Strony

wtorek, 22 marca 2011

Bigos nie jedno ma imię

WIOSNA :))
Bigosów tyle ile gwiazd na niebie, a już na pewno tyle ile kucharek. Ja sama, osobiście miałam do czynienia z co najmniej kilkoma. Próbowałam z grzybkiem, ze śliwką, bez, z kiszonej kapusty, kiszonej i słodkiej, samej słodkiej, z kiełbaską, mięskiem, kiełbaską i mięskiem ...
Dalsza wyliczanka groziłaby zapluciem klawiatury, a tego potomstwo tak szybko by rodzicielce nie wybaczyło, w związku z tym zakończę ją w tym miejscu.
A dlaczego bigos?!
Przez kila ostatnich dni, Marian wypinał się na jedzenie. Oczywiście spowodowane to było orkiestrą symfoniczną czy też organową, która na szczęście nieco ucichła w jego wnętrzu, a dokładnie w oskrzelach. Innego wyjaśnienia znaleźć nie umiem, gdyż u tego osobnika, z resztą u drugiego również, stan taki jak "nie jestem głodny", albo "nie mam ochoty" po prostu nie istnieje.
Młody spał, pił i sikał. Potem znowu spał, pił  .... w między czasie poddając się torturom zażywania jakichś paskudnych syropków, tabletek przemycanych w jogurciku i innych jak to nazwał ... "gówien".
W każdym razie apetyt uciekł.
Od soboty zaczął wspominać coś o jedzeniu, a dokładnie o bigosie. W niedzielę zjadł nawet obiad. Od poniedziałku zapał na jedzenie powrócił (ma mu się na życie). Temat BIGOSU ciągle aktualny. Cóż najlepsza na świecie matka w takiej sytuacji uczynić może?! Zrobiłam zakupy z nastawianiem na BIGOS.
- Synku, co powiesz na bigos na jutrzejszy obiad?
- Yes, yes, yes - odtańczyło wyraźnie podekscytowane dziecię, po czym dodał po chwili - Ale taki z ziemniaczkami, czy ryżem?!
- Mogę ugotować co tylko szanowny pan sobie zażyczy. Ale jak ziemniaki, to pomagasz obierać!
- Super! To z ryżykiem...mrmrmrmrmr - wyrwało się z młodej piersi
- Pana życzenie jest dla mnie rozkazem! Zobacz, już zrobiłam zakupy. Tu kapustka kiszona i słodka, kiełbaska ...
- Ale nie o taki bigos mi chodziło!!! - zawył łapiąc się za głowę
- No dobra, to o jaki? - zwątpiłam lekko
- Mamo! Ryżyk, polany sosikiem z kosteczkami mięska i jednym, takim maciupeńkim kawałeczkiem zagotowanej papryczki czerwonej. Nie martw się - dodał litościwie dostrzegając moją bezcenną jak sądzę minę - widzę że paprykę już mamy!

Zastanawiam się czy w przedszkolu jak dzieciom dają jeść, to nie mówią co to. Z drugiej strony nie raz jadł w domu i bigos i gulasz, oraz zawsze czytam mu co będzie na obiad w placówce oświatowej.
Jak mawia Holden "Majtki opadają i rajtuzy falują".

A za oknem wiosna :))))

piątek, 18 marca 2011

Z krainy deszczem i śniegiem płynącej


Zaległości z czytaniem i pisaniem mam jak stąd do Dublina i z powrotem, a za tamtym drzewem to jeszcze ... i ciut ciut.
Paradoksalnie brak mi czasu, bo ... nie pracuję.
Ale od początku.
Nie było nas i nie było i jeszcze troszkę.
Zrobiliśmy sobie wagary - wszyscy razem.
Stęsknieni wiosny postanowiliśmy odwiedzić "zakamary", gdzie zazwyczaj wspomniana koleżanka przychodzi wcześniej, oraz nacieszyć się tymi, za którymi się ciągle tęskni i zawsze nam ich mało.
Polecieliśmy na Zieloną Wyspę, a zastaliśmy krainę deszczem na zmianę ze śniegiem płynącą (choć parę razy mrugnęło na nas łaskawie słoneczko).
Bawiliśmy się świetnie. Poodwiedzaliśmy znajomych i siostrzyczkę moją ulubioną i brata. Dzieci nawet tatę widziały.
Ogólnie opowiadać by można wiele.
Na ten przykład o gościnności, tresowaniu dzieci, przyjaciół poznajemy w biedzie, czy pojedź z dziećmi nie znając adresu i bez pieniędzy ...
Niektóre doznania były nad wyraz pozytywne inne pozostaną rysą na naszych biednych układach nerwowych.
Wracając, pan pilot wyczuwał w swoim głębokim wnętrzu, że nasz powrót jest jakby trochę wymuszony rzeczywistością, a nie naszą chęcią zetknięcia się z nią. Do lądowania podchodził 3 razy. Już, już znajome kominy, Katedra, bloki ... i znowu chmurzyska. Droczył się z nami prawie pół godziny.
W końcu cudem wylądował.
Z radości Marcin dostał gorączki, a w jego oskrzelach zagrał koncert orkiestry symfonicznej. Tak więc do końca przyszłego tygodnia siedzimy w domu i się "antybiotykujemy".

A to już telegraficzny skrót

wtorek, 8 marca 2011

NAJPIĘKNIEJSZYCH ISTOT W GALAKTYCE DZIEŃ


"Z okazji naszego święta, 
Niech każda kobieta pamięta, 
By dziś spić się do upadłego
i nie słuchać chłopa swego. 
Niech poczuje gad, 
Jaki smutny bez nas świat"


Taki właśnie mam plan, no może prawie.
Spije się Colą light :) Tylko że dla SELERA zamierzam być jak zwykle najmilsza na świecie i oczywiście że będę słuchać - dzisiaj samych komplementów :)
Jeśli jednak całkiem bym zamilkła, pewnie by uciekł - przekonałby się jak beze mnie może być cicho i spokojnie ...

Dzisiaj nikt się nie spóźnił :)
Nie wykluczone że to dzięki rodzinnemu grzebalcowi - Marianowi. Dziś wyskoczył z łóżka, ubrał się, zjadł śniadanko i tylko 5 razy trzeba było go poganiać, a nie jak zazwyczaj 30.
Dlaczego?!
Bo po kwiaty dla MAJKI trzeba było szybciutko skoczyć. 
Jeśli jednak owa panna będzie oceniać szczerość uczuć potomka mego, na podstawie trwałości darowanego tulipanka, to się rozczaruje z pewnością. Nie wróżę im bowiem długiego żywota, po tym, jak zobaczyłam skalę zlodowacenia łodyżek. Romantycznie skute lodem.
Podobno wiosna już za rogiem. Ciekawe za którym?! Na pewno nie zajrzała do wiaderka pani z kwiatami :)

My już prawie na "wylocie".
Słońce świeci.
A wszystkim nam - przedstawicielkom płci przepięknej życzę cudnego dnia.


Kwiatki znalezione w sieci

piątek, 4 marca 2011

Pierwsza mucha wiosnę czyni

Zmęczona zimą (jak większość znanych mi osobników), od jakiegoś czasu, zaczęłam wypatrywać oznak zbliżającej się wiosny.  Przyglądałam się, czy chociaż pazurka nie wystawiła z za winkla. Normalnie wzięła i zaspała. Niby słońce świeci i człowiekowi jakby znowu się zachciewa, ale zimno jeszcze i rękawiczek z torby wyjąć nie można. Dni tak upływają od - do.
Na ten przykład
- od zbiorowych styczniowych urodzin - do walentynek - zaliczone
- od walentynek - do imienin - zaliczone
- od imienin - do tłustego czwartku - zaliczone
- od spasłych brzuchów - do ucieczki - odliczanie rozpoczęte
Tak, tak. Pakujemy się i uciekamy nie mówiąc nic nikomu. No może tylko wspominając po cichutku paru osobom. Wrócimy po tygodniu, albo i nie!? Naładujemy akumulatory, nacieszymy się najukochańszymi i wrócimy.


Potem to już tylko wiosna.

Z dziennika obserwacji:
- Zauważono pierwsze wiosenne ruchy - lekko ospała, ale żywa MUCHA
- Młodszy syn nadal stały w uczuciach do ukochanej Majki (zaczynam się o niego martwić)
- Starszy potomek przechodzi na dietę, bo .... wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują na nowy obiekt zainteresowań i westchnień (muszę przyznać że ma niezły gust).
- Nie mam mojego ukochanego LAPITOKA i żyję - wiosna idzie, jak nic!

Do zobaczenia po powrocie :)


Muchy znalezione w sieci

środa, 23 lutego 2011

PRZYTULANKI

Kiedy chłopcy byli mali, bardzo lubili zabawę w "KLUSECZKĘ". Ugniatanie ciasta, wałkowanie i zjadanie. Oni byli ciastem a moje ręce mikserem, wałkiem i wszystkimi innymi narzędziami niezbędnymi do przygotowania najpyszniejszych na świecie kopytek.  Bardzo często podczas tej zabawy polewali się sosem - czyli sikali ze śmiechu. Z wiekiem wszystko się zmienia. Teraz kluski nie smakują już jak kiedyś :)  Czasem jednak przypomni się im, w ramach dopieszczenia ...
- Mamo, jestem twoją kluseczką - powiedział Marian podczas cowieczornej porcji przytulania.
- Synku, ale ja jestem na diecie i nie jem klusek - odpowiedziałam z uśmiechem
- Noooo tooooo jestem twoja pomarańczką
- Owoców też mi nie wolno
- To jestem twoim KOZIM BOBKIEM!!!

Kombinował, kombinował i się udało. Ostatnio głównym składnikiem mojego Menu, są wspomniane Kozie Bobki, czyli serek wiejski granulowany. Cop prawda ten w postaci Marcinka był tłuściutki, ale jakże smaczny.

A teraz czas na nadrobienie zaległości
100 lat, 100 lat dla mojego ulubionego SELERA, oraz ASI z okazji sobotnich urodzinek. Tak się wzięli i umówili, że urodziny w tym samym dniu obchodzili :)
Oraz wszystkiego najlepszego dla wszystkich Mart i Małgoś na świecie, które wczoraj obchodziły swoje imieninki. Szczególnie dla mojej Marty F-J, Marty G, oraz mnie :)
Nich nam słonko cieplutko świeci:)

środa, 16 lutego 2011

Z CYKLU ŁAZĘGI NOCNE

W godzinach środkowo-nocnych obudził mnie dotyk lodowatych przeszczepów najmłodszego potomka.
- Marcin, przyśniło ci się coś? - zapytałam
- Niee - odpowiedział układając się wygodnie
- A może zaprowadzę cię do twojego łóżeczka?
- Nie, ja sobie tutaj poleżę.
I zasnął
Mój sen, a raczej drzemanie, przerywane było kilkakrotnie z powodu wiercenia, sapania i średnio komfortowego układania racic na moim wszystkim - brzuchu, nogach, twarzy.
- MamOoo
- Słucham cię.
- Chce mi się siku
- Czy mam zrobić za ciebie - zapytałam średnio przytomnie.
- Nie
- To co chcesz synu?
- Idziemy?
No i poszliśmy.
Już bardziej przytomnie skierowałam powrotne kroki małoletniego do jego własnego, osobistego łoża
- Mamo, czy w związku z tym że już tu jesteś, poprzytulasz i poleżysz ze mną?
- Marcin, jest środek nocy!
- Mamo, ja z toba poleżałem! - odpowiedział z wyrzutem i sennym fochem.
I tak kolejna część słodkiej nocy upłynęła mi na  przytulaniu Mariana z kolami na podłodze.
Dziś jestem wyspana że hej, a Marianowi powinnam poświecić chyba oddzielny blog.


Śpioch znaleziony w sieci

poniedziałek, 14 lutego 2011

Walentine's Day

My love is like an ocean
It goes down so deep
My love is like a rose
Whose beauty you want to keep.

My love is like a river
That will never end
My love is like a dove
With a beautiful message to send.

My love is like a song
That goes on and on forever
My love is like a prisoner
It's to you that I surrender

Happy Walentine's Day



Autora tekstu nie jestem pewna.
Zdjęcie  wyłowione gdzieś z sieci

niedziela, 13 lutego 2011

NEGOCJACJE

Zaczynam zauważać pewna prawidłowość. Zazwyczaj w piątki, mojemu ulubionemu najmłodszemu synowi włącza  się "dorosłość" . Tego dnia zazwyczaj w związku ze zmęczeniem materiału roboczego, zasypiam. Wszystko wiec kręci się wokół "szybciutko", "pospiesz się bo jest bardzo późno" i na dyskusje absolutnie nie ma czasu.



- Mamo, czy mogę iść sam do przedszkola? - Marian zaczął starą śpiewkę.
- Marcin, jesteś za malutki
- Ale mamo, to chociaż wyjdziemy razem z klatki i pójdę sam
- Synek, przedszkolaki nie chodzą same
- Mamo, to chociaż do parkingu - negocjacje trwały
Nie docierały do potomka argumenty że zamartwiałabym się dzień cały myślą czy szczęśliwie dotarł do przedszkola. Po kilkunastu dobrych minutach pokonywania, zgodził się na to ze będzie szedł sam, a ja z drugiej strony bloku, będę patrzeć czy szczęśliwie dotarł do celu.
Jak postanowiliśmy, tak uczyniliśmy. Młodzieniec dumny i blady kroczył z noskiem uniesionym wysoko. Jóź prawie dochodził do bramy, już oczyma wyobraźni widziałam kwiaty i fajerwerki na cześć dzielnego syna mego, kiedy to ów dzielny zuch zaczął się wracać. Biegł w podskokach do matki swojej.
Pomyślałam że pewnie o buziaku zapomniał czy coś. Na szczęście on ma w nosie obciachy i pozwala sobie na przytulanki, całuski i wyznania miłosne - publiczne - oczywiście do rodzicielki swojej.
- Marian, pomyliły ci się kierunki - zawołałam - Chyba że na wagary się wybierasz?!
- Mamo, a czy jednak możesz mnie odprowadzić? - zapytał zasapany
- Pewnie, a coś się stało?
- Zapomniałem że sam sobie nie przeczytam co będzie na obiad

Jak mawiają "majtki opadają i rajtuzy falują".
Młody ma silną motywację do poznawania liter i pod surowym okiem babci Jadzi i Krzysia ćwiczy bazgrołki i czytanie pierwszych wyrazów. Może pod koniec roku przedszkolnego przeczyta sobie sam

sobota, 5 lutego 2011

ZIELONE NIEWIADOMOCO

Czytanie rozwija, ale nieczytanie tez ma swoje zalety.
Mam od jakiegoś czasu zwyczaj taki, że nie wychodzę z domu bez książki. Czytam w tramwaju, w kolejce do lekarza, w pracy i innych miejscach gdzie poza rozpracowywaniem swojego głębokiego JA i trenowaniem swojej wyobraźni, względnie gadaniem do siebie, czynić nie ma za bardzo co.
Co jakiś czas dochodzę do stanu, że nie mam już książek nieprzeczytanych i zazwyczaj wówczas czekam na przesyłkę nowych, tych kupionych na ALLEGRO, bo do księgarni czy antykwariatu nie mam kiedy się wybrać.
Tak więc pewnego dnia, będąc w stanie NIEMAMCOCZYTAĆ, jechałam tramwajem i rozmyślałam o Bóg jeden raczy wiedzieć czym. Z zamyślenia wyrwał mnie widok koca.
Tak, tak, zwyczajnego koca, czy raczej narzuty w kolorze szarego brązu (nawet nie wiem czy taki istnieje) z fioletowymi mazajami. Wisiał on sobie na wystawie jednego z "Malinowych butików" jakich w moim mieście wiele. Oczyma wyobraźni, zobaczyłam torbę w takim właśnie kolorze.
Przez tydzień rozmyślałam co zrobić żeby znaleźć się przypadkiem w tamtej okolicy.
Któregoś dnia, wracając do domu z pracy, pomyliłam tramwaje i ... właśnie tam dojechałam - CUD!
Nie mogłam nie wejść, nie zajrzeć. Kocyka nie było :( Zrezygnowana rozglądałam się jeszcze w  nadziei, że skrył się gdzieś może, gdy zobaczyłam TEN. Zielone NIEWIADOMOCO. Leżało pod stertą kocy, pledów i innych.
- Przepraszam - zapytałam grzecznie sprzedawcę - czy może mi pan powiedzieć co to jest?
- Pani kochana, a skąd ja mam wiedzieć?! - odpowiedział grzecznie. No właśnie, skąd. On tam w końcu tylko sprzedawał i był właścicielem przypadkiem całkiem.
 - Niech to pani wyciągnie i pokaże
Uczyniłam jak powiedział. Wyciągnęłam kawał zielonego sztruksu 1,5x1,5 metra. Ni to koc, ni to pled, ni to cokolwiek
- Nie wiem co to jest - powiedział czytając mi w myślach - ale ładny kawał materiału
I tu zgodzić się z nim musiałam
- Po ile ten kawał?
- To porządny kawał, duży, ładny jest - zachwalał, podczas gdy ja starałam się nie pokazywać po sobie jak przebierałam nóżkami i jak cała ja w srodku wołam rytmicznie MUSZĘ TO MIEĆ, MUSZĘ TO MIEĆ
- No dla pani, to niech już będzie dycha, chociaż za taki kawał powinienem policzyć ze dwie!
- Hmm - udałam, że niby sie waham, zastanawiam - No dobrze, to poproszę. Jak dla mnie specjalnie, to wezmę.

Po 3 popołudniach do godzin raczej wczesno-porannych, powstała moja TORBA.
Jestem z niej tak dumna i z siebie dzielna, że aż musiałam sie pochwalić.
Jest wielka i przepastna, że aż kalendarz mi się w niej zgubił.

A Selerowi należy sie medal za wytrwałość.
Był dzielny.

czwartek, 3 lutego 2011

ZATRĄB


Jak się okazuje historyjka stara jak świat, albo co najmniej jak węgiel. Ja oczywiście przeczytałam ją dopiero wczoraj - w mailu od znajomego. Zapewne wielu  z was juz to z na, bo widzę że w sieci krąży od dobrych kilku lat.
Dla tych co są "oczytani" jak ja - na poprawienie humoru.

"Któregoś dnia  poszłam do miejscowej księgarni katolickiej i ujrzałam naklejkę na zderzak z napisem:
ZATRĄB JEŚLI KOCHASZ JEZUSA
Akurat byłam w szczególnym nastroju, ponieważ właśnie wróciłam ze wstrząsającego występu chóru, po którym odbyły się gromkie, wspólne modlitwy. Wiec kupiłam naklejkę i założyłam na zderzak.
Jak dobrze, że to zrobiłam!
Co za podniosłe doświadczenie nastąpiło później! Zatrzymałam się na czerwonych światłach na zatłoczonym skrzyżowaniu i pogrążyłam się w myślach o Bogu i o tym, jaki jest dobry ...
Nie zauważyłam, że światła się zmieniły. Jak dobrze, że ktoś również kocha Jezusa, bo gdyby nie zatrąbił, nie zauważyłabym ... a tak odkryłam, że MNÓSTWO ludzi kocha Jezusa!
Wiec gdy tam siedziałam, gość za mną zaczął trąbić, jak oszalały, potem otworzył okno i krzyknął:

"Na miłość Boską! Naprzód! Naprzód! Jezu Chryste, naprzód!"Jakim że oddanym chwalcą Jezusa był ten człowiek! Potem każdy zaczął trąbić! Wychyliłam się przez okno i zaczęłam machać i uśmiechać się do wszystkich, pełnych miłości ludzi. Sama też kilkakrotnie nacisnęłam klakson, by dzielić z nimi tę miłość! Gdzieś z tyłu musiał być ktoś z Florydy, bo usłyszałam, jak krzyczał coś o "suunybeach".
Ujrzałam innego człowieka, który w zabawny sposób wymachiwał dłonią, ze środkowym palcem uniesionym do góry. Gdy zapytałam nastoletniego wnuka, siedzącego z tyłu, co to może znaczyć, odpowiedział, że to chyba jest jakiś hawajski znak na szczęście, czy coś takiego. No cóż, nigdy nie spotkałam nikogo z Hawajów, więc wychyliłam się z okna i też pokazałam mu hawajski znak na szczęście. Wnuk wybuchnął śmiechem...
Nawet jemu podobało się to religijne doświadczenie!
Paru ludzi było tak ujętych radością tej chwili, że wysiedli z samochodów i zaczęli iść w moim kierunku. Z pewnością chcieli się wspólnie pomodlić, lub może zapytać, do jakiego Kościoła należę, ale właśnie zobaczyłam, że mam zielone światło. Pomachałam więc do wszystkich sióstr i braci z miłym uśmiechem, po czym przejechałam przez skrzyżowanie. Zauważyłam, że tylko mój samochód zdążył to zrobić, bo znowu zmieniły się światła. Poczułam smutek, że muszę już opuścić tych ludzi, po okazaniu sobie nawzajem tak pięknej miłości. Otworzyłam wiec okno i po raz ostatni pokazałam im wszystkim hawajski znak na szczęście, a potem odjechałam. 
Niech Bogu będzie chwała za tych cudownych ludzi!"



Źródło zdjęcia w sieci