczki, kiedy przypomniało mi się, że miałam spróbować zadzwonić pod trzeci głuchy numer.
- Halo - odezwał się głos już w połowie pierwszego sygnału. Zaskoczona byłam tak bardzo, ze się prawie zakrztusiłam powietrzem ....
Tak więc idziemy zdjąć gips w cywilizowanych warunkach jeszcze dzisiaj, to jest 2 dni po owym telefonie.
Różne rzeczy słyszałam i osobiście myślałam o naszej służbie zdrowia, W wielu kwestiach zdania na pewno nie zmienię, chociaż bardzo bym chciała. Jedno jest pewne, chyba trochę niektórzy się ich boją, albo chociaż respekt czują?!
Wiele rzeczy powoli się kończy. Półrocze na ten przykład, albo rok szkolny - ku radości nieletnich i nie tylko. Kończy się także czas posiadania gipsu przez Mariana na kończynie zwanej prawą górną.
Dziś nastąpi uroczyste rozstanie.
- Chciałabym przyjść z potomkiem na zdjęcie gipsu. Czy mogę jeszcze dzisiaj, czy jest już za późno i lepiej przyjść jutro? - zapytałam grzecznie
- Kochaniutka, a była pani umówiona? - głos w słuchawce zawołał złośliwie.
- Nie, nie byłam - oznajmiłam zgodnie z prawdą - Jednak pamiętam że u Państwa nie trzeba było się umawiać
Z tego co pamiętam, to należało się jedynie zapatrzeć w cierpliwość oraz gadżety do zabijania czasu w poczekalni. Np gry planszowe, książki, paluszki w ilości wystarczającej na 4-5 godzin.
- Kiedyś tak, ale przez Szpital niepowiemktóry już trzeba. A kto panią tu przysłał?
- Pani ze Szpitala niepowiemktórego bo u nich najbliższy termin jest na koniec lipca.
- To my mamy na przyszły tydzień.
- Ale moje dziecko zaczyna się zrastać z nową rękawiczką oraz wyjeżdżamy na wakacje ... Czy mogłaby mi pani cos poradzić ... - poprosiłam, bo wizja Marian przez kolejne tygodnie z gipsem, który nie dość ze zaczyna kształtem przypominać nie wiem co, to kolorem już tylko do kupy błota z trawą i jeszcze czymś wymieszanym jest podobny. Poza tym, jak miałam mu wytłumaczyć, że nie wejdzie do wody przez gips, chociaż palec już się zrósł (chyba - mam taka nadzieję)?!
Warcząca na początku pani, uprzejmie już podała mi numery do pozostałych 3 placówek świadczących takie właśnie "usługi dla ludzkości"
Jeden z nich był do wspomnianego Szpitala niepowiemktórego, następny do Szpitala na końcu Świata a trzeci głuchy.
Korzystając z inteligencji swojej oraz lekkiej podpowiedzi, zadzwoniłam do ..... NFZ z prośbą o pomoc.
Uzyskałam odpowiedź, która średnio mnie zadowoliła, ale ..
Proszę spróbować za chwilę jeszcze raz zadzwonić tam gdzie nie odbierali, albo przejść się do Szpitala niepowiemktórego i poprosić ich o zdjęcie gipsu, ponieważ jest to ich obowiązek jako kontynuacji leczenia. Jeśli odmówią, niech dadzą Pani to na piśmie i wtedy z tym do nas!
Druga propozycja najbardziej mi się podobałam. Oczyma wyobraźni już widziałam ten siwy dym na korytarzu oraz mnie w akcji ...
Tylko że jako szczęśliwa posiadaczka etatu nie mogłam pozwolić sobie na dzień wolny tuż przed zakończeniem miesiąca i przed urlopem. Pomimo wielkich starań, nie mogłam wyobrazić sobie swojej mamy, która kłóci się z panią z rejestracji, robi dym i trzaska drzwiami.
Pozostało zatem zdjęcie gipsu własnoręcznie. Już prawie złapałam się za nożyczki, kiedy przypomniało mi się, że miałam spróbować zadzwonić pod trzeci głuchy numer.
- Halo - odezwał się głos już w połowie pierwszego sygnału. Zaskoczona byłam tak bardzo, ze się prawie zakrztusiłam powietrzem ....
Tak więc idziemy zdjąć gips w cywilizowanych warunkach jeszcze dzisiaj, to jest 2 dni po owym telefonie.
Różne rzeczy słyszałam i osobiście myślałam o naszej służbie zdrowia, W wielu kwestiach zdania na pewno nie zmienię, chociaż bardzo bym chciała. Jedno jest pewne, chyba trochę niektórzy się ich boją, albo chociaż respekt czują?!
czwartek, 14 czerwca 2012
CUD 13go
Wczoraj, to jest 13 go dnia miesiąca czerwca, dostałam potwierdzenie przeczytania wiadomości!!!
I chociaż odpowiedź uzyskaną inną drogą już znam, być może uzyskam pisemną inną, bardziej mi się podobającą?!
A dzisiaj ...
Jak dobrze ze wzięłam do pracy okulary przeciwsłoneczne zamiast przecudnej urody parasola.
Pada, leje, grzmi ...
Zdjęcie znalezione w sieci
środa, 13 czerwca 2012
WPŁYW EURO NA OKIENNICE
- Co za dzień - wymamrotała przez zaciśnięte zęby pani urzędniczka spoglądając na sznur ludzi ustawionych do jej okienka - Czy oni nie maja kiedy przyjść?! - pozostawiła bez odpowiedzi.A no nie mają pomyślałam sobie., jako szczęśliwa "kolejkowiczka" usytuowana na pozycji prawie że początkowej.
O godzinie 8:10 byłam może 5-ta w kolejności. 10 min później, ludzi za mną było już milion, a kolejka wychodziła poza budynek.
Patrząc na minę "szczęśliwej" pani w okienku, jedyne o czym mogłam sobie pomyśleć to to, że 13-ty nie jest taki straszny jak o nim mawiają, przy najmniej dla mnie. Mogłam wszak zaspać na ten przykład i kolejny raz nie zdążyć odebrać dokumentów umożliwiających mojemu potomstwu na wakacyjny wyjazd. Albo mogłam swojej osoby szukać na końcu kolejki gdyby pan kierowca autobusu zamarudził gdzieś po drodze i przyjazd mój opóźniłby się o kilka choćby minut. Mogłam również jak dnia poprzedniego nic nie załatwić, bo kto by pamiętał o zabraniu starych paszportów. Mogło być tysiącpińćset powodów dla niezadowolenia, ale takowych znaleźć nie umiałam w przeciwieństwie do wspomnianej już pani z okienka. Kto to wymyślił, żeby ludzie stali w kolejce kilka minut po otworzeniu się wrót urzędu, nie pozwalając tym samym na poranne ploteczki, kawki i takie tam.
A może owa pani nie była zadowolona z wczorajszego wyniku meczu?!
Ja się nie znam, ale wszyscy mówią że źle nie było.
Więc oznaczać to może tylko tyle, że jest dobrze!
Nawet kibicowałam trochę - jednym okiem, bo drugim poczytywałam sobie. Wiedziałam również kiedy radość okazać swoją. Wcale nie dlatego że bacznie śledziłam akcję rozgrywająca się na ekranie. Chociaż pewnie i to nic by mi nie dało.
Otóż sąsiedzi moi, nie wiem którzy - za pewne większość - również obserwowali toczącą się piłkę oraz facetów za nią latających, głośno okazując swoje zadowolenie lub też jego brak. W pewnym momencie usłyszałam okrzyki, wiwaty, radości, trąbki. Gdyby dołożono do tego fajerwerki, gotowa byłabym pomyśleć że to Nowy Rok w środku lata. Zupełnie jak w "Lejdis".
Zastanawiałam się nawet, cóż za patriota ogląda inny mecz, kiedy jego rodacy w pocie czoła grają, bo na ekranie mojego telewizora, ciągle biegali i jakby nic się ciekawego nie działo. Aż tu po kilku sekundach domownicy aktualnie ze mną przebywający, podskoczyli z radości lekko dozując reakcje dźwiękowe z racji śpiącej obok Antoniny. W tym samym momencie za oknem usłyszałam buczenie, jęki i gwizdy niezadowolenia. Zupełnie zbaraniałam. Chwile później i u mnie wszyscy oklapli ze smutkiem na kanapy. I wtedy, mój mocno już zmęczony umysł zaskoczył. Mój już niekoniecznie pierwszej młodości, powiedziałabym wręcz ze długopoogwarancyjny telewizor pokazywał nam to, co inni widzieli już chwil kilka temu. I kiedy my z Radości skakaliśmy, inni już dawno o tym zapomnieli.
Podobno trochę to psuło emocje, bo już wiadomo było czy po akcji będzie gol - wszyscy z uwagą nasłuchiwali dźwięków z zewnątrz. Dla mnie jednak było to wybawienie. Zaczytana, jak usłyszałam okrzyki sąsiadów, nie przegapiłam żadnej akcji. Bramek co prawda nie było zbyt wiele, ale ich ilość i jakość względnie zadowalająca ogół, zadowoliła w zupełności i moją skromną osobę, gdyż w tym temacie wymagająca nie jestem.
Zdjęcie znalezione w sieci
piątek, 8 czerwca 2012
BRAMKARZ
Po co mama ma urlop?! A no właśnie po o żeby spędzić ten czas ze swoim potomstwem do reszty mu się oddając w żadnym wypadku nie po to żeby odpocząć. Bo nie ma takiej potrzeby. Odpocznie w pracy, w poniedziałek.
Wczorajsze przygotowania do dzisiejszego meczu zakończyły się niewielką kontuzją.
Marian dzielnie stał na bramce. Bronił jej zacięcie.
Wynik - jeden połamany palec.
Dzisiejsze przedpołudnie mieliśmy tylko dla siebie. Spędziliśmy je w izbie przyjęć w szpitalu.
Dlaczego dzisiaj, a nie wczoraj?! Bo mój ulubiony młodszy syn jest zuchem jak nie wiem co. Bolało go, ale jak mówił, bez przesady. Wszyscy podejrzewali stłuczenie. Nawet pani w izbie przyjęć z nutą lekkiej złośliwości mówiła "Pani doktor, do pani, pacjent z obitym paluszkiem".
Dzisiaj rano, mój dzielny syn obudził się ze spuchniętą, lekko podsiniałą ręką. Zamiast płakać że go boli, to nie dość ze dał rodzicielce pospać do 9-tej, to jeszcze wmawiał, że tragedii nie ma, bo jak nim - tym palcem - nie rusza to ni nie boli.
Cóż mogłam zrobić w obliczu cichego cierpienia potomka swego?!
Spakowałam nas w autobus bombardując po drodze telefonicznie wszystkie miejsca które mogły udzielić mi informacji o najbliższym dyżurze chirurgicznym.
Czekając na opis prześwietlenia ...
- Mamo, bo wiesz, ja to jednak będę zawodowym bramkarzem - powiedział zdecydowanie Marian
- To już nie malarzem?
- Malować będę, tak z przyjemności. Będę swoje obrazy sprzedawał. Ale zarabiać na życie będę z piłki.
Ja w wieku 7, no prawie 8 lat chyba nie miałam takich wizji swojego dorosłego życia. I nawet kontuzja go nie zraziła.
Oraz kibicował dzielnie
Wczorajsze przygotowania do dzisiejszego meczu zakończyły się niewielką kontuzją.
Marian dzielnie stał na bramce. Bronił jej zacięcie.
Wynik - jeden połamany palec.
Dzisiejsze przedpołudnie mieliśmy tylko dla siebie. Spędziliśmy je w izbie przyjęć w szpitalu.
Dlaczego dzisiaj, a nie wczoraj?! Bo mój ulubiony młodszy syn jest zuchem jak nie wiem co. Bolało go, ale jak mówił, bez przesady. Wszyscy podejrzewali stłuczenie. Nawet pani w izbie przyjęć z nutą lekkiej złośliwości mówiła "Pani doktor, do pani, pacjent z obitym paluszkiem".
Dzisiaj rano, mój dzielny syn obudził się ze spuchniętą, lekko podsiniałą ręką. Zamiast płakać że go boli, to nie dość ze dał rodzicielce pospać do 9-tej, to jeszcze wmawiał, że tragedii nie ma, bo jak nim - tym palcem - nie rusza to ni nie boli.
Cóż mogłam zrobić w obliczu cichego cierpienia potomka swego?!
Spakowałam nas w autobus bombardując po drodze telefonicznie wszystkie miejsca które mogły udzielić mi informacji o najbliższym dyżurze chirurgicznym.
Czekając na opis prześwietlenia ...
- Mamo, bo wiesz, ja to jednak będę zawodowym bramkarzem - powiedział zdecydowanie Marian
- To już nie malarzem?
- Malować będę, tak z przyjemności. Będę swoje obrazy sprzedawał. Ale zarabiać na życie będę z piłki.
Ja w wieku 7, no prawie 8 lat chyba nie miałam takich wizji swojego dorosłego życia. I nawet kontuzja go nie zraziła.
Oraz kibicował dzielnie
piątek, 1 czerwca 2012
DZIEŃ DZIECKA
Dzieckiem dla swej ulubionej mamy będę zawsze, do końca świata i jeszcze dłużej.
Taka "małą dziewczynką", chociaż natura szczodrze mnie obdarzyła i to nie koniecznie tam gdzie bym chciała. Ale co ja tam wiem.
W związku z powyższym, ręcami i nogyma podtrzymuję że dzisiejsze święto jest również i do mnie skierowane.
W wieku lat już nie 20stu, człowiek czasem zapomina o radości dziecięcej przytłoczony codziennymi obowiązkami i opieka nad kolejnym pokoleniem.
Ja staram się jednak pamiętać pomiędzy zrzędzeniem, praniem, gotowaniem ... noszę pomarańczowe trampki, chociaż może już nie wypada, kolorowe spinki we włosach, lepię dziwactwa z masy solnej ...
Ostatnio wpadłam tez na GENIALNY pomysł wraz z moją osobista jedną z najulubieńszych koleżanek.
Idziemy do szkoły!!!
W wolne weekendy, zamiast oddawać się rozkoszy sprzątania, będziemy się uczyć.
Pomysł w fazie wstępnej został pozytywnie przyjęty przez kilka osób z mojego otoczenia. Może dlatego, że nie były one w grupie osób o podwyższonym ryzyku sprawowania opieki nam potomstwem mym w czasie kiedy to matka wspomnianego potomstwa oddawałaby się urokom znienawidzonej przez większość nieletnich szkoły.
Dziwne miny oraz komentarze zaczynały się w momencie, kiedy przedstawiałam kierunek na jaki się z koleżanka Gruszką wybieramy: EKSPLOATACJA PORTÓW I TERMINALI
Moim skromnym zdaniem brzmi cudnie. Na lotnisku bywam tylko jako pasażerka. Tam jeszcze nie pracowałam, choć nie jedno już w życiu robiłam. Takiego zawodu jeszcze nie posiadam, a wspaniale by się zapewne prezentował w moim zbiorze zawodów (w większości nieprzydatnych, choć śmiem sądzić że ten byłby radośnie wykorzystywany o ile do jakiegoś portu czy na jakieś lotnisko od strony służbowej byłabym wpuszczona).
Oraz znowu mogłabym bezkarnie poczuć się może nie jak dziecko, ale jak młodzież ...
Jest jeszcze szansa że kierunku tego jednak nie otworzą w mieście moim ulubionym, i winę za niezrealizowane mojego pomysłu będę mogła zwalić na szkołę, a nie na brak organizacji.
Bowiem jeśli nie znajdzie się chętny na przygarnianie moich pociech w co drugi weekend przez najbliższe 2 lata, z moich planów nici.
Póki co, nie znalazł się śmiałek.
A teraz, mojemu najcudniejszemu na świecie potomstwu w ilości szt 2, oraz wszystkim innym, szczególnie spokrewnionym ze mną dzieciom i dorosłym, w których krąży jeszcze choćby kropla dziecięcej krwi, życzę CUDNEGO DNIA DZIECKA
Taka "małą dziewczynką", chociaż natura szczodrze mnie obdarzyła i to nie koniecznie tam gdzie bym chciała. Ale co ja tam wiem.
W związku z powyższym, ręcami i nogyma podtrzymuję że dzisiejsze święto jest również i do mnie skierowane.
W wieku lat już nie 20stu, człowiek czasem zapomina o radości dziecięcej przytłoczony codziennymi obowiązkami i opieka nad kolejnym pokoleniem.
Ja staram się jednak pamiętać pomiędzy zrzędzeniem, praniem, gotowaniem ... noszę pomarańczowe trampki, chociaż może już nie wypada, kolorowe spinki we włosach, lepię dziwactwa z masy solnej ...
Ostatnio wpadłam tez na GENIALNY pomysł wraz z moją osobista jedną z najulubieńszych koleżanek.
Idziemy do szkoły!!!
W wolne weekendy, zamiast oddawać się rozkoszy sprzątania, będziemy się uczyć.
Pomysł w fazie wstępnej został pozytywnie przyjęty przez kilka osób z mojego otoczenia. Może dlatego, że nie były one w grupie osób o podwyższonym ryzyku sprawowania opieki nam potomstwem mym w czasie kiedy to matka wspomnianego potomstwa oddawałaby się urokom znienawidzonej przez większość nieletnich szkoły.
Dziwne miny oraz komentarze zaczynały się w momencie, kiedy przedstawiałam kierunek na jaki się z koleżanka Gruszką wybieramy: EKSPLOATACJA PORTÓW I TERMINALI
Moim skromnym zdaniem brzmi cudnie. Na lotnisku bywam tylko jako pasażerka. Tam jeszcze nie pracowałam, choć nie jedno już w życiu robiłam. Takiego zawodu jeszcze nie posiadam, a wspaniale by się zapewne prezentował w moim zbiorze zawodów (w większości nieprzydatnych, choć śmiem sądzić że ten byłby radośnie wykorzystywany o ile do jakiegoś portu czy na jakieś lotnisko od strony służbowej byłabym wpuszczona).
Oraz znowu mogłabym bezkarnie poczuć się może nie jak dziecko, ale jak młodzież ...
Jest jeszcze szansa że kierunku tego jednak nie otworzą w mieście moim ulubionym, i winę za niezrealizowane mojego pomysłu będę mogła zwalić na szkołę, a nie na brak organizacji.
Bowiem jeśli nie znajdzie się chętny na przygarnianie moich pociech w co drugi weekend przez najbliższe 2 lata, z moich planów nici.
Póki co, nie znalazł się śmiałek.
A teraz, mojemu najcudniejszemu na świecie potomstwu w ilości szt 2, oraz wszystkim innym, szczególnie spokrewnionym ze mną dzieciom i dorosłym, w których krąży jeszcze choćby kropla dziecięcej krwi, życzę CUDNEGO DNIA DZIECKA
Musiałam, bo nie mogłam się powstrzymać ... Przyleciała do mnie moja ulubiona młodsza siostra, tak jak zagroziła. Będzie u nie przez 3 miesiące!!! Oj, będzie się działo :) (chyba się powtarzam)
Na zdjęciu wyżej, moje potomstwo płci męskiej wraz z moją córką chrzestną Antosią.
Na zdjęciu poniżej Marian z Gabrysią.
Obie panny, to potomstwo siostry mojej osobistej młodszej, gdyż starsza z racji wykonywanego "zawodu" takowego nie posiada.
I trochę spóźnione - SERDUSZKA DLA MAMY
poniedziałek, 21 maja 2012
ZIELONO
No i się zaczęło.
Sezon majówek, wycieczek, wypadów oraz Zzieleniałych Szkół uważam za rozpoczęty.
W dniu dzisiejszym najmłodsze me dziecię pojechało w dal. Nie taka odległą znowu, ale kolejny raz bez rodzicielki swojej. Dzielny zuch z niego jest, więc i jak trzymam się całkiem całkiem.
Doczekać dnia dzisiejszego się nie mógł. Opowiadał z zapałem gdzież to on nie pojedzie.
- Ciociu, bo ja jadę tam, gdzie rzeka tak wartko płynie. No wiesz, nad Wartę ... I będziemy tam pleść koszyki z wosku ...
Mam nadzieję że nie wróci zbyt rozczarowany, bo o ile rzekę tam mają i nawet bobry, to pletli dzisiaj nie tylko głupotki, ale też "płotek" z wikliny.
Chociaż w sumie kto ich tam wie. Twórcze bestie to i wosk znajdą. Z uszu nie koniecznie, bo zapas starannie pozostawiony w domu rodzinnym. Wszak takich skarbów się z gniazda nie wywozi.
Rozpoczęte jakiś czas temu delikatne i powolne odcinanie pępowinki idzie nam bez większych problemów.
Dumna i blada za razem w całej swojej szerokości jestem ogromnie.
Z radością oraz tęsknotką wzniosłabym toast za dorastające i dzielne potomstwo ... ale się wstrzymam do czwartku wtedy to kolejny potomek wyjedzie na wycieczkę.
W piątek szampan będzie się już lał strumieniami, kiedy to wszyscy do domu powrócą.
Byle do piątku ...
Sezon majówek, wycieczek, wypadów oraz Zzieleniałych Szkół uważam za rozpoczęty.
W dniu dzisiejszym najmłodsze me dziecię pojechało w dal. Nie taka odległą znowu, ale kolejny raz bez rodzicielki swojej. Dzielny zuch z niego jest, więc i jak trzymam się całkiem całkiem.
Doczekać dnia dzisiejszego się nie mógł. Opowiadał z zapałem gdzież to on nie pojedzie.
- Ciociu, bo ja jadę tam, gdzie rzeka tak wartko płynie. No wiesz, nad Wartę ... I będziemy tam pleść koszyki z wosku ...
Mam nadzieję że nie wróci zbyt rozczarowany, bo o ile rzekę tam mają i nawet bobry, to pletli dzisiaj nie tylko głupotki, ale też "płotek" z wikliny.
Chociaż w sumie kto ich tam wie. Twórcze bestie to i wosk znajdą. Z uszu nie koniecznie, bo zapas starannie pozostawiony w domu rodzinnym. Wszak takich skarbów się z gniazda nie wywozi.
Rozpoczęte jakiś czas temu delikatne i powolne odcinanie pępowinki idzie nam bez większych problemów.
Dumna i blada za razem w całej swojej szerokości jestem ogromnie.
Z radością oraz tęsknotką wzniosłabym toast za dorastające i dzielne potomstwo ... ale się wstrzymam do czwartku wtedy to kolejny potomek wyjedzie na wycieczkę.
W piątek szampan będzie się już lał strumieniami, kiedy to wszyscy do domu powrócą.
Byle do piątku ...
sobota, 12 maja 2012
COUNTDOWN
Styczeń, luty, marzec, kwiecień .... Czas odmierzany od zdarzenia do zdarzenia w oczekiwaniu na wakacje. W tym roku znów będą wyjątkowe. Chociaż jak tak się dobrze zastanowić, to co roku są jakieś atrakcje. Rok temu na ten przykład gościłam swoją ulubioną starszą siostrę po 8 latach. W tym roku nie będę miała dłuższego urlopu, nie. Chociaż, kto wie?! Puki co wypowiedzenia na biurku jednak nie znalazłam ;) W tym roku, przyjeżdża do mnie moja ulubiona młodsza siostra na całe 3 miesiące! Oj się będzie działo!
Tak więc odliczam od święta - do święta, od wywiadówki - do wywiadówki. W liczeniu tym pomaga mi też mój ulubiony starszy syn. Sposób ma zdecydowanie niecodzienny. Otóż dzięki niemu, mam cotygodniowy kontakt z wychowawcą. Jak już widzę "proszę o kontakt", albo dzwoniący numer wyświetla się jako "pani A", człowiek od razu staje się spokojniejszy, bo oznacza to że już mamy piątek i weekend za pasem - kolejny tydzień odhaczony!
Pierworodny bowiem należy do osób charakteryzujących się specyficznym poczuciem humoru. Z resztą jak 90% mojej rodziny - chyba tylko mama wolna jest od tej wady. Przez niektórych zaletą zwaną, chociaż będąc szczypawką, czasem jest ciężko.
Okazuje się bowiem że delikatne złośliwości, żarty, komentarze, czasem odbierane są inaczej niż zaplanował to sobie nadawca. Najgorszy jest okres szkolny. Jeśli taki "cio- latek" skomentuje coś co powiedział nauczyciel, choćby pod nosem - z góry uznawane jest za złośliwość, chamstwo i brak szacunku. Czasem jest to zwykłe stwierdzenie faktu, a intencje czyste jak łza, a i tak odbierane jest to jako atak. Jeśli nauczyciel taki jeden z drugim parę razy będzie miał podniesione ciśnienie, opinię odpowiednią wyrobi sobie na pewno. Później choćby nie wiem co skały robiły i żabami padało, już tak zostanie. Łatka przyklejona. Może nie na Amen, ale do opuszczenia danej placówki oświatowej na pewno.
Konsekwencje?!
Jeśli coś się stało, a on był w pobliżu (na tym samym pierze) to i tak na pewno brał w tym udział.
Odepchnął dziewczynkę bo kopała mu plecak?! - Nie możliwe! Bo ona by nigdy ...
Swoją drogą, w moich oczach nauczyciel, który używa słów takich właśnie, jest spalony. Najgłupsze stwierdzenie świata!
Ja sama dowiedziałam się niedawno, że będąc jeszcze pełnoprawnym członkiem społeczności szkolnej, miałam niewyparzony język, pyskowałam i uparta jak osioł jeden z drugim byłam. Słuchając tego, zastanawiałam się nawet czy czasem koleżanka moja ze szkolnej ławki nie ma kogoś innego na myśli. Bowiem świadomości oraz pamięci mojej, jestem jako grzeczna i miła dziewczynka. Taka, która może i swoje zdanie ma, rozrabia czasem, nawet szybę wybije i kolana poździera, ale za żadne skarby świata nie sprawi przykrości innym. A tu masz - takie odkrycie.
Albo ktoś nas lubi bardzo albo niechęć do nas przejawia się wręcz stanem chorobowym.
Jak często podkreśla Marian - Życie-!
Młodemu wyrwie się czasem słowo za dużo, albo dwa - nie przeczę i potępiam w całej rozciągłości oraz wbijam do głowy zasady postawy godnej ucznia szkoły podstawowej, dobrego obywatela oraz szacunku do innych. Każdy jednak ma czasem prawo do gorszego dnia, niewyspania i burczenia. Zauważyłam też pewną zależność oczywistą - jeśli ktoś do ciebie z kijem - jest duża szansa ze ty z kwiatem nie wyjdziesz, chociaż czasem powinieneś, bo jest wtedy szansa że schowa kij.
Oraz z całym szacunkiem, spora część nauczycieli, pomimo wielu lat pracy, jest nadal tylko teoretykami. Czasem myślę sobie że ja, jako typowy teoretyk mam większą praktykę, a już na pewno lepiej wykorzystuję zdobyte doświadczenie i wyciągam wnioski.
W każdym razie, ostatnio czas zwolnił. Odliczanie jakby się zatrzymało z 2 powodów:
1) Od kilku tygodni (co najmniej 3) nie miałam rozmowy w sprawie pyskacza rodzonego.
Wnioski mogą być następujące:
a) W związku z majowym weekendem, w pośpiechu zapomniano ze mną porozmawiać, a po mile spędzonym czasie wszystko przeszło, wszak wypoczęty człowiek ma zawsze lepszy humor.
b) Zgubiono mój numer telefonu, a od obcych się nie odbiera.
c) Mój syn zaskoczył i stara się - i tej wersji się trzymam
2) W ten weekend spotkam się z moją ulubioną młodsza siostrą, do której przyjedzie nasz ulubiony starszy brat. Więc jeśli zwolnię trochę czas, to te 3 dni potrwają dłużej ...
Puki co, jednak trwają poszukiwania zagubionego biletu. Jeśli nie znajdzie się do obiadu, będę poszukiwać drukarki :)
Zdjęcie znalezione w sieci
Tak więc odliczam od święta - do święta, od wywiadówki - do wywiadówki. W liczeniu tym pomaga mi też mój ulubiony starszy syn. Sposób ma zdecydowanie niecodzienny. Otóż dzięki niemu, mam cotygodniowy kontakt z wychowawcą. Jak już widzę "proszę o kontakt", albo dzwoniący numer wyświetla się jako "pani A", człowiek od razu staje się spokojniejszy, bo oznacza to że już mamy piątek i weekend za pasem - kolejny tydzień odhaczony!
Pierworodny bowiem należy do osób charakteryzujących się specyficznym poczuciem humoru. Z resztą jak 90% mojej rodziny - chyba tylko mama wolna jest od tej wady. Przez niektórych zaletą zwaną, chociaż będąc szczypawką, czasem jest ciężko.
Okazuje się bowiem że delikatne złośliwości, żarty, komentarze, czasem odbierane są inaczej niż zaplanował to sobie nadawca. Najgorszy jest okres szkolny. Jeśli taki "cio- latek" skomentuje coś co powiedział nauczyciel, choćby pod nosem - z góry uznawane jest za złośliwość, chamstwo i brak szacunku. Czasem jest to zwykłe stwierdzenie faktu, a intencje czyste jak łza, a i tak odbierane jest to jako atak. Jeśli nauczyciel taki jeden z drugim parę razy będzie miał podniesione ciśnienie, opinię odpowiednią wyrobi sobie na pewno. Później choćby nie wiem co skały robiły i żabami padało, już tak zostanie. Łatka przyklejona. Może nie na Amen, ale do opuszczenia danej placówki oświatowej na pewno.
Konsekwencje?!
Jeśli coś się stało, a on był w pobliżu (na tym samym pierze) to i tak na pewno brał w tym udział.
Odepchnął dziewczynkę bo kopała mu plecak?! - Nie możliwe! Bo ona by nigdy ...
Swoją drogą, w moich oczach nauczyciel, który używa słów takich właśnie, jest spalony. Najgłupsze stwierdzenie świata!
Ja sama dowiedziałam się niedawno, że będąc jeszcze pełnoprawnym członkiem społeczności szkolnej, miałam niewyparzony język, pyskowałam i uparta jak osioł jeden z drugim byłam. Słuchając tego, zastanawiałam się nawet czy czasem koleżanka moja ze szkolnej ławki nie ma kogoś innego na myśli. Bowiem świadomości oraz pamięci mojej, jestem jako grzeczna i miła dziewczynka. Taka, która może i swoje zdanie ma, rozrabia czasem, nawet szybę wybije i kolana poździera, ale za żadne skarby świata nie sprawi przykrości innym. A tu masz - takie odkrycie.
Albo ktoś nas lubi bardzo albo niechęć do nas przejawia się wręcz stanem chorobowym.
Jak często podkreśla Marian - Życie-!
Młodemu wyrwie się czasem słowo za dużo, albo dwa - nie przeczę i potępiam w całej rozciągłości oraz wbijam do głowy zasady postawy godnej ucznia szkoły podstawowej, dobrego obywatela oraz szacunku do innych. Każdy jednak ma czasem prawo do gorszego dnia, niewyspania i burczenia. Zauważyłam też pewną zależność oczywistą - jeśli ktoś do ciebie z kijem - jest duża szansa ze ty z kwiatem nie wyjdziesz, chociaż czasem powinieneś, bo jest wtedy szansa że schowa kij.
Oraz z całym szacunkiem, spora część nauczycieli, pomimo wielu lat pracy, jest nadal tylko teoretykami. Czasem myślę sobie że ja, jako typowy teoretyk mam większą praktykę, a już na pewno lepiej wykorzystuję zdobyte doświadczenie i wyciągam wnioski.
W każdym razie, ostatnio czas zwolnił. Odliczanie jakby się zatrzymało z 2 powodów:
1) Od kilku tygodni (co najmniej 3) nie miałam rozmowy w sprawie pyskacza rodzonego.
Wnioski mogą być następujące:
a) W związku z majowym weekendem, w pośpiechu zapomniano ze mną porozmawiać, a po mile spędzonym czasie wszystko przeszło, wszak wypoczęty człowiek ma zawsze lepszy humor.
b) Zgubiono mój numer telefonu, a od obcych się nie odbiera.
c) Mój syn zaskoczył i stara się - i tej wersji się trzymam
2) W ten weekend spotkam się z moją ulubioną młodsza siostrą, do której przyjedzie nasz ulubiony starszy brat. Więc jeśli zwolnię trochę czas, to te 3 dni potrwają dłużej ...
Puki co, jednak trwają poszukiwania zagubionego biletu. Jeśli nie znajdzie się do obiadu, będę poszukiwać drukarki :)
Zdjęcie znalezione w sieci
wtorek, 1 maja 2012
ZARADNOŚĆ
Bo kobieta zaradną powinna być. Tak na wszelki wypadek. Wszak nigdy nie wiadomo co w życiu przydać się może.
Powinna umieć to i owo, zakręcić się tu i tam. Umieć zadbać o pokój na świecie, zapobiec suszom, powodziom i innym klęskom. Opatrzyć rany, zdarte kolana, wytrzeć posmarkany nos ... Oraz poradzić sobie z upałem.
Jak, zapytacie?
Kiedy na dworze skwar. Kiedy wszyscy się rozpuszczają we własnym sosie - ja się pochorowałam.
I jest mi w sam raz!
Rysunek od MEAART
Powinna umieć to i owo, zakręcić się tu i tam. Umieć zadbać o pokój na świecie, zapobiec suszom, powodziom i innym klęskom. Opatrzyć rany, zdarte kolana, wytrzeć posmarkany nos ... Oraz poradzić sobie z upałem.
Jak, zapytacie?
Kiedy na dworze skwar. Kiedy wszyscy się rozpuszczają we własnym sosie - ja się pochorowałam.
I jest mi w sam raz!
Rysunek od MEAART
Subskrybuj:
Posty (Atom)








