"DURSZLAK, cedzak (inaczej durszlak od niem. Durchschlag) – rodzaj specjalnego sita w formie miski lub garnka z podziurkowanym dnem. Może być wyposażony w uchwyt oraz w podstawkę lub nóżki, które pozwalają mu stać samodzielnie i umożliwiają swobodny odpływ cieczy. Służy do odcedzania i płukania żywności.
Współcześnie durszlaki produkowane są głównie ze stali nierdzewnej bądź plastiku, wcześniej z gliny i ze stali emaliowanej. Tradycyjnie dziurki w durszlaku nie są rozmieszczone jednorodnie, lecz są ugrupowane w powtarzające się wzory (głównie sześciokątów)."
Durszlaki produkowane są również z blachy nieocynkowanej, co zwiększa ryzyko korozji.
Po doczepieniu 4 kół mogą służyć jako środki lokomocji, potocznie zwane maluchami, bobami, czy pchłami.
Te zmechanizowane, czasem odmawiają posłuszeństwa, ale generalnie można na nich polegać. Z pewnością chronią użytkowników przed szokiem termicznym - mała różnica temp w porównaniu z tą na zewnątrz. Jednocześnie zauważyć można zależność - im więcej dziur, tym lepsza klimatyzacja i sprawniejszy obieg powietrza ;)
Małe, podręczne, wszędzie się wcisną ...
Mój durszlak to GROSZEK
Tak więc jakiś czas temu ( jakieś kilka dni, dwa chyba), mój durszlak odmuwił posłuszeństwa. Nie pomagały prośby, groźby nawet. Nie chciał zagadać i już. Tylko krzyczał głosem alarmu, że niby za słaby i jak go nie naładuje to bedzie ciągle zapłon odcinał czy coś.
Dzielny Sebastian starał się go przekonać również. Próby odpalania z tzw "popychu" nie powiodły się ( może dlatego że cały czas był na ręcznym i Sebuś choć silny chłopczyk, nie był w stanie go rozbujać do prędkości jaka być powinna - swoją droga, niezły ręczny).
Widząc pot na jego czole, postanowiłam zadziałać i wykorzystać swoje znajomości, tzn sąsiadów. Przeleciałam się po kilku (grzecznie zapukałam, zadałam pytanie, po oczywistej odpowiedzi, "nie, bardzo mi przykro", grzecznie dziękowałam i mknęłam dalej). Oblatywanie sąsiadów było w celu ustalenia który z nich jest szczęśliwcem posiadającym PROSTOWNIK - bardzo fajna rzecz, której działania nie do końca rozumiem, ale istotny jest fakt że reanimuje akumulatory. Tak więc znalazłam -Witek dziękuje ci jak nie wiem co. Najśmieszniejszy jest fakt że sąsiad ów nie ma samochodu i w sumie nie wiem czy kiedyś miał. Ale prostownik, to juz pierwszy krok!
Samo urządzenie ładujące to już było coś, ale groszek nie taki łatwy jak by się wydawało. Sebastian zszedł po akumulator ... Wrócił na górę po dłuższej chwili - bardzo dłuższej ;) Mój dzielny wojownik - zmęczony, usmarowany. Właśnie tak wyobrażałam sobie rycerzy którzy wracali po udanej walce ze smokiem co najmniej. No więc taki uśmodruchany z uśmiechem na twarzy, jego oczy wołały "pić" a on "udało się" czy coś w tym stylu. Okazało się ze Durszlak stawiał opór przed wyjęciem "serca". Po odłączeniu klem od akumulatora (zaskakuje mnie mój zasób fachowego słownictwa) zaczął wyć alarm i nie chciał przestać. Zdesperowany wojownik odciął część kabli - bez zmian aż w końcu w akcie desperaci odciął resztę. Akumulator wyjęty. Alarm odcięty, syrena w domu na pamiątkę. Groszek zamilkł :)
Po kilku godzinach szybkiego ładowania ( 2 godziny na napięciu 5 amper - jaka ja teraz mądra jestem - fascynujące), rycerz mój o którym mowa była wcześniej - Sebastian - dzielnie popędził na spotkanie z prawda. UDAŁO SIĘ!
I tak oto kolejny piękny jesienny dzień rozpoczęty. Od samego rana mogłam poprawić humor kilku osobom, które wymijały, wyprzedzały i generalnie poruszały się duuuuużo szybciej niż ja w swoim durszlaku (podobno to żadna sztuka). Myślę ze co najmniej kilkoro z nich dowartościowało się, że takie fury maja :)
Kolejny piękny dzień:)
piątek, 9 października 2009
środa, 7 października 2009
Małe codzienności ;)
Nasza codzienna codzienność ...
No cóż, nie musi być taka szara, zwykła i codzienna. Pewnie nawet nie jest, tylko czy umiemy to dostrzec?
Kilka dni temu nabyłam drogą kupna coś co popularnie zwie się samochodem. Mała, zielona pchła, przeze mnie i chłopców słodko nazwana groszkiem. Jestem właścicielką fiata 126 Maluch. Czuje się dumna ;)
Nie wydałam na niego majątku, raczej resztę oszczędności. Zdesperowana jazdą autobusem do pracy, powiedziałam dość.
Podniecona samym faktem i z powodu oświetlenia - było ciemno, sprawdziłam tylko czy odpala. Silnik mruczał - kup mnie, nie zostawiaj mnie ... no i już był mój. Blacha i inne rzeczy były w tym momencie nie istotne. Jak się później okazało, mój "groszek" przypomina bardziej durszlak, ale jeździ. Przez 4 ostatnie dni nie wypadłam, wiec nie jest źle ;) Nawet udało mu się rozbujaćgo do 80km/h. Rzec by można - fascynujące.
No więc dzisiejszego poranka, jak zwykle wyszłam z domu i swoje kroki skierowałam w stronę Groszka. No i cóż - biedak się chyba przeziębił, bo tylko zakaszlał i wydał kilka dźwięków ostrzegawczych - zapomniałam wspomnieć że groszek, to wypasiona wersja z zainstalowanym alarmem. Nie miał siły nawet pomrugać :( Biedaczysko.
Pożegnałam się z nim grzecznie, życzyłam miłego dnia i żwawo ruszyłam w stronę przystanku. Muszę przyznać że nie było mi aż tak strasznie przykro. Chciałam kupić bilet i dopiero w 4 kiosku udało mi się, bo albo nie było takich jak ja potrzebuje, albo jak już był, to pani nie miała reszty żeby mi wydać. No ale jak ktoś czegoś bardzo chce, to nie ma rzeczy niemożliwych, nawet takich jak zakup biletu.
Wsiadając do autobusu, bałam się zetknięcia z rzeczywistością. ścisk zaspanych, ziewających ludzi, którzy nie do końca są zalogowani i może nie wszyscy wiedzą gdzie jada i po co właściwie wsiedli do tego autobusu - najprawdopodobniej po to żeby schronić się przed deszczem, "Stare baby śmierdzące anginą" jak zwykł mawiać mój ulubiony były (prawie) mąż.
Okazało się że nie ma aż takiego ścisku, nikt nie śmierdzi, wszyscy wyglądają w miarę przytomnie, nawet jest miejsce siedzące. Jakże miłe rozczarowanie z samego rana. Przypomniałam sobie, że nosze w torbie książkę, na którą ostatnio nie miałam zbyt wiele czasu. Godzina dla mnie :)
Czułam się tak, jakbym wracała wspomnieniami do jakiejś odległej przeszłości. A jeszcze nie minął tydzień ... Jak to człowiek szybko się odzwyczaja.
No i jeszcze jeden pozytyw w całej tej historii - moja mama bardzo się ucieszyła że nie pojechałam do pracy durszlakiem.
MAMO! Postaram się schudnąć, aby zmniejszyć ryzyko wypadnięcia ;)
P.S. Drodzy klienci pewnej firmy w której mam przyjemność pracować, możecie śmiało przyjeżdżać, miejsca na parkingu dzisiaj nie zabraknie. Nie wiem co będzie jutro ;)
Zapowiada się całkiem fajny dzień :)
No cóż, nie musi być taka szara, zwykła i codzienna. Pewnie nawet nie jest, tylko czy umiemy to dostrzec?
Kilka dni temu nabyłam drogą kupna coś co popularnie zwie się samochodem. Mała, zielona pchła, przeze mnie i chłopców słodko nazwana groszkiem. Jestem właścicielką fiata 126 Maluch. Czuje się dumna ;)
Nie wydałam na niego majątku, raczej resztę oszczędności. Zdesperowana jazdą autobusem do pracy, powiedziałam dość.
Podniecona samym faktem i z powodu oświetlenia - było ciemno, sprawdziłam tylko czy odpala. Silnik mruczał - kup mnie, nie zostawiaj mnie ... no i już był mój. Blacha i inne rzeczy były w tym momencie nie istotne. Jak się później okazało, mój "groszek" przypomina bardziej durszlak, ale jeździ. Przez 4 ostatnie dni nie wypadłam, wiec nie jest źle ;) Nawet udało mu się rozbujaćgo do 80km/h. Rzec by można - fascynujące.
No więc dzisiejszego poranka, jak zwykle wyszłam z domu i swoje kroki skierowałam w stronę Groszka. No i cóż - biedak się chyba przeziębił, bo tylko zakaszlał i wydał kilka dźwięków ostrzegawczych - zapomniałam wspomnieć że groszek, to wypasiona wersja z zainstalowanym alarmem. Nie miał siły nawet pomrugać :( Biedaczysko.
Pożegnałam się z nim grzecznie, życzyłam miłego dnia i żwawo ruszyłam w stronę przystanku. Muszę przyznać że nie było mi aż tak strasznie przykro. Chciałam kupić bilet i dopiero w 4 kiosku udało mi się, bo albo nie było takich jak ja potrzebuje, albo jak już był, to pani nie miała reszty żeby mi wydać. No ale jak ktoś czegoś bardzo chce, to nie ma rzeczy niemożliwych, nawet takich jak zakup biletu.
Wsiadając do autobusu, bałam się zetknięcia z rzeczywistością. ścisk zaspanych, ziewających ludzi, którzy nie do końca są zalogowani i może nie wszyscy wiedzą gdzie jada i po co właściwie wsiedli do tego autobusu - najprawdopodobniej po to żeby schronić się przed deszczem, "Stare baby śmierdzące anginą" jak zwykł mawiać mój ulubiony były (prawie) mąż.
Okazało się że nie ma aż takiego ścisku, nikt nie śmierdzi, wszyscy wyglądają w miarę przytomnie, nawet jest miejsce siedzące. Jakże miłe rozczarowanie z samego rana. Przypomniałam sobie, że nosze w torbie książkę, na którą ostatnio nie miałam zbyt wiele czasu. Godzina dla mnie :)
Czułam się tak, jakbym wracała wspomnieniami do jakiejś odległej przeszłości. A jeszcze nie minął tydzień ... Jak to człowiek szybko się odzwyczaja.
No i jeszcze jeden pozytyw w całej tej historii - moja mama bardzo się ucieszyła że nie pojechałam do pracy durszlakiem.
MAMO! Postaram się schudnąć, aby zmniejszyć ryzyko wypadnięcia ;)
P.S. Drodzy klienci pewnej firmy w której mam przyjemność pracować, możecie śmiało przyjeżdżać, miejsca na parkingu dzisiaj nie zabraknie. Nie wiem co będzie jutro ;)
Zapowiada się całkiem fajny dzień :)
czwartek, 24 września 2009
Z kilku ostatnich chwil
Dawno mnie tu nie było.
Ostatnich kilka miesięcy, to wiele zmian w naszym życiu.
Jeszcze do niedawna mieszkańcy zielonej wyspy, teraz z powrotem w Polsce.
Ale od początku.
Ostatniego dnia czerwca, polecielsismy na urlop. Oczywiscie było troche inaczej niz planowałam. Chcielismy pojechac z Gruszkami na wies, nie wyszlo. W koncu wyladowalismy w Jazwiskach. Mieszkalismy tam sobie pod namiotem i bylo swietnie. Zaliczylismy nawet Sopot i kompiel w naszym morzu.
Po prawie 3 tyg wrocilam na wyspe, zostawiajac dzieci z babcia na wakacje - dzielna babcia. Popracowalam sobie jeszcze chwilke knujac jaka niespodzianke moge zrobic wszystkim tym ktorzy na mnie czekaja w Lodzi.
Systematycznie pozbywalam sie mebli, szpargalow. Co wazniejsze rzeczy wyslalam. Swoja droga, nie sadzilam ze czlowiek moze miec tyle rupieci. W niedziele 9,08 zaraz po pracy pojechalam do mojej ulubionej mlodszej siostry na "kilka" dni.
Mialysmy leciec do Lodzi 15go - taka wersje znal caly swiat.
Jakie bylo zdziwienie kiedy wyladowalysmy w Lodzi we wtorek 11go.
Oczywiście wszyscy sie ucieszyli, a tak przynajmniej wyglądali. Krzyś po kilku minutach, jak juz ochłonał, stwierdził, że przeciez miałam przylecieć w sobote ...
No i tak juz mi zostało. Mieszkam w Łodzi.
W czwartek, czyli 2 dni po przylocie byłam juz na rozmowie o prace. Miałam zacząć pracowac juz od poniedziałku, ale przyplątało mi się jakieś zapalenie gardła. I dzięki prawie 40 stopniowej goraczce, miałam jeszcze kilka dni wolnego.
Pod koniec sierpnia, mój ulubiony stardszy syn miał egzamin w szkole. Rzostrzygała sie sprawa do której poślą go klasy. Samo złatwienie takiego egzaminu nie było prosta sprawa, ale żeby o tym opowiedzieć, to prawie rozdział w książce. Odpuszcze więc sobie szczegóły. W każdym razie Krzyś jest uczniem 2giej klasy, Marcinek chodzi do przedszkola, a ja grzecznie pracuje od czasu do czasu dłubiąc w nosie z nudów.
Mysle że teraz bede juz w miare na bieżąco tu zaglądać :)
Ostatnich kilka miesięcy, to wiele zmian w naszym życiu.
Jeszcze do niedawna mieszkańcy zielonej wyspy, teraz z powrotem w Polsce.
Ale od początku.
Ostatniego dnia czerwca, polecielsismy na urlop. Oczywiscie było troche inaczej niz planowałam. Chcielismy pojechac z Gruszkami na wies, nie wyszlo. W koncu wyladowalismy w Jazwiskach. Mieszkalismy tam sobie pod namiotem i bylo swietnie. Zaliczylismy nawet Sopot i kompiel w naszym morzu.
Po prawie 3 tyg wrocilam na wyspe, zostawiajac dzieci z babcia na wakacje - dzielna babcia. Popracowalam sobie jeszcze chwilke knujac jaka niespodzianke moge zrobic wszystkim tym ktorzy na mnie czekaja w Lodzi.
Systematycznie pozbywalam sie mebli, szpargalow. Co wazniejsze rzeczy wyslalam. Swoja droga, nie sadzilam ze czlowiek moze miec tyle rupieci. W niedziele 9,08 zaraz po pracy pojechalam do mojej ulubionej mlodszej siostry na "kilka" dni.
Mialysmy leciec do Lodzi 15go - taka wersje znal caly swiat.
Jakie bylo zdziwienie kiedy wyladowalysmy w Lodzi we wtorek 11go.
Oczywiście wszyscy sie ucieszyli, a tak przynajmniej wyglądali. Krzyś po kilku minutach, jak juz ochłonał, stwierdził, że przeciez miałam przylecieć w sobote ...
No i tak juz mi zostało. Mieszkam w Łodzi.
W czwartek, czyli 2 dni po przylocie byłam juz na rozmowie o prace. Miałam zacząć pracowac juz od poniedziałku, ale przyplątało mi się jakieś zapalenie gardła. I dzięki prawie 40 stopniowej goraczce, miałam jeszcze kilka dni wolnego.
Pod koniec sierpnia, mój ulubiony stardszy syn miał egzamin w szkole. Rzostrzygała sie sprawa do której poślą go klasy. Samo złatwienie takiego egzaminu nie było prosta sprawa, ale żeby o tym opowiedzieć, to prawie rozdział w książce. Odpuszcze więc sobie szczegóły. W każdym razie Krzyś jest uczniem 2giej klasy, Marcinek chodzi do przedszkola, a ja grzecznie pracuje od czasu do czasu dłubiąc w nosie z nudów.
Mysle że teraz bede juz w miare na bieżąco tu zaglądać :)
wtorek, 19 maja 2009
zakeeeecone :)
Jeśli można coś popsuć, pomylić się, to na pewno będę to ja.
Ostatnio odkryłam tez nowa zaletę. Jestem zakręcona i rozgarnięta jak kupa liści ;) Żeby nie było mi przykro, mam towarzystwo w pleceniu bzdur.
Mowa o Dagmarze. Dzisiaj stwierdziła ze nie pamięta jak wygląda moja mama, ale kojarzy mamę mojej siostry. Na co bystra ja - ze nie wiedziałam ze mamy rożne matki (z moja siostra) ale dobrze ze przynajmniej mamy tych samych ojców ...
Świrom podobno łatwiej się żyje :)
Przedszkole?
Moje dzieci slyna z tego ze lubia towarzystwo. Nawet tutaj, na tej "bezludnej" wyspie udalo sie nam znalezc kilka przyjaznych osob.
Ulubionym towarzystwem chlopcow jest: Olinek, Madziorek i Klaudia. Te dwie ostatnie, to moje przyszle "synowe". Dzieci teraz tak szybko dorastaja ;)
Czasem ich teksty powalaja na lopatki. Moze nie zawsze stosowne, ale w ustach mlodego osobnika brzmia tak, ze z trudem mozna powstrzymac sie od smiechu.
Rozbawiony Marcin wrzucil "ja pierdole" towarzystwo zamarlo. Nikt nie wiedzial co powiedziec. Na co wyluzowany jegomosc : "no co, w tym miescie tak sie mowi".
Ze niby taki luzak z niego ;)
czwartek, 14 maja 2009
Zakrecone poranki
Jestesmy zakrecona trojka - kazdy kto nas zna to wie.
Krzys ciagle zaskakuje madrymi nowinkami - ze niby taki oczytany. Marcin ciagle podrywa nowe laski ... A ja tylko pilnuje zeby to wszystko jakos dzialalo i nikt nie zrobil sobie krzywdy. Czasem tez sprzatam oczywiscie :) wbijam gwozdzie, skladam meble ... takie tam, zwyczajne prace domowe.
Ostatnio Marcino wymyslil w przedszkolu przed wyjsciem na spacer, ze jest jadowite slonce. Poszedl wiec do pani i poproslil o jakis kremik na buzie, zeby sie nie spocil ...
A dzisiaj ... takiego zakreconego poranka to chyba jeszcze nie mialam.
Wstalam rano (oczywiscie godzine po tym jak budzik zaczal dzwonic) generalnie nakrecona niekoniecznie pozytywnie, bo nie dostalam odpowiedzi na mojego smsa - wrrrr- no ale po chwili okazalo sie ze nie mam zapisanego smsa w wiadomosciach wychodzacych:( Chyba zasnelam wieczorem zanim go wyslalam) - Szanowny Panie S. prosze wybaczyc mi chwilowe zwatpienie i naburmuszenie sie na minutke.
No wiec w pospiechu nichym blyskawice pomknelismy do szkoly .... tylko ze juz prawie u celu okazalo sie ze nie wzielismy z domu plecaka z Ksiazkami Krzysia. No coz, "jak ktos nie ma w glowie, ten ma w nogach" ... jakos tak to chyaba bylo.
No wiec do szkoly pojechalismy jak wielmozne panstwo - taxowka, na szczescie kierowca juz nie raz nas wiozl i nie czekal az mu powiem gdzie jedziemy - jakas amnezja - nie moglam sobie przypomniec nazwy szkoly mojego pierworodnego syna.
Dzieci zostaly rozwiezione szczesliwie, no i ja wyruszylam na lekcje angielskiego ... Tylko ze nie wzielam swoich materialow - zeszyt, ksiazki, notatki ...
Pokornie powrocilam do domu zeby zapomniane rzeczy zabrac - okazalo sie ze skonczyl mi sie prad - wstretny nie przypomnial sie rano tylko sie wylaczyl. No wiec jeszcze bardziej pokorna poszlam do sklepu upewniajac sie najpierw czy mam karte - mialam. Coz moglo okazac sie w sklepie ... nie mam pieniedzy, bo zaplacilam za taxowke :)
W brew pozorom, koniec tego zakreconego poranka jest pozytywny. Wyplacilam pieniadze, kupilam i zaladowalam prad. Tylko nie poszlam na angielski - bo juz pozno. Wiec popijam kawke, pisze tego bloga i smieje sie sama do siebie.
Czasem fajnie jest byc swirem
Krzys ciagle zaskakuje madrymi nowinkami - ze niby taki oczytany. Marcin ciagle podrywa nowe laski ... A ja tylko pilnuje zeby to wszystko jakos dzialalo i nikt nie zrobil sobie krzywdy. Czasem tez sprzatam oczywiscie :) wbijam gwozdzie, skladam meble ... takie tam, zwyczajne prace domowe.
Ostatnio Marcino wymyslil w przedszkolu przed wyjsciem na spacer, ze jest jadowite slonce. Poszedl wiec do pani i poproslil o jakis kremik na buzie, zeby sie nie spocil ...
A dzisiaj ... takiego zakreconego poranka to chyba jeszcze nie mialam.
Wstalam rano (oczywiscie godzine po tym jak budzik zaczal dzwonic) generalnie nakrecona niekoniecznie pozytywnie, bo nie dostalam odpowiedzi na mojego smsa - wrrrr- no ale po chwili okazalo sie ze nie mam zapisanego smsa w wiadomosciach wychodzacych:( Chyba zasnelam wieczorem zanim go wyslalam) - Szanowny Panie S. prosze wybaczyc mi chwilowe zwatpienie i naburmuszenie sie na minutke.
No wiec w pospiechu nichym blyskawice pomknelismy do szkoly .... tylko ze juz prawie u celu okazalo sie ze nie wzielismy z domu plecaka z Ksiazkami Krzysia. No coz, "jak ktos nie ma w glowie, ten ma w nogach" ... jakos tak to chyaba bylo.
No wiec do szkoly pojechalismy jak wielmozne panstwo - taxowka, na szczescie kierowca juz nie raz nas wiozl i nie czekal az mu powiem gdzie jedziemy - jakas amnezja - nie moglam sobie przypomniec nazwy szkoly mojego pierworodnego syna.
Dzieci zostaly rozwiezione szczesliwie, no i ja wyruszylam na lekcje angielskiego ... Tylko ze nie wzielam swoich materialow - zeszyt, ksiazki, notatki ...
Pokornie powrocilam do domu zeby zapomniane rzeczy zabrac - okazalo sie ze skonczyl mi sie prad - wstretny nie przypomnial sie rano tylko sie wylaczyl. No wiec jeszcze bardziej pokorna poszlam do sklepu upewniajac sie najpierw czy mam karte - mialam. Coz moglo okazac sie w sklepie ... nie mam pieniedzy, bo zaplacilam za taxowke :)
W brew pozorom, koniec tego zakreconego poranka jest pozytywny. Wyplacilam pieniadze, kupilam i zaladowalam prad. Tylko nie poszlam na angielski - bo juz pozno. Wiec popijam kawke, pisze tego bloga i smieje sie sama do siebie.
Czasem fajnie jest byc swirem
wtorek, 5 maja 2009
...
"My love is like an ocean
It goes down so deep
My love is like a rose
Whose beauty you want to keep.
My love is like a river
That will never end
My love is like a dove
With a beautiful message to send.
My love is like a song
That goes on and on forever
My love is like a prisoner
It's to you that I surrender."
P.S.
It goes down so deep
My love is like a rose
Whose beauty you want to keep.
My love is like a river
That will never end
My love is like a dove
With a beautiful message to send.
My love is like a song
That goes on and on forever
My love is like a prisoner
It's to you that I surrender."
P.S.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
